2+2=5

Czyli jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii, jak legalnie pracować i inne informacje praktyczne.

W Nowej Zelandii zima za pasem, a i o nas słuch już dawno tam zaginął. A jednak w naszym poobdrapywanym netbooku jak zwykle widnieje kupka rozpoczętych i rozgrzebanych wpisów, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wśród nich jeden może się jednak okazać bardzo ważny dla braci podróżniczej, więc mimo, że dawno i nieprawda, to jednak wziąłem się na sposób i między pingwinem a flamingiem na patagońskiej Ziemi Ognistej, wyskrobię kilka słów o własnym aucie na antypodach.

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że własne auto w Nowej Zelandii to sprawa banalnie prosta i wyjątkowo godna polecenia.

Patrząc na mapę z europejskiej perspektywy, Nowa Zelandia wydaje się niewielka. Gdy jednak przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że zarówno Wyspa Południowa jak i Północna mają ponad 1000 km długości. Dodatkowo wzdłuż niemal całej Wyspy Południowej ciągnie się łańcuch gór wysokich na trzy do czterech tysięcy metrów, rozdzielający tę krainę na wilgotne, deszczowe wybrzeże zachodnie i  skąpane w słońcu równiny wschodnie.

Kampery na wypasie i życie w autobusie

Podróżując po Wyspie Południowej w sezonie turystycznym ma się wrażenie, że więcej jest tu kamperwanów niż zwykłych samochodów. Firm wypożyczających kampery są setki, a wachlarz dostępnych aut rozciąga się od wielkich kilkutonowych kolubryn, po kolorowe minibusy z przestrzenią wewnątrz zoptymalizowaną na miarę Ikei. I mały van jest według nas chyba najlepszym rozwiązaniem. Pali zazwyczaj mniej niż 10 l na setkę, a masz komfortową sypialnię, kuchnię i salon w jednym.

Nowozelandczycy w szczególności lubują się w wielkich, prawdziwie komfortowych kamperwanach, których reklamy zapełniają nie tylko magazyny podróżnicze, ale i zwykłe czasopisma codzienne. Spotkaliśmy też co najmniej trzy rodziny, które posiadały stare autobusy, niczym polskie Autosany, przerobione na kamperwany, w których mogłoby spokojnie zamieszkać pół drużyny piłkarskiej.

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Samochody są tanie. Bardzo tanie. Mały kilkunastoletni kampervan w Nowej Zelandii kosztuje 2500-4000 dolarów nowozelandzkich, czyli 6-11 tys. zł. A zdarzają się megaokazje. Naszego Żuka kupiliśmy za 1800 dolarów od właściciela drobnej firmy remontowej. Samochód był zupełnie pusty w środku, bo wcześniej przewoził głównie farby i drabiny, ale kosztem może 30 dolarów i dwóch dni pracy przerobiliśmy go na cudo warte ponad 3-3,5 tys. dolarów. To że sprzedaliśmy go jedynie za 2800, wynikało jedynie z presji czasu.

Rejestracja samochodu w Nowej Zelandii jest dziecinnie prosta i zajmuje 10 minut. Odbywa się na poczcie, gdzie podajesz numer nadwozia i mówisz, kto jest nowym właścicielem. Kosztuje bodajże 9 dolarów. Nie potrzeba nawet umowy kupna, nie ma żadnych podatków ani przeszkód. W zasadzie, jeśli zna się numer nadwozia, to można by zarejestrować na siebie czyjś samochód bez wiedzy właściciela. Tylko po co? Za granicę i tak nim nie wyjedziesz.

Koniec jest bliski, Chrystus Cię kocha

A jak wyposażyć surowy samochód, zdobyć materace, kołdry, poduszki, prześcieradła, talerze, garnki, sztućce, pokrowce, a nawet stoły i krzesła? A wszystko to za jakieś 30-50 dolarów? To proste. Wystarczy wsłuchać się w głos Boga.

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić w tym roku i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

W Nowej Zelandii, kraju, w którym każdy człowiek mający przynajmniej pół mózgu i jeden sprawny palec u nogi może w tydzień znaleźć pracę, a dwa lata się dorobić, by godnie żyć, odsetek społecznych nieudaczników jest na tyle wysoki, że zaradne społeczeństwo stara się ich wspomagać, jak może. Podobnie jak w Australii, niemal w każdym średniej wielkości mieście jest co najmniej jedna Armia Zbawienia, a także sklepy z rzeczami za dolara i tzw. „Charity shop”. W bogatym społeczeństwie, w którym przeciętna rodzina kupuje nowy zestaw garnków, bo w tym roku wyszła nowa kolekcja, stare oddaje się dla potrzebujących. Czyste, ładne i bezpieczne rzeczy zalegają regały „Charity shopów” obok setek winyli z lat 60 czy 70, za które dałaby się pokroić połowa kolekcjonerów.

