Archiwa blogu

Na wyspach Bergamudach

Dziś zabieramy Was naprawdę daleko, ale unosimy się w oparach absurdu. Krokodyle, szpitale bez lekarzy i samoloty, których nie ma, czyli witajcie na Wyspach Salomona.

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

Czy kiedykolwiek słyszałeś o naszym kraju??

 

Ale zaczynamy jak u Hitchcocka.

Po ostatnim dwudniowym rejsie Najlepsza z Żon czuje się fatalnie. Pęka jej głowa, ciężko oddycha, bolą ją wszystkie kości, łącznie ze śródstopiem. Nie może nawet rozprostować palca. Ostatnie przeprawy z Espiritu Santo na Archipelag Banksa na Vanuatu, a następnie do wschodnich rubieży Wysp Salomona zupełnie nas nie oszczędzały. Przynajmniej kilka szkwałów każdej nocy, podczas których deszcz pada poziomo, a wiatr wieje z prędkością 30, a nawet ponad 40 węzłów. Kilkukrotne całkowite przemoczenie przez fale przelewające się przez pokład też zrobiło swoje.

Pierwszy atak choroby jakimś cudem udało się opanować przy użyciu jachtowej apteczki, ale jak się wkrótce miało okazać, to jeszcze nie koniec. Na Vanikolo – pierwszej wyspie archipelagu nie schodziliśmy nawet na ląd, a spragnieni kontaktu z cywilizacją mieszkańcy okolicznych wiosek przez cały dzień przepływali kilometry swoimi czółnami, aby z nami handlować. Wypakowani kilogramami papai, batatów, ananasów i wszelkiego innego dobra, a lżejsi o kilka worków ryżu, cukru, a także szpulek igieł i nici, które specjalnie w tym celu nabyliśmy na Vanuatu, następnego dnia udaliśmy się więc prosto do Laty – stolicy prowincji Temotu na Wyspach Salomona.

Na Vanikolo nie snorklowaliśmy nawet jakoś specjalnie w zatoce, bo choć jak twierdzą miejscowi, okoliczne krokodyle zazwyczaj nie są większe niż półtora metra, to jakoś brakowało nam śmiałości, żeby popluskać się tu dłużej niż pół minuty.

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

Dzisiaj chłodny uśmiech, jutro zapalenie płuc

 

Szpitale bez lekarzy

Kilka dni później choroba wraca. Tragedii nie ma, myślę, bo w Lacie jest nawet szpital. Przeciskam się pomiędzy czekającymi pacjentami, a plakaty informacyjne na ścianach ostrzegają mieszkańców przed chorobami, które w świecie zachodnim już dawno wyginęły – prym wiodą gruźlica i malaria.

Szpital okazuje się blaszanym barakiem z jedną salą bez drzwi i parawanem, za którym lekarz ogląda pacjentów, a tłum w korytarzu bynajmniej nie dyskretnie zapuszcza żurawia do środka.

Mimo że generalnie podczas podróży zdrowie wyjątkowo nam sprzyja, to jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to w mniejszych bądź większych kwestiach lokalne szpitale odwiedziliśmy już w Indiach, Hong Kongu, na Celebesie, Floresie, na Fidżi i na Vanuatu. I za każdym razem procedury były inne.

Próbuje więc ustalić jak tu wygląda ta kwestia, ale jakoś dziwnie nie mogę dojść do ładu z lekarzem, który mówi, że wizyta będzie tania, ale w zasadzie nie wie, ile będzie kosztować, a najlepiej by było, gdybym w sklepiku obok kupił zeszyt w kratkę, to założy żonie kartę pacjenta.

Kartę Pacjenta?? „Czy ty jesteś człowieku zdrowy?”, myślę sobie i daję mu czystą kartkę z plecaka, którą zawsze na wszelki wypadek noszę przy sobie. Tu załóż kartę pacjenta i kiedy możesz nas przyjąć.

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

A może zamienimy kilka papai na paczkę ciastek?

 

Po kilku minutach Najlepsza z Żon siedzi na krzesełku, śledzona kilkoma tuzinami melanezyjskich oczu wyglądających zza futryny.

