Archiwa blogu

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

Reklamy

Na Maxxxa!

Skocz ze spadochronu! Zanurkuj we fiordzie! Popływaj z delfinami! Przeleć się paralotnią nad wulkanem! Wejdź na lodowiec! Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, a najlepiej skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

A za wszystko zapłać kartą Visa lub dowolną inną. Niestety taka też jest Nowa Zelandia.

W Queenstown, uchodzącym za turystyczną stolicę kraju rządzi „Combo”. Wszystko jest tu w pakiecie. 10% zniżki na skok ze spadochronu, 20% zniżki przy zakupie dodatkowego lotu paralotnią, a przy zakupie 5+1 dostaniesz lunch z szampanem gratis. I jakieś 1000 dolarów na karcie mniej.

Gdy 13 lat temu nowozelandzki rząd kosztem ponad 100 mld dolarów rozpoczął trzyletnią kampanię promującą turystykę w tym kraju, większość pukała się w głowę. Zyski z turystyki ciężko oszacować, ale wówczas wydawało się, że kraj do zwiedzających musi dopłacać. Dziś już nikt nie ma wątpliwości.

W turystyce pracuje 10% wszystkich zatrudnionych, a prawdziwe zyski, łącznie z zakupem samochodów przez turystów, wydatkami na benzynę czy żywność trudno nawet zmierzyć. Oficjalne dane podają, że turystyka to największy przemysł eksportowy Nowej Zelandii, przynoszący ponad 15 mld dolarów rocznie.

Takiego genialnego przygotowania bazy turystycznej jak w Nowej Zelandii nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. W najmniejszej dziurze zamieszkałej przez 500 osób obowiązkowo będzie Informacja Turystyczna, gdzie dostaniesz 16 darmowych mapek, listę okolicznych atrakcji, a przemiła pani wytłumaczy, gdzie najlepiej zaparkować.

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Trzeba jednak przyznać, że wraz z rozwojem infrastruktury, marketing przechodzi czasem granicę absurdu. Każdy region chce wyszarpać swoją złotą cegiełkę, więc powstają niekończące się listy atrakcji, „bez których Twoja podróż do Nowej Zelandii będzie niekompletna” lub wręcz nieudana.

I tak dowiadujesz się, że bez zdjęcia pobliskiego jeziora, spokojnie mogącego uchodzić za lepszą kałużę, w której odbijają się pobliskie szczyty, Twój album będzie nic nie warty, a bez wizyty w naszej restauracji nie smakowałeś prawdziwej Nowej Zelandii.

Przynajmniej 3 razy w Informacji Turystycznej byliśmy świadkami sytuacji, gdy jakaś Chinka lub Japonka uroczyście oświadczała: „Jestem w Mouraki/Oamaru/Te Ananu tylko dziś (względnie jutro) i co mogę tu zrobić?”

Turysta idealny. I od razu dostaje kombo w czapę. „Możesz płynąć promem widokowym już za chwilę, o 16:00 zaczyna się wycieczka do kolonii pingwinów, a jutro mamy lot widokowy nad fiordami w promocyjnej cenie”.

Z widokiem na Queenstown

Z widokiem na Queenstown

Czy to źle? Sam nie wiem. W zasadzie chyba nie. No bo z drugiej strony, my niemal wszystkie naprawdę wyjątkowe atrakcje przyrodnicze tego kraju zwiedziliśmy na własną rękę i za darmo. Informację Turystyczne służą szczerą pomocą także biedakom, a wszystkie szlaki turystyczne były przygotowane fantastycznie. Państwowy Departament Ochrony Przyrody DOC zapewnia tablice informacyjne wszędzie i o wszystkim. Pierwszy kraj, gdzie nie mieliśmy żadnego przewodnika, a byliśmy chyba najlepiej poinformowani.

Plaże Abel Tasman

Plaże Abel Tasman

Przenośne toalety są nie tylko na szlakach, ale nawet na co popularniejszych szczytach. Zawsze czyste i przez 7 tygodni spędzonych w Nowej Zelandii nie zdarzyło się, żeby gdzieś nie było papieru! Nie wiem, jak oni to robią.

Zresztą nie ma się co dziwić. Nowozelandczycy też kochają turystykę. W miastach nie ma sklepów Luis Vittona ani Prady, ale pełno trekingowych. W przeciętnym 20-tysięcznym miasteczku zazwyczaj 4.

Miałem jeszcze napisać dlaczego długo byliśmy pewni, że po popołudniu spędzonym na Przełęczy Gertrudy wśród nowozelandzkich fiordów za 9 miesięcy nasze dziecko nazwiemy właśnie Gertruda (albo zlitujemy się i damy tylko na drugie). I o wielu innych ważnych doznaniach z Nowej Zelandii, ale muszę już lecieć, bo my już dawno w Chile, na południu pogoda zaskakująco świetna i wulkan Osorno właśnie ukazał się zza chmur. Pójdę zobaczyć, co gra mu w trzewiach.

A poza tym nie śpimy po nocach, bo w tym kraju się nie da, a za dnia spokojnie łykamy kolejne tysiące kilometrów w drodze do Patagonii.

Ale zanim na konkretnie o Chile, jeszcze jedna fotorelacja z Nowej Zelandii. Tym razem fiordy:

Fiordland, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Konkurs na Blog Roku

Drogi blogoczytaczu!

Jak zapewne nie zauważyłeś, zaledwie pobieżnie śledząc pasek boczny naszego bloga, startujemy w konkursie na Blog Roku.

Blog roku 2010

Wydawać by się mogło, że wyjeżdżając z Warszawy, tymczasowo wycofaliśmy się ze szczurzej Wielkiej Pardubickiej. Po trzech miesiącach odwyku, stęskniliśmy się jednak za niezdrową adrenaliną i sami zapisaliśmy się do nowego wyścigu, przenosząc się jedynie do przestrzeni wirtualnej.

