Archiwa blogu

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Reklamy

Patagonia 4×4

Po dwóch niesamowitych tygodniach przebijania się przez Carreterę Austral – miejsce prawdziwie magiczne, Chile upuszczaliśmy w mieszanych nastrojach. Gorącą euforię miejsca skutecznie gasił przenikliwy do ostatniej gumki w majtkach patagoński deszcz. Z pewnością nie pomógł też dobijający nas już nieco strajk w prowincji Aysen, który całkowicie zablokował dostawy paliwa i sprawił, że na ostatniego stopa do argentyńskiej granicy czekaliśmy bite 8 godzin. I tak staliśmy jak kołki – zziębnięci, przemoczeni, nie mający nawet sił by kląć i zastanawiać się, jaki to będzie ten kolejny pięknie brzmiący kraj – Argentyna.

Andy w okolicach Chalten

Andy w okolicach El Chalten

Przez cały dzień minęły nas trzy samochody lokalnych farmerów, bujających się po okolicznych posiadłościach. Ale jak to zwykle ze stopem bywa, wkrótce karta się odwróciła, po ośmiu godzinach dojechaliśmy wreszcie do granicy, a następnego dnia z marszu złapaliśmy Argentyńczyka z Pico Truncado. Tu plan był prosty. Jedziemy z nim 60 km, odbijamy na najsłynniejszą południowoamerykańską drogę – Rutę 40 i kontynuujemy jakieś 400 km przez patagońskie stepy aż do El Chalten. Ale w samochodzie gadu-gadu, rozjazdu nie widać i zanim się zorientowaliśmy przejechaliśmy krzyżówkę o jakieś 30 km.

– I co robimy?

– No właśnie. Wysiadamy i wracamy 30 km? Czy jedziemy z nim aż nad Atlantyk?

– Nad Atlantyk? Ale to jakieś dodatkowe 300-400 km w jedną stronę. I będziemy musieli przekroczyć Argentynę w poprzek. 2 razy!

– Raz mamy już z głowy. Koleś jedzie prawie na wybrzeże. Wieczorem będziemy na miejscu. Może los chce nam coś powiedzieć.

– No dobra. Przynajmniej zobaczymy, jak Patagonia wygląda od środka. 2 razy! I zrobimy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę na naszej mapie.

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

****

Wieczorem rozkładając namiot w huraganowym wietrze i deszczu padającym poziomo faktycznie zastanawialiśmy się, co też takiego mądrego chciał nam powiedzieć los.

– Może chciał nas doświadczyć. Jak Hioba.

– A może po prostu powiedzieć, że jesteśmy głupi.

****

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

– Zatrzymał się! Patrz, jaki wypasiony dżip. Żeby jechał chociaż kilkaset kilometrów… Można by trochę odtajać.

– Hej. Gdzie jedziecie?

– Na południe.

– Na południe – uśmiechnął się nieznajomy – To bardzo szerokie pojęcie.

– Bo i szeroko jedziemy. Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj jakieś 400-500 km do San Julian. A jak pójdzie jeszcze lepiej, to następnego dnia drugie tyle do El Chalten.

Tu delikatny uśmiech nieznajomego wydał mi się dziwnie podejrzany.

– Ha. No to wsiadajcie. Dziś jadę do San Julian, jutro do El Chalten, a za kilka dni do Calafate, jeśli Wam to po drodze…

No i poszło jeszcze lepiej niż mogło najlepiej, a w ten sposób zaczęła się nasza patagońska przygoda 4×4.

Nieznajomym okazał się Fernando. Pochodzący z Buenos Aires 62-letni właściciel sporej agencji reklamowej, który wybrał się na krótki tygodniowy wypad do ukochanej Patagonii. Wraz z nim i jego nową Toyotą Land Cruiser przemierzyliśmy pampę w poprzek w okamgnieniu, podpatrując pasące się guanako i szybkobieżne strusie nandu.

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Fernando przygarnął nas nie tylko na stopa, ale niemal zaadoptował jak własne dzieci, których skądinąd ma dwójkę w naszym wieku.

Rozmawialiśmy dużo. I wreszcie prawdziwie po angielsku, więc i tematyka nie była ciągle ta sama. Mówiliśmy o życiu, podróżach, krajach, marketingu, codzienności u nas i u nich, polityce, reklamie, filmie, sztuce, dzieciach i tym, co jest w życiu ważne.

