Archiwa blogu

On

Różnie mówią. Niektórzy twierdzą, że jest najstarszy na świecie.  Inni, że najpotężniejszy. Jeszcze inni powiadają, że pojawił się na tych ziemiach dużo wcześniej niż przybyli tu pierwsi ludzie. Dziś, w czasach satelitów, badań DNA i biogenetyki , gdy wszystko można zmierzyć co do nanometra, jedno jest pewne – jest największy na świecie. I przynajmniej przez kolejny tysiąc lat nikt Go nie pokona.

Tak naprawdę nikt nie wie, ile dokładnie ma lat, a On sam też nic nie chce nikomu ujawnić. Mimo to wielu ciekawskich wciąż próbuje z Nim rozmawiać, by zgłębić choć ułamek jego wielowiekowej mądrości. My również ulegliśmy tej magii, cały dzień kontemplując, co też takiego ciekawego mógłby nam powiedzieć, gdyby tylko chciał. Gdy wiatr szumi w Jego ramionach, wystarczy zamknąć oczy, by usłyszeć jak przemawiają przez Niego wieki.

Choć On nie mógł tego widzieć, bo był zdecydowanie za daleko, to gdy po drugiej stronie oceanu Chrystus nauczał, jeżdżąc na osiołku i kąpiąc się w Jordanie, On już dawno stał tu, gdzie stoi i dziś. Natomiast jeśli chodzi o wielkie cywilizacje Ameryki, to wszystkie je oglądał z bardzo bliska, już jako dojrzały chłopiec.

Piramida Słońca - Teotihuacán

Piramida Słońca – Teotihuacán

Pierwszy, a zarazem największy organizm państwowy, zupełnie nieopodal, stworzyli tu mieszkańcy Teotihuacán, zamieszkujący dolinę współczesnego miasta Meksyk. To oni zbudowali drugą największą piramidę na tym kontynencie, ustępującą jedynie piramidzie Cheopsa w Gizie i piramidzie w Choluli, rzut kamieniem stąd. W tym czasie, czyli ok. roku 300 naszej ery Imperium Teotihuacán rozrastało się na Jego oczach, obejmując swoim zasięgiem kolejne tereny aż po współczesną Gwatemalę, a samo miasto zamieszkiwało ponad 120 tysięcy osób.

Mniej więcej w tym samym czasie, tuż pod Jego nosem wyrosła kolejna wielka cywilizacja – Zapotekowie, którzy zbudowali swoją stolicę dosłownie 10 km od Niego, na Białym Wzgórzu – Monte Albán.

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Mała wagabunda zdobywa twierdzę Zapoteków

Gdy na Jukatanie pojawili się pierwsi wielcy astronomowie – Majowie, On był już zupełnie dojrzały, a niektórzy twierdzą, że mógł wówczas liczyć nawet tysiąc lat. Gdy Majowie opracowywali doskonały kalendarz i z niesłychanym pietyzmem i maestrią budowali swe miasta, orientując piramidy wobec ruchów słońca podczas równonocy i przesileń, On musiał już wyróżniać się wzrostem. Czy jest jedynym świadkiem historii, który potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, z którym naukowcy zmagają się od stuleci – dlaczego Majowie zniknęli? Jak to się stało, że tak wielka cywilizacja przestała istnieć tysiąc lat temu? Prosimy Cię, powiedz!

Gdy na terenach współczesnego Meksyku nastali Aztekowie, On był nie tyle wiekowy i majestatyczny, co po prostu wszechpotężny. Wszechpotężny na tyle, że jedna z legend powiada, że to właśnie kapłan azteckiego boga wiatru – Ehécatla nadał Mu życie jakieś 1500 lat temu. Niestety bolesna prawda jest taka, że On stał tu na długo zanim narodzili się nie tylko azteccy kapłani, ale zapewne i sam Ehécatl.

Gdy Kolumb odkrył Amerykę, On był już dziadkiem. Nauczony doświadczeniem, ze stoickim spokojem obserwował, jak Hernán Cortéz i konkwistadorzy przystąpili do metodycznej, acz pracochłonnej i zapewne męczącej wieloletniej rzezi miejsowych Indian. Zresztą cóż On mógł zrobić?

Przecież jest tylko drzewem. Może i największym na świecie, ale jednak tylko drzewem. Ach, gdyby to było tolkienowskie Śródziemie i mógłby On zebrać armię sobie podobnych cypryśników o obwodzie pięćdziesięciu metrów, pewnie przegoniłby i Cortéza.