Na marginesie dodam, że w Nowej Zelandii są przynajmniej dwa magazyny (AUTENTYCZNIE MAGAZYNY WYCHODZĄCE CO MIESIĄC CZY KILKA MIESIĘCY), które przedstawiają WYŁĄCZNIE najnowsze trendy w kołdrach. Są także np. targi kołder, gdzie projektanci prześcigają się w nowinkach technicznych i stylistycznych.

I pomyśleć, że na zupełnie nieodległych Wyspach Salomona, na których pomoc przecież rokrocznie łoży Nowa Zelandia i Australia, ograbiając je jednocześnie z surowców mineralnych, ludzie na co drugiej wyspie proszą o koszulkę, bo po prostu ich nie mają. Ale to taka tam dygresja nie na miejscu. Do meritum.

Gdzie kupić i sprzedać

Najlepiej mieć szczęście, a samochód kupić ze sprawdzonego źródła. Od znajomego mechanika albo znajomego znajomego. My tak zrobiliśmy i jeśli ktoś chciałby kupić auto w Christchurch, to możemy polecić znajomego mechanika.

Ale jeśli nie masz takiej możliwości, dobrym rozwiązaniem są giełdy. W Auckland najlepsza giełda to Car Fair  odbywający się w każdą niedzielę nieopodal toru wyścigów konnych. Jest jeszcze sobotnia Auckland City Car Fair , ale to nowy wynalazek skrojony specjalnie dla turystów. Lokalni zazwyczaj nie znają tego miejsca, więc więcej pod koniec sezonu tu sprzedających niż kupujących. Takie miejsca jak Backpackers Car Market  w Auckland czy Christchurch warto rozważyć tylko sprzedając samochód, bo jest tam potwornie drogo (można zarobić) i dużo lewych aut, które nieświadomym i spieszącym się turyściakom próbują opchnąć cwani pośrednicy.

Dobrym pomysłem jest z kolei obejście hosteli w dzielnicy turystycznej i poszukanie prywatnych ogłoszeń. Sporo turystów wyjeżdżających z kraju, zostawia swoje ogłoszenie na tablicach informacyjnych właśnie w tanich hostelach. Sprzedając samochód i my tak zrobiliśmy i po 3-4 dniach otrzymaliśmy kilka telefonów. Niestety samochód był już sprzedany.

Bo tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, czyli czasu. Warto dać sobie nieco więcej czasu na sprzedaż. My, standardowo jadąc na optymistycznej fali, zaplanowaliśmy zaledwie 5 dni (w tym 3 dni długiego weekendu) i mało brakowało, a mogło być krucho. W ostatecznym rozrachunku wyszło nam zatem, że samochód mieliśmy zaledwie 6 tygodni, plus tydzień na sprzedaż. I powiedziałbym, że to jest właśnie czasowa granica opłacalności kupna samochodu. Na krócej polecam autostop.

Pozostaje jeszcze Gumtree czy TradeMe, czyli lokalny odpowiednik naszego Allegro. Tu warto dodać, że samochód z przebiegiem 250-350 tys. km, to jak określił nasz znajomy mechanik „jeszcze dziecko” i przejedzie pewnie drugie tyle.

A jeśli nie pojedzie?

Mechanicy w Nowej Zelandii nie są aż tak strasznie drodzy, jak się spodziewaliśmy. Jeśli dobrze poszukać oczywiście. W Auckland zrobiliśmy na przykład sporo napraw (wał napędowy, uszczelnienie wydechu, przeciekający zbiornik z płynem do sprzęgła), a za wszystko zapłaciliśmy 250 dolarów.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Dość popularne są też szroty. W niewielkim w sumie Invercargill były 4, a na jednym z nich dostaliśmy akumulator za 40 dolarów (nowy 80-150).

Przed kupnem samochód warto sprawdzić. Na giełdach zazwyczaj jest taka opcja i kosztuje ok. 100-150 dolarów i jest oczywiście bez sensu. Najtańszym i jednocześnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie przyspieszonego przeglądu – WOF. WOF robi się zazwyczaj co pół roku albo 3 miesiące. Jest obowiązkowy dla wszystkich aut. Kosztuje ok. 40-60 dolarów, więc w autoryzowanej stacji diagnostycznej za 50 dolarów możemy za jednym zamachem sprawdzić stan auta i i tak przedłużyć obowiązkowy przegląd. Jak dobrze się postarać, a w wybranym samochodzie WOF wygasa np. za miesiąc może udać się namówić właściciela, żeby to on za niego zapłacił.

Podobnie obowiązkowa jest rejestracja samochodu, tzw. REGO. Wydawane na 3 miesiące kosztuje ok. 60-80 dolarów. Ważne REGO musi zapewnić sprzedający.

A może autostop?

Tak jak pisaliśmy, autostop w Nowej Zelandii działa rewelacyjnie. Więc jeśli jesteś tu tylko na kilka tygodni, lubisz czasem zmarznąć, czasem wbić się komuś na chatę, ale głównie poznać epigonów romantyzmu, albo wiecznie żywych hipisów, to można śmiało ruszać w trasę z kciukiem.