W lot łapaliśmy swoje myśli i kończyliśmy rozpoczęte zdania. Godzinami poznawaliśmy argentyńską muzykę czy rozmawialiśmy o Kieślowskim. I w gruncie rzeczy powoli zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo podobni są Polacy i Argentyńczycy.

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

Jednego dnia wybraliśmy się wspólnie na treking w okolicach Chalten, w inne chodziliśmy sami, a spotykaliśmy się na kolację i wieczorne pogaduchy. Któregoś dnia Fernando obwiózł nas po okolicznych estanciach, czyli megaposiadłościach ziemskich, liczących po kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Innego pokazał niesamowitą działkę, którą kupił właśnie pod Fitz Royem.

Przez tydzień zobaczyliśmy Patagonię oczami Argentyńczyka, który chciał się pochwalić swoim krajem. Bo i ma czym.

WIG 20 czy kurs franka?

WIG 20 czy kurs franka?

Gdy się żegnaliśmy, Fernando po raz kolejny zaprosił nas do siebie.

– To że się spotkaliśmy, to magia. Moja żona i dzieci nie mogą się doczekać, żeby Was poznać. Co i rusz dopytują, co to za wynalazki wziąłem na stopa i przygarnąłem na ten niesamowity tydzień. Za miesiąc, dwa, gdy już skończycie z Patagonią i dotrzecie wreszcie do Buenos Aires, musicie do mnie przyjechać.

– No raczej – odparłem rzeczowo. A Paula się rozpłakała.

Zapowiada się boskie Buenos. Los wiedział, co robi.

Los Tres Vagabundos

Los Tres Vagabundos

.

UWAGA! Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Zdjęcia z argentyńskiej Patagonii są zabójczo piękne. Kto je raz zobaczy, będzie musiał tu przyjechać.

.

Patagonia, Argentyna

.

Pług boży

Są rzeczy piękne. Są zjawiska imponujące. Ale są cuda natury tak majestatyczne, że nie sposób sensownie ich opisać, nie gubiąc się w przesadnej emfazie. Taki właśnie jest lodowiec Perito Moreno.

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno onieśmiela swoim ogromem. Spływa z południowych Andów 30-kilometrowym jęzorem lodowcowym wprost na czatujących na niego turystów. Bo Perito Moreno jest jakby zaprojektowany by być megaatrakcją. Lodowiec większy niż cała Warszawa od Białołęki po Powsin schodzi z gór do Jeziora Argentino póki nie oprze się o przeciwległe wzgórza, na których z odległości kilkudziesięciu metrów gawiedź podziwia jego ogrom.

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

I wbrew temu, czego chciałby Al Gore, Perito Moreno nie tylko się nie kurczy, ale cały czas prze naprzód. Z ponadprzeciętną prędkością warto dodać. Średnio 2 metry dziennie. Te 2 metry pozwalają mu czołgać się powoli po dnie i z każdą minutą żłobić mozolnie krajobraz argentyńskiej Patagonii. Przy okazji, co kilka godzin, lodowiec ustępuje napierającej na niego wodzie i urywa sobie od czoła kilkudziesięciometrowe góry lodowe, które z hukiem godnym lepszej sprawy walą się do wody.

Raz na cztery, pięć lat lodowiec dochodzi do ściany. Dosłownie dopełza do przeciwległego Półwyspu Magellana i tym samym odcina część Jeziora Argentino, którego dno żłobi na co dzień. Poziom wody w odciętej części jeziora szybko się podnosi, a tysiące ton wody coraz silniej napierają na lodowiec. Godzina po godzinie woda kruszy lód od spodu. Po kilku dniach udaje jej się wyżłobić tunel. Mija kolejnych kilka dni i lód wreszcie ustępuje. Cała konstrukcja wali się w kilka sekund, a jezioro wyrównuje poziom. Tymczasem lodowiec od nowa z mozołem zaczyna pełzać w stronę Półwyspu Magellana. W XX wieku cykl ten odbył się 17 razy.

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

A czemu lodowiec jest tak imponujący? Może dlatego, że jego czoło jest szerokie na pięć kilometrów, czyli dajmy na to przesuwając się przez Warszawę, każdego dnia miażdżyłoby obszar od Marszałkowskiej do Prymasa Tysiąclecia. Metr po metrze.