Diagnoza – zapalenie płuc. Przyznam, że słowa doktora zabrzmiały jak wyrok, a gdyby był prawdziwym lekarzem pewnie zrobiłyby jeszcze większe wrażenie.

W międzyczasie to tu tam, od słowa do słowa udaje nam się ustalić, że przyjmujący pacjentów lekarz wcale nie jest lekarzem a „pomocnikiem lekarza”. Chyba stażystą, być może pielęgniarzem, a może recepcjonistą, w zasadzie nikt nie jest pewien. Lekarz in spe wyjechał do stolicy i nie może wrócić, bo od miesiąca do Laty nie latają cywilne samoloty.

Samoloty, których nie ma

Nie latają, bo samolot linii z Papui Nowej Gwinei, która użycza narodowym liniom Wysp Salomona samolotów, rozbił się ostatnio w Papui (lub miał awarię silnika – w zależności od źródła) i w chwili obecnej nie ma co już latać do wschodniej prowincji Salomonów.

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

Jednostka dokująca i przenośna stacja paliwowa na pasie startowym w Lacie

 

Lokalne lotnisko w Lacie to prawie ubity pas ziemny niemal bez dziur, na którym raz w tygodniu ląduje samolot z Honiary. Ląduje zazwyczaj, bo ostatnio nie wylądował już od 4 tygodni. Podczas naszej wizyty na wyspie Santa Cruz uwięzionych było zatem czterech turystów, którzy przybyli tu w różnym czasie na wakacje, a wkrótce zostali odcięci od świata. Bankomat na wyspie o dziwo jest, ale od ponad roku nie ma w nim gotówki. Bank jest jeden, ale nie wymienia pieniędzy, a statek przypływa, kiedy akurat przypływa, czyli raz na miesiąc albo pół roku.

Z tradycyjnymi czółnami wydłubywanymi ręcznie z pnia drzewa i wioskami z liści bananowca Vanuatu wydawało nam się relatywnie biednym krajem. Okazuje się jednak, że dla Wysp Salomona Vanuatu to bogaty wujek. W położonej daleko na wschodzie kraju porzuconej przez Boga i cywilizację prowincji Temotu ostatnio nikt nie mówi o niczym innym, jak o nowym porozumieniu rządów Salomonów i Vanuatu, które być może już w przyszłym roku otworzy połączenie lotnicze z miejscowej stolicy na wyspie Santa Cruz do Espiritu Santo na Vanuatu.

Miejscowi liczą, że wraz z nowym połączeniem lotniczym zaleją ich zachodni turyści. I kto wie, być może mają rację, liczba turystów się potroi i zamiast trzech przyjedzie dziewięć osób miesięcznie.

Wioska na wyspie Santa Ana

Wioska na wyspie Santa Ana

 

Jeszcze Polska..

I jeszcze polski akcent na zakończenie. Jednym z trójki białych uwięzionych na Santa Cruz okazał się Jacek – niesamowity 60-letni radioamator z Warszawy, który w wolnych chwilach podróżuje po świecie z ponad 70 kilogramami sprzętu radiowego, by z najbardziej niedostępnych miejsc na Pacyfiku łączyć się z radioamatorami z całego świata.

Z takimi ludźmi można przedyskutować nie jeden dzień, a nawet kilka tygodni bez cienia nudy.

.

P.S. Zaczęło się jak u Hitchcocka, a skończyło jak u Disneya. Po czterech dniach zapalenie płuc minęło jak ręką odjął, więc albo lekarz, który nie był lekarzem wyleczył Najlepszą z Żon pięciodniową kuracją albo walnął się z diagnozą.

Tuż po wizycie w szpitalu, która okazała się darmowa, wyszło na jaw, że zeszyt, o który prosił lekarz, miał w przyszłości posłużyć za kartę dla innych pacjentów. Gdy kilka godzin później wręczyliśmy lekarzowi naręcze zeszytów do rozdysponowania dla potrzebujących pacjentów, aż zaszkliły mu się oczy.

Witajcie na Salomonach!

Witajcie na Salomonach!

 

Morze też uspokoiło się aż zanadto. Dwudniowa przeprawa z prowincji wschodniej do centralnej była na tyle spokojna, że świętując odchodzące w niepamięć zapalenie płuc, po raz pierwszy mogliśmy wykąpać się na otwartym oceanie. Temperatura powietrza 35, temperatura wody 31, żadnego lądu w promieniu ponad 100 mil morskich i przejrzystość wody, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy – 50-60 metrów spokojnie.