Autostop w Nowej Zelandii ma długą tradycję, a był szczególnie kultowy w latach 70. i 80. Teraz jeżdżą głównie turyści, ale zabierają wszyscy. Główna wada to niestety znacznie mniejsza mobilność i niemożliwość dostania się do pięknych, znacznie mniej odwiedzanych półwyspów i rejonów kraju, którą daje własne auto.

Co nas zauroczyło?

Przede wszystkim zwierzaki i nowozelandzkie podejście do nich. Ale o tym już pisaliśmy. Najciekawszy trek to w naszym odczuciu Tongariro Crossing, czyli przejście przez Mordor. Warto zacząć od strony południowej, bo w przeciwnym kierunku po najlepsze widoki będzie się trzeba cały czas oglądać za siebie.

Tongariro

Tongariro

Świetnie wypadają też półwyspy Wyspy Południowej, czyli Otago i Banks. Na Otago warto wspiąć się na Mt. Charles – niewielkie wzgórze, a panorama nieziemska. W okolicy mocno przereklamowanego Queenstown jedynie co jest fajne, to jednodniowy spacer na Ben Lomond. Naprawdę warto.

We Fiordlandzie najbardziej przypadły nam do gustu Siodło Gertrudy i Key Summit. Cały wielki zamęt wokół tzw. „Great Walks”, czyli Keplera, Milford i Routeburn w naszym mniemaniu można spokojnie ominąć szerokim łukiem. Co fajniejsze odcinki można zrobić w ramach jednodniowych wypadów (np. Key Summit), a zamieszanie i cała marketingowa maszyna, która niczym rak toczy to miejsce, jest godna pożałowania.

Za to w każdym mieście, nawet zapadłej dziurze obowiązkowo musi być Informacja Turystyczna. Zawsze rzetelna, pomocna, rozdająca mapki i służąca wszelką informacją. W Nowej Zelandii nie jest potrzebny żaden przewodnik, a w szczególności Lonely Planet.

Z ciekawostek dodam jeszcze może, żeby nie brać za pewnik nowozelandzkiego bezpieczeństwa. I tu zdarza się, że kradną. W szczególności na Północnej Wyspie, gdzie tak się akurat składa, że mieszka więcej Maorysów. W kraju poprawności politycznej rasistów oczywiście nie ma, ale podobnie jak w Stanach i Wielkiej Brytanii i tak kradną głównie czarni.

Praca w Nowej Zelandii

Wiza do Nowej Zelandii jest darmowa, przyznawana na granicy i ważna przez 3 miesiące. Co ciekawe wszyscy myślą, że Polacy nie mogą legalnie pracować w tym kraju. Jak się jednak niedawno dowiedzieliśmy ambasada Nowej Zelandii każdego roku przyznaje jednak 100 wiz pracowniczych Working Holiday Visa, o które należy starać się w Polsce. W ten sposób pozwolenie na legalną pracę jako geodeci otrzymali na przykład Aga i Krzysiek, którzy w swoim czasie zabrali nas w Nowej Zelandii na stopa…

W lato przy zbieraniu owoców (legalnie lub nielegalnie, co jest dość łatwe) można zarobić 13-16 dolarów za godzinę. W legalnej pracy w biurze dwa lub trzy razy tyle.

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Koszty

Jeśli masz pieniądze, możesz wszystko. Lecieć helikopterem na szczyt góry i wrócić piechotą, wynająć łódź by popływać z delfinami albo skoczyć na spadochronie czy paralotni w co drugim mieście. Jednak Nowa Zelandia jest dlatego piękna, że bez pieniędzy możesz równie dużo.

Nasze średnie dzienne wydatki przez 50 dni w tym kraju wyniosły 37 dolarów nowozelandzkich, czyli 103 zł dziennie. Za dwie osoby oczywiście. Przejechaliśmy ponad 5000 km, na paliwo wydając 900 dolarów NZ. Całe szczęście tej kwoty niemal zupełnie nie odczuliśmy, bo na sprzedaży Żuka zarobiliśmy 800 dolarów.

.

I ostatnia już galeria z Nowej Zelandii. Tym razem z okolic Queenstown i zachodniego wybrzeża.

West Coast i Queenstown, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Advertisements

Posted on 20 marca 2012, in Nowa Zelandia and tagged , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 3 komentarze.

  1. Jest też Silver Fern Visa, przyznawana na 9 miesięcy, która pozwala przez ten czas szukać sobie pracy. A jeśli ją znajdziesz możesz ubiegać się o Silver Fern Practical Experience Visa i popracować w zawodzie przez kolejne dwa lata. Takich wiz przyznają co roku, zdaje się, 300. Trzeba tylko mieć od 20 do 35 lat i coś tam potrafić 🙂 najlepiej w NZ deficytowego.

  2. czy mozna prosic o kontakt do pana mechanika? 🙂

  3. WItam, macie jeszcze tego znajomego mechanika w Christchurch? Wybieram się w wkrótce do NZ i planuję kupić auto więc będę wdzięczna za namiary 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s