Ale urwał!

Ale urwał!

A może dlatego, że ściana frontowa ma ponad 70 metrów wysokości, czyli więcej niż 20-piętrowy wieżowiec. A w zasadzie tylko tyle wystaje jej nad wodę. Bo pod wodą szoruje dno na głębokości ponad 100 metrów, co oznacza, że przykryłby Marriott i Intercontinental w minutę.

Niemal 200 lat temu Louis Agassiz wysnuwając rewolucyjną teorię o globalnych zlodowaceniach obejmujących większość naszej planety, porównał wolno poruszające się lodowce do pługów bożych, które zmieniają oblicze ziemi. Tej ziemi.

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Żyjąc we współczesnym świecie, często mamy wrażenie, że historia, geografia czy przyroda to obecnie procesy skończone. Wojny to przeszłość, granice się ustabilizowały, góry są tam gdzie są góry, a jeziora na Mazurach. Dzieląc doroczny wypoczynek na narty w Cortinie d’Ampezzo, łódki w Mikołajkach i kite-surfing w Jastarni, umyka nam chwilowość cudów natury, z którymi stykamy się na co dzień. A tymczasem wojna między ziemią i wodą trwa w najlepsze. Zawsze jest jakiś pług.

.

Więcej zdjęć z południowej Patagonii i naszej najnowszej przygody 4×4 znajdziecie tutaj:
.

Perito Moreno, Calafate i okolice, Argentyna

.

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.

Żeby góry żarły

Jakiś czas temu prawie tydzień spędziliśmy na nowozelandzkich fiordach. Wspinaliśmy się na szczyty i przełęcze, testowaliśmy wytrzymałość naszych serc w jeziorach polodowcowych, co dzień ciesząc się słoneczną pogodą, która we Fiordlandzie prawie nigdy się nie zdarza. I pewnie napisalibyśmy kilka słów o bajkowych krajobrazach ze szczytu Key Summit i szlaku Routeburn, albo dlaczego jest przynajmniej jeden powód, by lubić imię Gertruda. Ale nic z tego, nie tym razem.

Bo rzecz nie w tym, gdzie byliśmy, ale kogo można tam spotkać.

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Wdrapujesz się na jakiś szczyt, siadasz, wciągasz czekoladę i nagle słyszysz „No dobra, chłopaki, schodzimy”. Patrzysz – dziadki.

Ale przy plecakach raki, czekany, świecą gołe klaty, a każdy mięsień gra jak na wykładzie anatomii. I tak stoisz na przełęczy, jakieś 1500 metrów, tylko Ty i On. Podskórnie czujesz, że masz do czynienia z zawodowcem, ale jak to z niego wyciągnąć? „Dużo się wspinacie?”, „Całe życie”. I nadal błądzisz po omacku.

Całe szczęście chłopaki, spotkaniem rodaków równie zdziwieni co my, zaprosili nas do chaty alpinistów na kolację. Ale tu rozmawiając o dokonaniach też z trudem się czegoś dowiesz. Że Marek to pierwszy Polak, który zdobył McKinley? Że Andrzej Mierzejewski wraz Krzysztofem Wielickim i kilkoma innymi kumplami wytyczał nowe drogi na najwyższych szczytach na Kaukazie i w Afganistanie?

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Wstyd się przyznać, ale o żadnym z nich nie słyszeliśmy. Marek Głogoczowski? Andrzej Mierzejewski? Andrzej Kula? Kukuczka, Wielicki, Rutkiewicz, Cichy – to są nazwiska, które gdzieś dzwonią. Względnie Baranowska czy Morawski.

I dopiero gdzieś pokątnie w anegdotach i historiach przy herbacie, można coś poskładać. Trzydzieści, może 40 lat temu Marek wraz z Leszkiem Cichym zbiegł kiedyś 3 tysiące metrów spod Mont Blanc w 3 godziny. Ot tak, bo chcieli sprawdzić czy dadzą radę.

Gdy późnym popołudniem trafiliśmy na siebie na przełęczy, po kilku godzinach mozolnego marszu dla nas był to już szczyt trekingu na ten dzień. Oni właśnie wracali z okolicznych szczytów po 13 godzinach wspinaczki. Korzystając z ładnej pogody, postanowili się jeszcze powspinać, bo ładnie fiordy widać. Do Nowej Zelandii przyjechali na Mt. Cook – najwyższy szczyt tego kraju, który zdobyli kilka dni wcześniej.