On tymczasem przygląda się wszystkiemu z boku, a wiatr gra w jego bezkresnych konarach pieśń tysięcy lat.

Las konarów

Las konarów

Ostatnie stulecia to dla niego zaledwie mgnienie liścia. Gdy Napoleon III podbił na chwilę Meksyk, przysyłając Habsburga jako swoją marionetkę, On nawet nie wzruszył konarem. Dobrze wiedział, że to chwilowa francuska fanaberia, której Meksyk wkrótce pozbędzie się niczym choroby. Zdecydowanie bardziej zabolało Go, gdy w 1845 r. Stany Zjednoczone oderwały mu od kraju obszar od Kaliforni po Teksas, bezwględnie anektując meksykańskie terytoria z Wielkim Kanionem włącznie. Dlatego dziś tak cieszy liście, gdy słyszy, że kolejni Meksykanie przeskakują przez mur w Arizonie, a hiszpański jest tam już niejednokrotnie pierwszym językiem.

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Gościu, siądź pod mym liściem, a i pojedz sobie

Ach, gdyby jeszcze zechciał podzielić się swoim doświadczeniem. Powiedzże cokolwiek! Zdradź choćby jeden ze swoich sekretów!

Największe drzewo świata - the biggest tree in the world

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Gdzie góra, a gdzie dół? Kto pierwszy do słońca!

Czy Olmekowie naprawdę wynaleźli piłkę nożną? Czy Majów wybiła wieloletnia susza? Czy Teotihuacán podbił Zapoteków? A może to Toltekowie pokonali zwaśnione cywilizacje? Czy konkwistadorzy wybudowali u Twych stóp przepiękny kościół, by splendor Ziemi Świętej, na której stoisz od setek lat, wykorzystać do nawracania Indian? Czy Habsburg naprawdę był tak bardzo zafascynowany motylami, że przegrał Meksyk? Dlaczego nie mieścisz się w kadrze? Czy naprawdę muszę odejść sto metrów, by objąć Cię wzrokiem?

Czy wiesz, że miejscowi nie nadali Ci nawet imienia? Dwa albo i trzy tysiące lat i nikt nie nadał Ci nawet imienia! Nazywają Cię po prostu Drzewem. El Arbol – Drzewo. Gdy jadę do Ciebie autobusem, powiedzieli po prostu „A Drzewo rośnie tam”. Zresztą może to i lepiej. Przecież ty jesteś archetypem drzewa! Twe konary wciąż takie żywe, niezliczone ptaki w nich kolorowe, igły żywicą pachnące, w Twych włosach nie znajdziesz siwizny, gałęzie jędrne i zwinne, piętrzą się jedne na drugich, szukając złaknione słońca. Czy Ty wiesz, że mieszkasz na zwrotniku, a Twa korona tak gęsta, że u stóp Twych aż ciemno? Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że Twój pień ma ponad pięćdziesiąt metrów obwodu? Czy Ty wiesz, że jesteś wyższy od 13-piętrowych wieżowców? Pojawiły się komputery, samochody, a nadal potrzeba kilkudziesięciu sekund, żeby obejść Cię dookoła.

Niech chociaż to się nie zmienia. Po prostu bądź.

Największe drzewo świata

Największe drzewo świata

.

Reklamy

Co to jest pełnia księżyca?

Czym jest pełnia? Ktoś powie, że to faza księżyca i do tego taka, w której słońce oświetla całą półkulę naszego satelity. Ja i pewnie jeszcze parę innych fanów BBC stwierdzi, że to ten długo wyczekiwany choć zawsze niespodziewany moment, gdy Księżyc odwróci się w naszą stronę i wyjawi nam Prawdy Objawione podczas oglądania jednego z najlepszych seriali w historii – the Mighty Boosh. Ale tak naprawdę rzecz nie w tym, czym jest pełnia, tylko kiedy pełnia nastaje…

A pełnia wypada na przykład dzisiaj.

Skąd o tym wiemy? Niby sprawa jest prosta, wystarczy przecież wyjrzeć za okno, prawda? A jednak prawie nikt nie wygląda…

Jeszcze do niedawna, przez prawie dwa lata podróży nigdy nie mieliśmy tego problemu. Kiedy jest pełnia, o której wypadnie dziś zachód słońca, a o której będzie jutro wschód? Odpowiedzi na te pytania były nieodzowną częścią naszej egzystencji przez te wszystkie miesiące. Tak naprawdę to wokół tych fundamentalnych kwestii obracało się nasze życie.