I miejmy nadzieję, że to są Salomony, które będą bawić nas przez najbliższe tygodnie.

.

P.S. Kilka galerii z Vanuatu wciąż na Was czeka, ale póki co wrzucamy pierwsze coś dla oka z Salomonów.

.

Marau Sound, Wyspy Salomona

.

Santa Ana, Wyspy Salomona

.

Reklamy

Dobra woda zdrowia doda

Dziś krótkie pokłosie ostatniego artykułu o kavie, czyli o tym czy warto pić wodę z kałuży w tropikach.

Naczytawszy sie „madrych porad” znanych podroznikow przed wyjazdem, znacznie ostrozniej niz zazwyczaj podchodzilismy do spozywania lokalnej wody i mytych w niej produktow. Rozpoczynajac podroz ponad rok temu w Indiach, przez pierwsze kilka dni przecieralismy nawet rece zelem antybakteryjnym przed posilkiem. Lod do napojow takze prosilismy tylko, jesli byl pakowany.

Po kilku tygodniach zdalismy sobie sprawe, ze zyjac w tropikach przez najblizszy rok, absolutnie bez sensu byloby unikac wszystkiego, co ma kontakt z nieoczyszczona woda. Nie palaszowac salatek z papai i mango w Laosie? Nie zasysac swiezych ananasow w Tajlandii?? Odpuscic niemal wszystkie warzywa w Indonezji? A co z myciem zebow – tylko woda z butelki?

Juz w Nepalu, gdzie przez jakis czas zamieszkalismy w Parku Narodowym Bardia z niesamowitym Jackiem, przekonalismy sie, ze miejscowa woda jest rownie bezpieczna co polska. Co prawda jeszcze na trekingu w Himalajach nabierajac wody ze strumieni, uzywalismy tabletek do oczyszczania wody, ale teraz sadze, ze i to bylo zbedne.

W Kambodzy czy Wietnamie, widzac motocykliste przewozacego poltorametrowy blok lodu na tylnym siedzeniu, nawet nie blyszczac za mlodu w Kangurze, rychlo mozna sie zorientowac, ze w Azji Poludniowo-Wschodniej raczej nie ma co liczyc na pakowany lod. Ale czy to znaczy, ze nalezy odpuscic przepyszne szejki z lodem w Sajgonie czy Hoi An?

I ta strategia przelamywania lokalnej flory bakteryjnej przynosi efekty. Powazne zatrucie tylko jedno w Malezji (moje), biegunek moze z piec, a pasozyty chyba wystraszyly sie azjatyckiego chili, ktore wytraca nam sie juz przez skore.

Woda z kaluzy

Jednak odkad zeglujemy po Pacyfiku, wodna sciezka zdrowia przechodzi sama siebie. Nasz jacht nie posiada desalinatora, wiec zapasy wody musimy uzupelniac w kolejnych portach. Ale co z Vanuatu, gdzie na 83 wyspach archipelagu miasta sa w zasadzie dwa?

I co to wszystko ma wspolnego z kava, o ktorej wspomnialem na poczatku?

A no sporo. Wyspa Ambrym na przyklad, mimo ze liczaca 700 km kwadratowych, jak wiele innych na Vanuatu, niemal w calosci jest jednym wielkim wystajacym ponad wode wierzcholkiem wulkanu. Stalej rzeki nie ma tu zadnej, a wode lapie sie w porze deszczowej i przechowuje w wielkich zbiornikach przez pol roku. Z tym ze wyspa jest biedna, zbiorniki sa raptem dwa, wiec w wiekszosci wiosek wode gromadzi sie w recznie wykopanych dolach ziemnych. Takie niby-sadzawki, a w zasadzie czesto przerosniete kaluze to jeden wielki „science project”, jak zwykl mawiac nasz kapitan.