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Marek ma 70 lat, Andrzej Mierzejewski 63. Tacy emeryci. Ale co to za emeryt, co w wieku 70 lat wstaje o 1 w nocy i rusza na czterotysięcznik? Pokonuje lodowce, przeskakuje głębokie na kilkaset metrów rozpadliny i przez 19 godzin wspina się na na najwyższą górę Nowej Zelandii. No tak, ale to emeryt z Zakopanego.

Mam koleżankę z Zakopanego. Kiedyś wraz z kumplami z GOPRu wspięli się, nie, w zasadzie wbiegli na trzy najwyższe szczyty Tatr – Gerlach, Łomnicę i Lodowy. Jednego dnia! Kilkadziesiąt kilometrów odległości i kilka kilometrów przewyższenia. Ale Zakopiańczycy to raczej inna rasa.

Czy Marek jest najstarszym człowiekiem, który wspiął się na Mt. Cook? Pewnie tak. Choć tu nikt statystyk nie prowadzi. Andrzej Kula mówi, że gdy nerwy im puszczają, gdy ściana wydaje się zbyt trudna, przodem puszczają Marka.

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z kolei przy stole nie ma takiej sytuacji, żeby Marek czegoś nie dojadł. Od razu widać – człowiek głodny życia. Akurat doskonale go rozumiem, bo w swoim dwuipółkrotnie krótszym życiu też nie zostawiłem okruszka na talerzu.

Andrzej Kula to jeszcze inna bajka. Wizytówka kraju. W ’82 wyemigrował do Australii. Przez 20 lat nie wracał do kraju, a trudno nawet wyłapać obcy akcent, gdy się z nim rozmawia. Dziś w Melbourne buduje maszty do żaglówek regatowych. Co weekend sam ściga się w regatach, lata na kajcie i z utęsknieniem czeka na ten czas, gdy przyjeżdża wspinać się w Tatrach. Ostatnimi czasy w Polsce co roku spędza co najmniej miesiąc. O kraju, górach, żeglowaniu, emigracji, trudnych latach poza domem można z nim rozmawiać całą noc.

W drodze na szczyt

W drodze na szczyt

Na pożegnanie Marek rzucił do nas taternickie „żeby nam ta Ameryka Południowa zażarła!”. Cóż, „Żeby Wam góry żarły!” Ciekawe, gdzie w przyszłym roku będziecie się wspinać.

Odjeżdżając, przepełniało nas jakieś dziwne uczucie. Niby szczęście. Niby radość. I moc. Ale to nie to. I chciało się latać.

Już wiem. To Duma. Duma Narodowa.

.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Andrzeja Kuli, Andrzeja Mierzejewskiego i Marka Głogoczowskiego. Więcej (naprawdę niesamowitych) kadrów nowozelandzkich Alp możecie obejrzeć tutaj:

Polscy alpiniści na Mt Cook, Nowa Zelandia

.

Z pamiętnika podróżnika – laotańska dzikość serca

Mam tego dość.

Właśnie dziś, po dwóch tygodniach pobytu w Tajlandii, wjechaliśmy wreszcie do Malezji. Tymczasem w świecie wirtualnym cały czas tkwimy w Laosie i nie zanosi się, żebyśmy szybko się stamtąd wynieśli. Wobec tego postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki.

Ilość zaprzeszłych wpisów, uznanych przez UberKomisję za niezbędne, którymi wprost musimy się z Wami podzielić, z trudem zredukowaliśmy do 7 (słownie: SIEDMIU!!!). W najbliższych dniach będziemy więc w Was naparzać jak poparzeni, przynajmniej dopóki nie dogonimy własnego cienia.

A zatem na początek kilka kartek z pamiętnika.

21.03 – Tat Lo

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Kontynuujemy motocyklową pętlę po Płaskowyżu Bolaven. Poranny wypad motorem z Tat Lo na odległy o 10 km wodospad Tat Sung z nawiązką zrehabilitował przereklamowaną atmosferę Tat Lo.

Po drodze wszyscy witają radosnym „Sabajdi”, a u szczytu pory suchej niemal całkowicie wyschnięty wodospad okazał się nie lada atrakcją. I co najważniejsze gdy przechadzaliśmy się po krawędzi „wodospadu”, obserwując przepastne wyrzeźbione przez wodę klify, dołączyli do nas mali myśliwi.