Dlaczego wschód słońca musi być zawsze o świcie? (Bromo, Indonezja)

Dlaczego wschód słońca musi być zawsze o świcie? (Bromo, Indonezja)

Zaczyna się ściemniać – czy mamy dzisiaj gdzie spać… Jaki piękny dziś księżyc, zostańmy jeszcze parę godzin na plaży, może jakieś żółwice przyjdą składać jaja na tej indonezyjskiej plaży… Za chwilę zachód słońca, lepiej zawijajmy się z centrum Limy, bo latynoska metropolia to nie jest miejsce, w którym chcesz się włóczyć po zmroku… Jutro znów mordęga, pobudka o piątej – czy wschody słońca muszą być takie piękne… Zostaw te gary i naczynia! Choć na pokład, cały atol płonie w zachodzącym słońcu…

Pożar u Świętego Piotra (Carretera Austral, Chile)

Pożar u Świętego Piotra (Carretera Austral, Chile)

Znowu o piątej? (Bagan, Birma)

Znowu o piątej? (Bagan, Birma)

I tak dalej i tak dalej.

Bezpośredni kontakt z naturą, to chyba rzecz, której najbardziej brakuje nam w mieście. Choć trzeba przyznać, że w Warszawie i tak nie mamy źle pod tym względem. Jakiś czas temu wybraliśmy się we troje na spacer nad Wisłą. Ja, żona i psiak. Jakież było nasze zdziwienie, maszerując przez chaszcze, gdy natknęliśmy się na ponadpółmetrowe modrzewie ścięte przez bobry. Co więcej wzdłuż plaży bobry rozlokowały nawet półżeremia. I to zaledwie kilkaset metrów od Trasy Toruńskiej! A wdłuż całego terenu nadwiślanego na śniegu i błocie pełno tropów saren i dzików.

Bobry we Warsiawie!

Bobry we Warsiawie!

Sąsiadka mówiła mi niedawno, że dziki i sarny w Lasku Bielańskim tak się rozzuchwaliły, że podchodzą pod zabudowania i lepiej uważać, żeby wataha dzików nie zaczęła szarży w naszą stronę albo nie poturbowała psa.

Pamiętam, że w Perth, stolicy Australii Zachodniej, ze zdziwienia szczękami szorowaliśmy po chodniku, gdy w centrum miasta pojawiły się delfiny. Perth od wielu lat utrzymuje się co prawda w czołówce najlepszych na świecie miast do życia, więc nie ma się co delfinom dziwić, ale trochę nas zatkało.

Perth, Australia - jedno z najlepszych miast do życia. Dla wszystkich.

Perth, Australia – jedno z najlepszych miast do życia. Dla wszystkich.

A tymczasem okazuje się, że i u nas bobry idą po rozum do głowy.

No tak, ale nie zmienia to faktu, że od powrotu do Polski nie widzieliśmy nie tylko ani jednego wschodu słońca i może ze dwa zachody, gdy akurat wynosiłem śmieci. O pełni księżyca nie wspomnę. W Ameryce Południowej Paulina tak sobie zsynchronizowała wewnętrzny zegar biologiczny z Pachamamą, że już tydzień przed pełnią wiedziała, że zbliża jej się okres.

A teraz? Teraz dowiaduję, się że dziś jest pełnia, bo zamontowałem sobie widget na google’u, który mi o tym podpowiada. Dramat.

Całe szczęście śnieg już stopniał, więc chyba odkurzę śpiwór i wyciągnę się dzisiaj na balkonie. Pora nawiązać nadwątlony kontakt z naturą.

.

Mleko i łzy

Dawno dawno temu na płaskowyżu Altiplano żyła piękna kobieta. Nazywa się Tunupa i mieszkała nieopodal wielkiej pustyni, największej w całym królestwie. Działo się znacznie wcześniej niż Inkowie dotarli do Boliwii. Ba! Wcześniej nawet niż mieszkańcy Tiwanaku wybudowali swoje świątynie ku czci słońca.

Tunupa zadziwiała pięknością nie tylko okolicznych mieszkańców, ale wszystkich na Altiplano i wielu młodzieńców rywalizowało o jej względy. W oko wpadła ona szczególnie dwóm potężnym wojownikom – Cusco oraz Cosuña. Nie mogąc dojść do ładu ze sobą oraz rozbijając się o niezdecydowanie Tunupy, młodzieńcy po jakimś czasie postanowili rozwiązać konflikt po męsku.