Na Ambrym ani podobnych wyspach, wody na jacht oczywiscie nie uzupelnialismy. Ale po zaprzyjaznieniu sie z mieszkancami okolicznych wiosek, bedac zaproszonym na wieczorny napitek, kave przeciez pic trzeba…
Wyciag z korzenia kavy ma ponoc wlasciwosci bakteriobojcze, wiec dalismy jakos rade, z tylko lekko obolalymi brzuchami dnia nastepnego. Kava saczona na Abrym niewatpliwie ma wyjatkowy smak… Cale szczescie uroku calej ceremonii dodaje pobliski Mount Marum, w ktorego kraterze bulgocze jezioro magmy, rozswietlajac co noc wieczorne niebo i odciagajac nieco uwage od zawartosci kokosowej czarki.

Standardowo na koniec cos dla oka. Dzis galeria z Pentecost, czyli m.in. jak wygladaja wieze, kte zainspirowaly Australijczyk do stworzenia skok bunjee (historia autentyczna) oraz szescioletne dzieci z metrowymi maczetami, czyli wioskowe zycie codzienne na Vanuatu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/PentecostVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Profilaktyka malarii

Jednym z największych zagrożeń podczas wyjazdów w tropiki jest malaria. Rocznie zapada na nią nawet 200-300 milionów osób, z czego 1-3 mln umiera. Na malarię zachorowała i umarła w Afryce m.in. Kinga Choszcz.

Oczywiście zdecydowana większość śmiertelnych przypadków malarii dotyczy nie podróżników i turystów, a przede wszystkim mieszkańców regionów malarycznych – głównie dzieci do 5 roku życia w krajach Afryki Centralnej.

Niemniej jednak na malarię z pewnością chętnie zaszczepiłaby się większość podróżników i osób wyjeżdżających w tropiki. Niestety nie ma skutecznej szczepionki na tę chorobę, a jedynym zabezpieczeniem może być odpowiednia profilaktyka. Normalnie przy wyjazdach do strefy malarycznej należy zabezpieczyć się, zażywając tabletki antymalaryczne przed wyjazdem i po powrocie. Niestety leki te (najlepiej Malarone) można stosować przy pobytach nie dłuższych niż miesiąc.

A co jeśli w strefie malarycznej planujemy przebywać 6 albo nawet 12 miesięcy? Bo właśnie tak będzie to wyglądać w naszym przypadku. Tu sprawa się komplikuje.

Środki na komary tylko z DEET

Podstawą profilaktyki jest oczywiście unikanie ukąszeń komarów. Standardem powinien być długi rękaw po zmroku i spanie pod moskitierą szczelnie zawiniętą od spodu pod materac. Warto również stosować środki odstraszające komary. Tu trzeba jednak pamiętać, że repelenty popularne w Polsce W OGÓLE nie sprawdzają się w tropikach.

Na komary tropikalne należy stosować środki zawierające DEET. DEET nie jest może balsamem dla naszej skóry, ale dużo bardziej nieprzyjemny pozostaje dla komarów. I co najważniejsze działa. Bardzo dobrym i popularnym środkiem zawierającym DEET jest np. Mugga. Swoją drogą Mugga równie doskonale sprawdza się w naszym klimacie i zyskuje coraz większą popularność w naszym kraju.

Ale profilaktyka przeciwukąszeniowo-komarowa to nie wszystko.

Dawka uderzeniowa w pierwotniaka

W wypadku długich pobytów w strefie malarycznej odpada stosowanie Malarone’u w sposób standardowy. Lek ten byłby zbyt szkodliwy dla organizmu, aby stosować go przez kilka miesięcy. Niemniej jednak my również zabieramy ze sobą 2 opakowania Malarone’u i będziemy ewentualnie stosować go nie profilaktycznie a uderzeniowo.

Komar malarycznyPo prostu, jeśli któregoś wieczora zauważymy u siebie objawy malarii, a więc bardzo wysoką gorączkę (nawet powyżej 40 st.), bóle głowy czy nudności, wówczas zażyjemy potrójną dawkę Malarone’u, a następnego dnia popędzimy z wizytą do lekarza. Objawy malarii są dość charakterystyczne, a gorączka pojawia się wieczorem i powtarza się co 2 lub 3 dni. Miejmy nadzieję, że to pozwoli nam je rozpoznać.