Dzieciaki z 3-metrowymi dzidami polują na cykady, których roje zalegają drzewa w tej części Azji. Trzeba przyznać, że to nie lada sztuka zakraść się do owadów i zanim odlecą, dotknąć je czubkiem kija wysmarowanego klejem. Część owadów można schrupać na surowo, ale większość trafia na patyk i na sprzedaż. Smażone na głębokim tłuszczu cykady to miejscowy przysmak.

22.03 – Paksong

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Dwa przepiękne wodospady – Tat Fan i Tat Yuang. Mimo że mamy akurat niedostatek wody, oba bardzo imponujące.

No i Dżungla. Z braku większych atrakcji postanowiliśmy podejść pod niedostępny Tat Fan jak bliżej się nam się uda.

Udało się na dwa obdrapane łokcie, trzy litry potu i ponadstumetrową przepaść. Ciekawa zapowiedź przed Borneo. Aż mi skoczyło ciśnienie.

A rano kawa z kupy. Ale o tym było poprzednim razem.

27.03 – Vang Vieng

Miasto z turystycznym klimatem. Wbrew naszym oczekiwaniom, tłumy Anglików przyjeżdżających tutaj się resetować, nie odbierają mu jednak wiele uroku. Malownicze położenie wśród krasowych ostańców nad rzeką zapewnia multum atrakcji.

W knajpach non-stop lecą stare odcinki Przyjaciół, a na straganach najlepsze naleśniki i bagietki w całej Azji (dużo lepsze niż w Bangkoku, a nawet Wietnamie).

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Niestety od kilku dni pogoda taka sobie, więc nie załapiemy się na tubing. A szkoda, bo mieliśmy nawet ochotę sprawdzić, jak spływa się rwącą rzeką na oponce wśród tłumów, co kilkaset metrów popijając Lao Lao.

28.03 – Vang Vieng

Dziś kilka jaskiń i nowy azjatycki owoc, jaki odkryliśmy towarzysząc miejscowym dzieciakom. Niestety nie udało nam się ustalić nazwy. Z wierzchu jabłko, wewnątrz niby dragon fruit, ale nieco bardziej włóknisty.

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Musimy kiedyś się zebrać i napisać osobny wpis o owocach. Przez pół roku uzbierało się już tego trochę, a to bardzo ciekawa i zupełnie nieznana w Polsce sprawa.

P.S. Vang Vieng jest bardzo urokliwe, ale na tyle turystyczne, że nawet za przejście mostem na drugą stronę rzeki trzeba płacić.

31.03 – Luang Prabang

Relaks, kamienice i obserwacja życia mnichów. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu Luang Prabang okazuje się uroczym miasteczkiem, które mimo że faktycznie nawiedzane jest przez liczne rzesze turystów, nie traci wiele ze swojego kolonialnego uroku. Dziwna sprawa w zasadzie, bo w Si Phan Don, Vang Vieng i tutaj prawie ten sam kejs.

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

W głównej mierze fakt ten Laos zawdzięcza niewiarygodnie wręcz zrelaksowanym mieszkańcom, którzy są prawdziwymi Grekami Azji i choć starają się zarobić parę groszy, to nic na siłę.

„Nie chcesz się targować, to szukaj gdzie indziej”. Nie chcesz jechać taksówką, idź piechotą. Nie chcesz iść na treking, idź sam. Rzecz niespotykana w Wietnamie, Indiach czy nawet Tajlandii.

P.S. Szkoda że równie zrelaksowane jak Laotańczycy nie są laotańskie koguty, z których jeden przez ostatnie 3 dni mieszkał z nami okno w okno i pierwsze próby głosowe miał o 3 w nocy, a od 5 do 8 nadawał już regularną audycję.

Dziś śniło mi się, że zastrzeliłem go z mojej birmańskiej procy, a Pauli, że na obiad był rosół.

05.04 – Muang Sing

Najciekawszy chyba dzień w Laosie. Wyruszając rano na motorze w góry, nie przypuszczaliśmy nawet do jakich niesamowitych wiosek uda nam się dojechać.

Prababcia panny młodej - lat 86

Prababcia panny młodej - lat 86. Przez całe życie żuje betel. Jej uśmiech - bezcenny.