Laguna Colorada

Laguna Colorada

O względy pięknęj kobiety stoczyli walkę tak epicką, że zarówno słońce i księżyc zatrzymały się przez chwilę na nieboskłonie, by podziwiać ich zmagania. Ich pojedynek trwał wiele godzin, niektórzy twierdzą nawet, że kilka dni. Szala zwycięstwa ważyła się do ostatnich chwil, ale ostatecznie to Cusco wyszedł z walki zwycięsko.

Ślub okazał się wydarzeniem na wielką miarę, a Cusco i Tunupa zamieszkali w żyznej oazie na obrzeżach wielkiej pustyni. Wkrótce narodził im się syn, który dla obojga stał się oczkiem w głowie. W pewne czwartkowe popołudnie, gdy Kusku siał akurat fioletową kukurydzę, a Tunupa zajęta była wyrabianiem koziego sera, młody brzdąc zaintrygowany widokiem ciągnącej się po horyzont piaskownicy ruszył na czworaka przed siebie.

Kingsajz

Kingsajz

Gdy po kilku godzinach zrospaczeni rodzice zorientowali się, że ich syn zniknął, natychmiast rozpoczęli poszukiwania. Tunupa i Kusku przez wiele tygodni przemierzali bezkresne równiny, wylewając przy tym morze łez. Mleko karmiącej jeszcze piersią Tunupy także spłynęło szerokim strumieniem na pustynię. Równina okazała się jednak zbyt ogromna, by odnaleźć na niej maleńkie dziecko. Zrospaczeni rodzice usiedli na krańcu pustyni.

Flamingi

Flamingi

Z tęsknoty i frustracji przemienili się w ogromne góry – dwa wulkany po dziś dzień wypatrujące syna zagubionego na pustyni. Z czasem łzy rodziców sprawiły, że cała pustynia stała się słona, a mleko karmiącej Tunupy zabarwiło ją zupełnie na biało. Tak powstał Salar de Uyuni – największa pustynia solna na świecie.

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

Salar de Uyuni i Tunupa w tle

———————————————–

Salar de Uyuni i Cordiliera de Lipez – krajobrazowo prawdopodobnie najbardziej niezwykłe miejsce w Ameryce, jakie odwiedziliśmy:

.

Salar de Uyuni, Boliwia

.

P.S. Geologowie i historycy nie są zgodni co do prawdziwości legendy. Część z nich twierdzi także, że młody udał się nie na pustynię Uyuni, a do La Paz, w poszukiwaniu uroków nocnego życia.

.

Między tapirem a tygrysem

Osad coraz mniej. Po horyzont ciągnie się jedna jedyna droga, która setkami kilometrów oddala się w kierunku Boliwii. Upał każe wyszukiwać cienia najmniejszego nawet krzaka w oczekiwaniu na nienadjeżdżający samochód. I tylko myśl, gdy uda jej się odkleić od czaszki, wybiega czasem w to piekło, zastanawiając się, jaki skwar musi tu panować w paragwajskie lato.

Vagabunda na sjescie w Chaco

Vagabunda na sjescie w Chaco

Chaco przemierzamy żabimi skokami, rozsiadając się w wypasionych i nieskazitelnie czystych furach niemieckich osadników. Mennonici już przed stu lat opanowali zachodni Paragwaj, ciężką pracą wyrywając nieprzystępną, choć doskonałą ziemię. Niemcy, jak to Niemcy, w gruncie rzeczy mili, ale przecież i tak wojnę wywołali. No i ten Klose. Swoją drogą Paragwaj to jeden z krajów, które nigdy nie udzielały informacji na temat zbrodniarzy hitlerowskich, ukrywających się w kraju. Na Liście Wiesethala figuruje wciąż jako kraj odmawiający współpracy w ściagniu zbrodniarzy hitlerowskich. Za czasów dyktatury Stroessnera w Paragwaju ukrywał się między innymi doktor Mengele.

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Gaucho podczas oprawiania dorodnej jałówki

Ale brniemy dalej i oto jest. Przynajmniej dwudziestoletni, ufajdany błotem, prawdziwy 4×4 prosto z głuszy. Wieczorem lądujemy w paragwajskim mieszkaniu lokalnego weterynarza. Gadka się klei, skwierczący kurczak z rożna gładko odchodzi od kości, a terere jak zwykle wspomaga trawienie.