Malarone za 150 zł

Głównym problemem Malarone’u jest cena. Rzeczywiście potrafi ona być bardzo różna i zazwyczaj waha się w aptekach od 170 do 200 zł. Jednak w sieci aptek Ziko Malarone udało nam się dostać już za 152 zł.

Nie jest to różnica bez znaczenia, bo nawet przy średniej długości wyjazdach przy zakupie 4-5 opakowań leków, można wyskoczyć nawet z 1000 zł. Taniej lek ten można już tylko kupić od podróżników wracających z tropików, którzy odsprzedają nieużyte opakowania. Cena takich specyfików waha się zazwyczaj od 100 do 130 zł, więc trzeba już samemu rozważyć, z której opcji chcemy skorzystać.

.

Niezbędne szczepienia – cz.2

Ostatnio pisaliśmy o żelaznej profilaktyce, bez której lepiej nie wybierać się poza Europę. Dziś kilka słów o dodatkowych szczepieniach, specyficznych dla Indii, regionu Azji Południowo-Wschodniej oraz Ameryki Południowej i Środkowej.

Poliomyelitis

Czyli inaczej polio albo choroba Heinego-Medina. Choroba rzadko spotykana, a według WHO wyeliminowana już w Europie i USA. Niemniej jednak szczepienie przeciwko wirusom polio zalecane jest m.in. przy wyjazdach do Indii, na Bliski Wschód, do Turcji czy do większości krajów Afryki.

Szczepienie przeciwko polio powinno być pierwszym dodatkowym szczepieniem, jakie warto rozważyć przy mniej lub bardziej egzotycznych wyjazdach – zaraz po WZW A i B, durze brzusznym, tężcu i błonicy. Szczepionkę tę przyjmuje się w jednej dawce, która zapewnia odporność na 10 lat. Koszt – ok. 50 zł.

Żółta febra

Nazywana inaczej żółtą gorączką. Szczepienie przeciwko tej chorobie jest obowiązkowe w przypadku podróży do krajów Afryki równikowej (m.in. Kongo, Mali, Gabon, Kamerun) oraz Gujany Francuskiej. Niemniej jednak wiele interesujących turystycznie krajów ma własne regulacje w tej kwestii i często wymaga potwierdzenia szczepienia od osób wjeżdżających z terenów zagrożonych. Taka sytuacja szczególnie często zdarza się w Ameryce Południowej.

I tak na przykład nasza koleżanka miała poważny problem z wjazdem do Brazylii z Peru bez książeczki potwierdzającej szczepienie przeciwko żółtej febrze. Problem miała oczywiście do czasu, gdy nie podzieliła się z pogranicznikami swoimi dolarami. Wówczas potencjalne zagrożenie zniknęło wraz ze zbędnym ciężarem waluty. Podobne trudności można napotkać wjeżdżając do Brazylii z Ekwadoru czy Boliwii.

Poza tym żółta febra naprawdę jest realnym zagrożeniem w przypadku podróży do Boliwii, Peru, Kolumbii czy Brazylii i warto zaszczepić się przeciwko tej chorobie wyjeżdżając w zagrożone rejony. Szczepionka jest jednorazowa i zapewnia odporność na 10 lat. Koszt – ok. 140 zł.

Wścieklizna

Ze wścieklizną sprawa jest skomplikowana i dobrze wiedzieć nieco więcej na jej temat, wybierając się w rejony zagrożone. A tymi są przede wszystkim Indie, gdzie co 30 minut umiera jedna osoba zarażona wścieklizną.

Sama szczepionka podawana jest w 3 dawkach w dniach 0, 7 i 28 (ew. 21). Jej koszt to ok. 105 zł.

Jednak co bardzo ważne szczepienie przeciwko wściekliźnie nie chroni nas przed wścieklizną, a jedynie daje nam dodatkowy czas na przyjęcie przeciwciał. W przypadku nie przyjęcia dodatkowych dawek szczepionki po ugryzieniu przez zarażone zwierzę nadal grozi choroba.

Dlatego też w przypadku nawet drobnego ugryzienia bądź nawet zadrapania przez niezbadanego psa, kota, małpę czy nietoperza należy niezwłocznie rozpocząć przyjmowanie szczepionek. Jeśli zaszczepiliśmy się wcześniej, wystarczy seria dwóch dodatkowych szczepień. Natomiast w przypadku braku szczepionki profilaktycznej, niezbędna jest seria 5 szczepień i dodatkowo podanie immunoglobuliny (surowicy).