A trafiliśmy między innymi na wesele plemienia Akha w wiosce zagubionej na wzgórzach nieopodal chińskiej granicy. Do wielu wiosek Akha nie da się dojechać samochodem, a można dotrzeć do nich jedynie pieszo lub motorem terenowym, przedzierając się wąską górską dróżką.

Zdrowo podpici górale Akha wpoili w nas z pół litra lokalnej whiskey „lao lao” i zaprosili do tradycyjnej chaty. A tam lokalne odświętne stroje, uczta i pogaduchy.

Aż szkoda było wyjeżdżać przed zachodem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało nam się dojechać na noc do odległego o 60 km Luang Nam Tha.

.

————————————————–

I film. Dziś mali myśliwi, czyli jak upolować cykadę i o tym, czego nie boi się zjeść nawet laotańskie dziecko:

.

.

I galeria z Bolavenu.

Płaskowyż Bolaven, Laos

.

Ludzie gór

Warunki życiowe prostych ludzi w Nepalu należą do najtrudniejszych, z jakimi zdarzyło nam się zetknąć. Jednak codzienność plemion górskich w Himalajach wykracza daleko nawet poza wyśrubowane standardy nepalskie.

Dwie najpowszechniejsze nacje zamieszkujące północno-wschodnie rubieże Nepalu to plemiona Tamang oraz Sherpa. Obie te grupy wywodzą się z Tybetu i są blisko spokrewnione z ludami zamieszkującymi tereny obecnie okupowane przez Chińczyków.

Nepalczycy z Tybetu

Gdy wybieraliśmy się na treking, znajomy pięćdziesięcioletni Nepalczyk ostrzegał nas nawet przez porywczością ludów tych rejonów. Twierdził, że krew w nich gorąca, przez co łatwo dają się wyprowadzić z równowagi i skorzy są do bitki. Wydaje się jednak, że owa góralska porywczość objawia się wyłącznie w stosunkach międzyplemiennych, bo nasze doświadczenia wskazują, że są to jedni z najmilszych i najbardziej uprzejmych ludzi, jakich dane nam było spotkać.

Ludzie z plemiona Sherpa w Himalajach

Ludzie Ci nigdy nie narzekają ani nie skarżą się na warunki, w jakich żyją czy inne niewygody, za to zawsze są radośni i wyjątkowo dużo się śmieją. Chętnie zapraszają obcych do siebie do domu, gdzie skorzy są do drobnej pogawędki, nawet jeśli miałaby ona sprowadzać się do pogaduchów na migi. Warto jednak dodać, że Sherpowie niespecjalnie lubią być fotografowani, co staraliśmy się uszanować.

Wioski w górach zazwyczaj oddalone są od siebie o kilka godzin szybkiego marszu. W 90% osad nie występują oczywiście żadne pojazdy mechaniczne, bo dróg w zasadzie nie ma, a jedynym traktem łączącym zabudowania są górskie, kamieniste ścieżki, niejednokrotnie przypominające szlak na Giewont. Oznacza to, że do wiosek, do których dochodzi jakakolwiek przejezdna droga niejednokrotnie trzeba maszerować od 2 do 3 dni. Oczywiście tempem Sherpy, nieosiągalnym dla bladych twarzy.

Nieszczęśni szczęściarze

Oprócz zwyczajnych niedogodności, którymi obciążone jest zamieszkiwanie tak odludnych terenów, jak np. transport żywności i innych niezbędnych materiałów, z życiem Sherpów wiążą się również inne niewygody, jak chociażby posłanie dzieci do szkoły. Szkoły w wioskach są oczywiście rzadkością, więc te rodziny, które są na tyle zamożne, aby kształcić swoje dzieci, muszą posyłać je do wiosek odległych o jeden lub kilka dni drogi.

Dzieciaki, nawet sześcio- czy siedmioletnie nie mają oczywiście możliwości dojeżdżać do domu, więc podczas nauki mieszkają w internatach. Nasz treking przypadł akurat pod koniec miesięcznych wakacji związanych z dwoma najważniejszymi świętami w Nepalu – Dasain i Diwali. W tym czasie dzieci były akurat w domach, ale w ostatnią sobotę naszego marszu wypadł czas pożegnań i płaczu maluchów, wyjeżdżających na kolejne 4-5 miesięcy.