– Spieszy Wam się do tej Boliwii?

– Nam się nigdzie nie spieszy. Póki co, fajne to Chaco.

– A chcecie zobaczyć prawdziwe Chaco? Ciekawie to robi się dopiero dalej na zachód. Tam, gdzie dojedziesz tylko jeepem. Wybieramy się akurat jutro na rutynowy objazd do jednego folwarku. Dzwonili niedawno, że jeden gaucho zabił wczoraj jaguara, który ostatnio pożarł kilka krów na estancji. Może macie ochotę?

– Estancji? Jaguara?? Gaucho??? – półprzytomnie dukaliśmy słowa klucze, starając się zagłuszyć dzwoniącą już w głowach główną wygraną w tegorocznym dżekpocie.

Wyoming 1887?

Wyoming 1887?

Marzyło nam się onegdaj w Argentynie, by zostać jakiś czas na prawdziwej estancji. Poganiać krowy, pojeździć na koniu, pić mate na krzesłach z niewyprawionej skóry. Niestety w Patagonii czy na argentyńskiej pampie w XXI wieku ciężko trafić na estancję, na której nie przewidziano by już miejsca dla zbłąkanego turysty. Z amerykańskim portfelem oczywiście, bo poniżej 200 dolarów za osobę za dobę ani przystąp. Prawdziwego gaucho też łatwiej spotkać na folderze reklamowym agencji turystycznej albo w Toyocie Land Cruiser niż na koniu.

Który to tapir?

Który to tapir?


Ale Chaco to co innego. Tu po dwóch godzinach znaleźliśmy się w innej rzeczywistości. Po ulewnych deszczach, które w ubiegłym miesiącu niespodziewanie nawiedziły Paragwaj, drogi Chaco w większości stały się nieprzejezdne nawet dla największych jeepów 4×4. Teraz jednak wody już opadły i estancje znów odzyskały kontakt ze światem.

Choć trzeba przyznać, że biedy tam nie zaznają. Liczące zazwyczaj po kilka lub kilkadziesiąt tysięcy hektarów folwarki gromadzą od 500 do kilku tysięcy sztuk bydła. Pracuje na nich zaledwie 4-5 osób, a mniej więcej co dwa tygodnie przysługuje im do zabicia jedna pełnowymiarowa krowa, bo oprócz wynagrodzenia, przynajmniej kilogram mięsa na osobę dziennie to tutaj standard.

Jaguar - najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Jaguar – najszlachetniejszy ssak Ameryki Południowej, tu niestety w wersji wyprawionej

Co kilka tygodni przyjeżdża kontrolnie werterynarz, głównie po to, by pogładzić po brzuchu oswojonego tapira, który z dzikiego Chaco przyszedł za chlebem do estancji. Raz czy dwa razy do roku jakiś gaucho ustrzeli jaguara bądź pumę, wykradającą krowy czy owce.

Poczciwość i szczerość tych ludzi nie zna granic. Żyją niemal zupełnie odcięci od świata, odkłądając, by posłać dzieci do szkoły w stolicy.

– Ale jaguary są chyba pod ochroną? – pytamy nieśmiało.

– To prawda. Za zabicie go wysłali by mnie na 5 lat do więzienia.

Gaucho zawsze nazywają jaguary tygrysami. W Argentynie mają nawet miejscowość Tigre, gdzie prawdopodobnie ze 100 lat temu widziano jakieś jaguary.

– Ale nie szkoda zabijać takiego szlachetnego zwierzaka? Nie ma ich już wiele na świecie…

– Podobno. Chociaż u nas w Chaco ich nie brakuje. Co roku zagryzają kilka krów. A właściciel estancji płaci 100 dolarów za martwego tygrysa. A za wyprawioną skórę dostanę drugie sto od jakiegoś gringo.

Tamtararam tararam, Bonanza!

Tamtararam tararam, Bonanza!

I jak rozstrzygnąć konflikt terytorialnych jaguarów i jeszcze bardziej terytorialnych homo sapiens? Ziemię jaguara bez jego wiedzy i apelacji odebrała łapówka, tworząca estancję o powierzchni 10 tys. hektarów z tysiącem krów.

Jej właściciel nigdy nie był w Chaco. Mieszka w Zurychu. O estancji wie tyle, że co roku dostaje przelew na 200 tys. dolarów za sprzedane w tym roku jałówki.