W podróży szczególny problem może stanowić właśnie zdobycie immunoglobuliny. Jest ona dostępna wyłącznie w bardzo dużych ośrodkach miejskich, a jej koszt przekracza 1 000 zł. W New Delhi w Indiach kosztuje np. 25 000 rupii, czyli ponad 1600 zł. Dla porównania – za tę kwotę w tychże Indiach można by np. wynająć mieszkanie w Dharamsali, a więc mieście Dalajlamy, na całe 2 lata.

A w kwestii surowicy, dodam może jeszcze, że aby uniknąć zarażenia wścieklizną, immunoglobulinę należy przyjąć najpóźniej 7 dni od ugryzienia. A bagatelizacja tej choroby raczej nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wścieklizna jest nieuleczalna i zawsze kończy się śmiercią. Odwiedzając tereny zagrożone, gdzie stwierdzono występowanie zarażonych zwierząt, w szczególności należy uważać na bezpańskie psy, ale także małpy i szczury. Okazuje się również, że poważnym zagrożeniem są nietoperze w jaskiniach, które mogą przenieść chorobę nawet przez zadrapanie.

Cholera i meningokoki niekonieczne

Jak poradził nam lekarz w Szpitalu Zakaźnym, gdzie jak się okazuje, dbają nie tylko o nasze zdrowie ale również portfele, szczepienie przeciwko cholerze byłoby wskazane jedynie wówczas, jeśli chcielibyśmy likwidować skutki powodzi w Pakistanie lub zamieszkać w slumsach Bombaju, jak bohater powieści „Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa. A to z tego względu, że do zakażenia cholerą dochodzi na drodze pokarmowej, głównie przez skażoną ludzkimi odchodami wodę – czyli w ponadprzeciętnie złych warunkach higienicznych. Nawet w przypadku ostro backpackerskiego stylu podróżowania, ryzyko zarażenia jest minimalne.

Ale mimo wszystko gdyby ktoś bardzo chciał, to na cholerę może się zaszczepić przyjmując 2 dawki szczepionki po 190 zeta każda.

Podobnie wygląda sprawa ze szczepieniem przeciwko meningokokowemu zapaleniu opon mózgowych, które zalecane jest przede wszystkim przy wyjazdach do Afryki Środkowej i Arabii Saudyjskiej. Szczepionka, która kosztuje 110 zł uodparnia na 3 lata. Zatem my także przeciwko meningokokom uodpornimy się raczej podczas kolejnych podróży.

.

Niezbędne szczepienia – cz.1

Wbrew pozorom podczas egzotycznych wyjazdów to nie malaria czy wirus Ebola są największym zagrożeniem, a powszechne choroby zakaźne. Na szczęście większość niebezpieczeństw można wyeliminować lub znacznie zminimalizować stosując odpowiednią profilaktykę i szczepienia.

Żelazna profilaktyka

Jak się okazuje, niezbędną profilaktyką przed jakimkolwiek wyjazdem zagranicznym powinny być szczepienia przeciwko WZW A i B, durowi brzusznemu oraz tężcowi i błonicy. W gruncie rzeczy na te choroby warto zaszczepić się nawet nigdzie nie wyjeżdżając, bo niemal równie łatwo można zarazić się nimi w Polsce. Natomiast jeśli chodzi o polio, żółtą febrę, wściekliznę, cholerę czy meningokokowe zapalenie opon, to niezbędna jest konsultacja lekarza chorób tropikalnych, bo podczas większości wyjazdów zagranicznych mogą one okazać się niepotrzebne.

Koszt szczepionek znacznie różni się w zależności od punktu szczepień. Według mojego rozeznania i porównania 5 ośrodków (Szpital MSWiA, Szpital Zakaźny, Sanepid, Enel-med, LIM) najtaniej można zaszczepić się w Szpitalu Zakaźnym na Woli (ceny szczepień przy opisie), gdzie dodatkowo za darmo otrzymujemy międzynarodową książeczkę szczepień. Ponadto Szpital Zakaźny (w przeciwieństwie np. do Enel-medu – patrz: dur brzuszny) ma jeszcze tę dodatkową zaletę, że pracują tam naprawdę kompetentni lekarze, którzy służą fachową poradą i nie próbują naciągać pacjentów na niepotrzebne wydatki. Tym sposobem okazało się, że w naszym przypadku niepotrzebne są szczepienia przeciwko cholerze ani meningokokom.