Edukacja w Nepalu jest wszystkim, więc przed dziećmi, które nie chodzą do szkoły rozpościera się bardzo wyboista droga. Jednak w tych górskich okolicznościach, gdzie już sześcioletnie brzdące mieszkają w internatach, człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, które z dzieciaków są prawdziwymi szczęściarzami.

Bosonodzy hobbici

Tymczasem ich rodzice, zarówno Sherpowie jak i Tamangowie są wprost niewiarygodnie wytrzymali – tak psychicznie, jak i fizycznie. Jako tragarze często przenoszą kilkudziesięciokilogramowe ładunki na plecach, transportując plecaki i żywność dla turystów, a także wszelkie dobra dla swoich wiosek. Co więcej na krótkie dystanse i na niedalekie wypady chodzą na boso lub w prostych klapkach, niewiele robiąc sobie z lodowatych strumieni górskich czy ostrych kamieni.

Kobieta z plemienia Sherpa w HimalajachWówczas wyglądają zupełnie jak współcześni hobbici, które to wrażenie potęguje jeszcze ich wzrost, który nie przekracza zazwyczaj 165 cm. Podczas jednej z wizyt w rodzinnej chatce w Thankuni Banyang nie tylko ja musiałem chodzić schylony niemal wpół, do czego zdążyłem już się przyzwyczaić, ale nawet Paulina musiała co i rusz się pochylać, żeby przypadkiem się nie oskalpować.

Nierzadko zdarza się również, że Sherpowie noszą przy sobie tradycyjny nepalski nóż khukuri. Ta długa, czasem nawet 50-centymetrowa broń wywodzi się z plemienia Gurków, ale została spopularyzowana także wśród innych plemion i w górach pełni rolę nie tyle broni, co raczej maczety lub większego scyzoryka do zarzynania zwierząt. Co ciekawe ostrze khukuri jest wyraźnie zakrzywione w nieintuicyjnym kierunku, czyli w stronę od trzymającego broń.

Właśnie w jednej z odludnych wiosek Sherpów udało mi się wyłuskać taką maczetę od miejscowego szamana. Dodam, że broń niezwykłą, która używana była podczas święta złożenia ofiary krwi za doroczną pomyślność rodziny.

Błogosławieństwo krwi

Co roku w pewną sobotę, wypadającą na przełomie października i listopada w wielu górskich wioskach praktykuje się jeszcze składanie ofiary zwierzęcej dla boga Kannamsa.

Przed przystąpieniem do ofiary ubrany w odświętne, białe szaty szaman obmywa stopy i ręce i przygotowuje niewielki ołtarzyk, gdzie na dużych liściach palmowych rozmieszcza niewielkie kupki ryżu. Po odprawieniu wstępnej modlitwy szybkim ruchem podrzyna gardła zwierzętom i ich krwią skrapia przygotowaną ofiarę. Gołą ręką wyrywa łeb każdej z kur, który następnie również dołącza do ofiarnego stołu.

Wioskowy szaman w Himalajach

Szaman niemal w transie jeszcze przez kilka minut odmawia modlitwę, a w tym czasie ojciec wraz dziećmi wydobywa z kury wątrobę, która jest niezbędna do dalszej części rytuału. Dzieci podpiekają wątróbkę na ognisku przez około 5-10 sekund, a następnie po jej poświęceniu każdy z członków rodziny otrzymuje po kawałku do zjedzenia. Na zakończenie szaman błogosławi każdego z osobna, stawiając na czole tikę z krwi i ryżu.

Młody Sherpa z rytualną tikąTika to tradycyjna hinduska kropka stawiana na czole, która ma tysiące wersji i kolorów i jest wykonywana przez przeróżne osoby, najczęściej członków rodziny, jednak niemal zawsze oznacza błogosławieństwo i pomyślność.

Rytuał zakłada poświęcenie siedmiu zwierząt, zazwyczaj kurcząt, co ma zapewnić pomyślność całej rodzinie. W wiosce, którą my odwiedziliśmy, ze względów praktycznych i oszczędnościowych zabito jedynie 2 kury. Miejmy nadzieję, że pomyślność nie będzie odpowiednio mniejsza.

——————————————

Więcej zdjęć ilustrujących życie codzienne Sherpów i innych górskich plemion w Nepalu możecie obejrzeć w galerii.

Ludzie gór, Nepal

.