.

—————————————-

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion - Santa Cruz postoi tak jak i my

Być może i Jezus ich przewodnikiem, ale autobus relacji Asuncion – Santa Cruz postoi tak jak i my

Okazało się też, że jeszcze ciekawiej było się z Chaco wydostać. Po złapaniu boliwijskiego TIRowca raptem 200 km od granicy, już witaliśmy się z gąską. Niestety niemal gotowa już droga asfaltowa, która łączy oba kraje, była właśnie remontowana. Ponowne opady deszczu sprawiły, że gliniaste drogi Chaco zamieniły się w grzęzawisko. Tym samym podróż, która miała trwać najwyżej 15 godzin, przedłużyła się do ponad 3 dni. Przed oczami znów stanęło nam wschodnie Borneo. Było wykopywanie ciężarówek łopatami, był kulig z trzech TIRów, nocleg na indonezyjskich autobusowych siedzeniach zamieniliśmy na nieco bardziej komfortowy ciągnik siodłowy. Tym razem jednak nie było jedzenia. Ale o tym, jakie figle płata mózg po trzech dniach bez żywności, co roi się przed oczami i jak objawia się Ziemia Obiecana po trzech dniach na głodzie, może innym razem. Kiedyś w książce.

.

A jeszcze więcej tapira, gaucho, jaguara i Chaco w najnowszej galerii o tajemniczym tytule „Chaco”.

.

Chaco, Paragwaj

.

Mówią mi

Mówią mi, że gdy zobaczysz Iguazú, nic już nie będzie takie samo.

Mówią mi, że przy największym wodospadzie huk jest tak ogromny, że nie możesz rozmawiać, a i z myśleniem będziesz miał problemy.

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Mówią mi, że niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie siła przyrody jest tak przytłaczająca. Stoisz nad przepaścią i wiesz, że jesteś niczym. Godzinami możesz wpatrywać się w największą z katarakt i bawić się w odprowadzanie wzrokiem poszczególnych kropli wody w otchłań. Patrzeć jak hektolitry wody mijają Cię w każdym ułamku sekundy i lecą w dół jak na zwolnionym filmie. A potem nikną w białej nicości.

Mówią mi, że gdy stoisz nad krawędzią Gardzieli Diabła, czujesz się jakbyś zaglądał w czeluście piekieł. Największa z katarakt pochłania ponad połowę całego przepływu wodospadów Iguazú. Jej ułożony w podkowę kształt niemal otacza widza i każe dwa razy zastanowić się czy aby na pewno piekła nie ma. W tym miejscu ma się wrażenie, że tu kończy się ziemia, a pod spodem gigantyczne słonie podtrzymują Świat Dysku. Naukowcy wciąż nie są pewni czy sam Lucyfer nie zaprojektował Garganty del Diablo.

Garganta del Diablo

Garganta del Diablo

Mówią mi, że choć wodospad ma zaledwie 85 metrów, to nie licz na to, że zobaczysz z góry jak woda wpada do rzeki. Siła wody jest tak potworna, że już z odległości kilku kilometrów dojrzysz wysoki na kilkadziesiąt metrów komin białej piany unoszący się wysoko nad tropikalnym lasem. Raczej nie ma możliwości, żebyś nie wiedział, gdzie znajduje się Garganta del Diablo.

Mówią mi, że Iguazú to nie wodospad, a kraina wodospadów rozciągająca się na przestrzeni ponad dwóch i pół kilometrów. Możesz chodzić po niej cały dzień. Możesz przechadzać się wśród tropikalnej roślinności, obserwować tukany, miejscowe sępy, mrówki o ponad dwucentymetrowej długości, u których wyraźnie zobaczysz oczy, a w nich to, co chętnie by z Tobą zrobiły, gdyby tylko miały jeszcze kilka centymetrów więcej.

Tukan

Tukan

Mówią mi, że „Iguazú” w języku Indian guarani znaczy „Duża Woda”. I na to zjawisko nie znajdziesz lepszego określenia, choćbyś myślał wieki.

Mówili mi i mówili. Mówili jeszcze w Azji, mówili w Australii, mówili także w Chile i Argentynie. Tobie też będą mówić. Ale choć wszyscy będą mieli rację i tak nie zrozumiesz tego, dopóki nie zobaczysz na własne oczy.

A nie! To tukan

A nie! To tukan

.