My przed wyjazdem zaszczepiliśmy się na następujące choroby:

– WZW A i B

– dur brzuszny

– tężec i błonica

– poliomyelitis

– wścieklizna

– żółta febra

WZW A i B

Żółtaczka jest jedną z najgroźniejszych chorób zakaźnych przede wszystkim przez swoją powszechność i łatwość zarażenia. Powoduje ona marskość wątroby oraz pierwotnego raka wątroby. Zakażenie wirusem typu A następuje najczęściej przez spożycie skażonej wody bądź produktów spożywczych w niej umytych (np. warzywa i owoce). Z kolei żółtaczka typu B to tzw. żółtaczka wszczepienna. Można się nią zarazić np. w szpitalu, w którym nie są przestrzegane procedury higieny (np. stosowanie rękawiczek jednorazowych) bądź w salonach tatuażu lub przy przekłuwaniu uszu. Do zakażenia wystarczy zaledwie 0,00004 mililitra krwi, a więc jedną kroplą krwi teoretycznie może się zakazić ponad tysiąc osób.

Szczepionkę przeciwko WZW A i B przyjmuje się w 3 dawkach – drugą dawkę przyjmuje się po 1 miesiącu od pierwszego szczepienia, a trzecią po ok. 6 miesiącach. Odporność zyskuje się już po pierwszej dawce, a dwie kolejne służą wydłużeniu odporności do 10 lat (a według niektórych źródeł nawet na całe życie). Koszt – ok. 130 zł za 1 dawkę.

Dur brzuszny

Za zarażenie durem odpowiadają bakterie z gatunku salmonella typhi, a sposób zarażenia w większości pokrywa się z WZW typu A, czyli poprzez brudne ręce czy zanieczyszczoną wodę. Szczepionka przeciw durowi brzusznemu jest jednodawkowa i daje odporność na 3 lata. Co ważne, w Polsce przeciwko durowi brzusznemu szczepione są dzieci, co zapewnia nam odporność do 29-30 roku życia, więc przed osiągnięciem tego wieku szczepienie nie jest konieczne. Koszt – ok. 125 zł.

My, po wizycie w Enel-medzie zaszczepiliśmy się na dur brzuszny 2 lata temu, w wieku 26 lat, co jak się okazuje było zupełnie niepotrzebne. Znaczy niepotrzebne może dla nas, bo Enel-med, widać wybitny przedstawiciel Wielkiego Babilonu, uznał, że warto przytulić 260 zł dodatkowo zabezpieczając nasze bezpieczne bezpieczeństwo.

O tym że szczepionka była zupełnie niepotrzebna dowiedzieliśmy się ostatnio po wizycie w Szpitalu Zakaźnym, gdzie wyjątkowo kompetentni lekarze chorób tropikalnych przed szczepieniem fachowo doradzają, na jakie choroby przed wyjazdem naprawdę warto się zaszczepić.

Tężec + błonica

Laseczki tężca są bardzo rozpowszechnione w przyrodzie i występują w glebie, kurzu oraz błocie. Do zakażenia dochodzi najczęściej po zranieniu, gdy do rany dostaną się skażone drobinki kurzu bądź piachu. Gdy w Maroku poszliśmy do lekarza po obdrapaniu sobie nogi podczas trekingu w Dolinie Amelu, pierwsze pytanie po odkażeniu, zadane zresztą na migi, padło właśnie o Tetanus, czyli tężec.

Szczepionkę przeciwko tężcowi i błonicy przyjmuje się w trzech dawkach i zapewnia ona odporność na 10 lat. Koszt – ok. 16 zł za 1 dawkę.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o żelazną profilaktykę szczepieniową. A w następnym wpisie napiszemy parę słów o dodatkowych szczepieniach, wartych rozważenia podczas wyjazdów do Indii, Chin, krajów Azji Południowo-Wschodniej oraz Ameryki Południowej i Środkowej.

.