A kto ciekaw pocztówkowego konkursu, niech szybko leci na fejsa. Tam laureaci, gale, rozdawanie nagród oraz goła baba zawinięta w dywan. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy! W nagrodę jeszcze więcej Iguazú.

Iguazú, Argentyna

.

Na mokradłach

Przychodzi kajman do lekarza, a w poczekalni siedzi kapibara.

No i za nic w świecie nie mogę wymyślić ciągu dalszego…

"Mnie tu nie ma"

„Mnie tu nie ma”

W zaistniałej sytuacji dziś przemawiają obrazy.

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

kapibara myśli

kapibara myśli

Kajman przez miejscowych zwany "yacare" zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Kajman przez miejscowych zwany „yacare” zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Wyjec wyje

Wyjec wyje

Mokradła Esteros del Ibera

Mokradła Esteros del Ibera to obok brazylijskiego Pantanalu jedyne takie miejsce na Ziemi

Doktor Quinn i Lucky Luke na dzikim zachodzie

Doktor Quinn i Lucky Luke na Dzikim Zachodzie

.

Co tu dużo pisać. W Esteros del Ibera jest niesamowicie. Kliknij i zobacz więcej.

Esteros del Ibera, Argentyna

.

P.S. A gapowiczom przypominam, że na naszym fejsie trwa KONKURS. Do wygrania niebywałe nagrody.

.

Szczęki

Ciszę i radość z obserwowania orek patrolujących przybrzeżne wody zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas zakłócały jedynie komunikaty wydawane przez zakapturzoną kobietę do krótkofalówki.

Podejdę bliżej i posłucham, co tam się nadaje.

– Antu wpływa do zatoki. Zdaje się,  że Maga z trójką młodych przygotowują się do ataku w kanale brzegowym. J.C. trzyma się na razie z dala i patroluje wody w drugiej linii. Włącznie z Antu jest ich zatem już 9.

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo "naszego" jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo „naszego” jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

– Dziewięć orek? Myślałem, że co najwyżej 4-5 – zagaiłem, udając, że kumam bazę.

– Nie, nie, dziewięć. Pływają w dwóch grupach i J.C. osobno, ale myślę, że jeszcze ze dwie czy trzy powinny dziś przypłynąć. Macie szczęście. Kwiecień to najlepsza pora na obserwowanie orek. W tym miesiącu są tu prawie codziennie.

– Tak słyszeliśmy. A ten J.C. czemu pływa osobno?

– To dominujący samiec. Nigdy nie poluje. Pilnuje tylko terenu.

W tym momencie J.C. ostentacyjnie wystawił swoją płetwę grzbietową wielkości deski surfingowej nad wodę i buńczucznie parsknął, tworząc widowiskową fontannę.

– Ale co to za imię J.C? Niczym z amerykańskiego filmu.

– Nazywa się Juan Carlos?

– Jak król Hiszpanii?

– Hiszpanii? Zwariowałeś? Lepiej nie powtarzaj tego głośno. J.C. to imię po pierwszym argentyńskim badaczu orek.

– A Ty? Pracujesz tutaj?

– Tak jakby.

– Od dawna?

– Trochę. Będzie z piętnaście lat. Ale niestety nikt mi za to nie płaci – roześmiała się.

Popatrzyłem z ukosa, próbując dostrzec, co kryje się za ciemnymi okularami, rosyjską czapą i kołnierzem zasłaniającym pół twarzy.

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

– Zaraz, zaraz. Czy ja nie widziałem Cię w telewizji?

– Być może – odparła z uśmiechem, zdejmując okulary i czapę, spod której wypadł półmetrowy blond warkocz.

– Tak, Tak – teraz byłem już pewien. – Widziałem Cię w National Geographic. To w programach z Twoim udziałem po raz pierwszy usłyszeliśmy o Półwyspie Valdez! Gdyby nie Ty, pewnie by nas tu teraz nie było.

No i się zaczęło.

Ingrid Visser o orkach wie prawie wszystko. Co jedzą, jak szybko pływają, ile ważą, jak długo żyją. Wszystkie orki Półwyspu Valdez zna z imienia i rozpoznaje z kilkuset metrów po kształcie płetwy i ubarwieniu. Przez resztę poranka obserwowaliśmy te niesamowite zwierzęta i podpatrywaliśmy Ingrid przy pracy.

– Orki żyją do 80 lat. Ale tylko na wolności. W oceanariach około 10.

– To tak jak delfiny. Jakiś czas temu oglądaliśmy niesamowity dokument – Zatokę delfinów. Zdaje się, że to podobna sprawa.

– Dokładnie. Właśnie teraz walczymy o uwolnienie pewnej orki, całkiem niedawno schwytanej u wybrzeży Holandii. Wyłowiono ją, żeby jej pomóc, ale szybko zainteresowały się nią oceanaria i teraz ciężko będzie ją uratować.

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Ingrid opowiadała, a tuż obok orki szalały przy brzegu, grając na nosie fotografom z połowy świata, czekającym kilkaset metrów dalej na zdjęcia do tegorocznego World Press Photo.

– Nie ma się z czego śmiać. Oni koczują tu już od ponad tygodnia, a dziś już dwa razy biegali w tą i z powrotem po 3 kilometry wzdłuż plaży z kilkunastoma kilogramami sprzętu, gdy orki wybrały sobie sąsiednią zatokę na ataki.

Orki uwielbiają Półwysep Valdez. Przypływają co roku, aby polować tu na młode lwy morskie. Patrolują płytkie wody w oczekiwaniu na przypływ i w momencie, gdy jest wystarczająco dużo wody, chwytają lwy morskie z samej plaży. Lwów morskich jest tu z kolei zatrzęsienie i po narodzinach nowego miotu na początku roku, wszystkie one uczą się pływać i polować poprzez zabawę na płyciznach.

To właśnie to miejsce obrały sobie superinteligentne orki na łowy. Chwila nieuwagi ze strony młodych i wraz z kolejną nadchodzącą falą, orka chwyta w zęby młodą fokę.

– Patrz! – rzuciła Ingrid w momencie, gdy świeżo schwytany lew morski z impetem wyleciał w powietrze, wyrzucony przez jedną z orek. – Mówimy na to „szczeniakowy tenis”.

Po schwytaniu zdobyczy orka wypływa na głębsze wody, po czym wyrzuca ofiarę wysoko w powietrze. Maluch lata w prawo i w lewo, a orki chwytają go kolejno, nurkują i ponownie wyrzucają go w powietrze.

– Szczeniakowy tenis ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze teraz to młode orki uczą się polować. Maga upolowała lwiątko i rzuciła je swoim dzieciom do zabawy. One doskonalą w ten sposób sztukę polowania i jednocześnie przygotowują posiłek. I to jest właśnie ta druga sprawa. Orki są wyjątkowo inteligentne i jednocześnie wybredne. Nie chcą jeść włochatego lwa morskiego. Rzucając małym jak szmatą, przygotowują go także do obdarcia ze skóry. Zjedzą samo mięso, a skóra i resztki zostaną dla padlinożerców.

– Ale widzę, że młode orki muszą się jeszcze sporo uczyć – powiedziała Paula, gdy młody lew morski jakimś cudem wydostał się z oblężenia orek i z prędkością błyskawicy pomknął w stronę plaży. – Wygląda całkiem do rzeczy, zważywszy na to, co przeżył.

– To prawda, biegnie żwawo, ale ma przed sobą zaledwie kilka godzin życia. Z pewnością ma połamane żebra, strzaskaną wątrobę i inne organy wewnętrzne. Teraz przy życiu trzyma go jedynie adrenalina.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Ingrid miała rację. Następnego ranka ciało lwiątka rozrywały już na strzępy petrele i carancho – patagońskie sępy. Przez kolejne dwa dni przyjeżdżaliśmy na plażę Punta Norte. Najciekawsze w oglądaniu tych zwierząt na Półwyspie Valdez była jednak rozmowa z Ingrid Visser. Nowozelandzka badaczka rok dzieli na pobyty w Argentynie, Papui-Nowej Gwinei, Nowej Zelandii i na Antarktydzie.

Z cierpliwością św. Franciszka odpowiada wciąż na te same pytania zaciekawionych turystów. A ile jedzą, jak długo żyją, gdzie są, gdy ich nie ma? Pasja Ingrid do badania tych zwierząt jest bezgraniczna.

.

A że Półwysep Valdez to nie tylko orki, ale także mnogość guanako, pingwinów Magellana, słoni morskich, pancerników czy lwów morskich z łatwością można przekonać się, wchodząc do najnowszej galerii z Argentyny, gdzie prawie wszystkie można obejrzeć z bliska.

.

Półwysep Valdez, Patagonia, Argentyna

.