Spodobała nam się idea konkursu, w którym upatrujemy szansę na dotarcie do szerszych warstw blogosfery i zainteresowanie nowych moli internetowych. Ot, taki internetowy dopalacz i wirtualna katapulta w jednym.

Tak się nieszczęśliwie składa, że każdy chce zarobić – Wielki Babilon i organizatorzy konkursu również. Dlatego też pod ogromną presją koncernów telekomunikacyjnych, po krwawych walkach z przedstawicielami Babilonu, altruiści z działów PR ostatecznie ulegli i zgodzili się na dyktat branży telekomów. Czyli w pierwszej rundzie mamy głosowanie smsowe.

(Poprawka: najnowsze doniesienia na stronie Bloga Roku podają, że dochód z smsów zostanie przekazany na cele charytatywne. Tym bardziej zachęcamy do głosowania)

Aby uniknąć totalnej kompromitacji w konkursie, chcieliśmy nawet wysłać choć jeden głos sami na siebie. Niestety odkąd w zawodach Nokia kontra tropikalna filipińska dżungla jest 0:1, nic z tego nie będzie. Zapowiada się całkowity blamaż.

Zatem jeśli pragniesz zapobiec naszemu popadnięciu w anoreksję ze wstydu, posiadasz Bezlik SMSów w MixPlusie lub być może znasz osobiście TurboDynoMana, możesz zapewnić nam przejście do drugiej rundy konkursu, gdzie decydować będzie niezawisłe jednoosobowe jury i mamy szansę polec w uczciwej walce.

Wystarczy zagłosować na nasz blog, wysyłając smsa na numer 7122 o treści D00113 (1,23 zł brutto).

.

—————————–

P.S. A jeśli chcesz zapoznać się z innymi konkurentami w kategorii Podróże, w co nie wierzę, możesz zajrzeć na pełną listę blogów w konkursie.

P.P.S. Jeśli jednak na nas nie zagłosujesz, nadal pozostaniesz w kręgu naszych wirtualnych znajomych. Wciąż będziesz mógł odwiedzać naszą stronę, a my będziemy darzyć cię sympatią.

Na pohybel Babilonu!

P.P.P.S. Nigdy nie przypuszczałem, że wystartuję w audiotele. Jak wrócę, zapiszę się do Tańca z rozgwiazdami na lodzie.

.

Uwaga!! Ten wpis jest przyklejony na czole i pozostanie taki przez najbliższe 10 dni. Nowe artykuły będziemy zamieszczać pod spodem (patrz: Palawan). Zachowaj czujność!

.

Niezbędne szczepienia – cz.1

Wbrew pozorom podczas egzotycznych wyjazdów to nie malaria czy wirus Ebola są największym zagrożeniem, a powszechne choroby zakaźne. Na szczęście większość niebezpieczeństw można wyeliminować lub znacznie zminimalizować stosując odpowiednią profilaktykę i szczepienia.

Żelazna profilaktyka

Jak się okazuje, niezbędną profilaktyką przed jakimkolwiek wyjazdem zagranicznym powinny być szczepienia przeciwko WZW A i B, durowi brzusznemu oraz tężcowi i błonicy. W gruncie rzeczy na te choroby warto zaszczepić się nawet nigdzie nie wyjeżdżając, bo niemal równie łatwo można zarazić się nimi w Polsce. Natomiast jeśli chodzi o polio, żółtą febrę, wściekliznę, cholerę czy meningokokowe zapalenie opon, to niezbędna jest konsultacja lekarza chorób tropikalnych, bo podczas większości wyjazdów zagranicznych mogą one okazać się niepotrzebne.

Koszt szczepionek znacznie różni się w zależności od punktu szczepień. Według mojego rozeznania i porównania 5 ośrodków (Szpital MSWiA, Szpital Zakaźny, Sanepid, Enel-med, LIM) najtaniej można zaszczepić się w Szpitalu Zakaźnym na Woli (ceny szczepień przy opisie), gdzie dodatkowo za darmo otrzymujemy międzynarodową książeczkę szczepień. Ponadto Szpital Zakaźny (w przeciwieństwie np. do Enel-medu – patrz: dur brzuszny) ma jeszcze tę dodatkową zaletę, że pracują tam naprawdę kompetentni lekarze, którzy służą fachową poradą i nie próbują naciągać pacjentów na niepotrzebne wydatki. Tym sposobem okazało się, że w naszym przypadku niepotrzebne są szczepienia przeciwko cholerze ani meningokokom.

My przed wyjazdem zaszczepiliśmy się na następujące choroby:

– WZW A i B

– dur brzuszny

– tężec i błonica

– poliomyelitis

– wścieklizna

– żółta febra

WZW A i B

Żółtaczka jest jedną z najgroźniejszych chorób zakaźnych przede wszystkim przez swoją powszechność i łatwość zarażenia. Powoduje ona marskość wątroby oraz pierwotnego raka wątroby. Zakażenie wirusem typu A następuje najczęściej przez spożycie skażonej wody bądź produktów spożywczych w niej umytych (np. warzywa i owoce). Z kolei żółtaczka typu B to tzw. żółtaczka wszczepienna. Można się nią zarazić np. w szpitalu, w którym nie są przestrzegane procedury higieny (np. stosowanie rękawiczek jednorazowych) bądź w salonach tatuażu lub przy przekłuwaniu uszu. Do zakażenia wystarczy zaledwie 0,00004 mililitra krwi, a więc jedną kroplą krwi teoretycznie może się zakazić ponad tysiąc osób.

Szczepionkę przeciwko WZW A i B przyjmuje się w 3 dawkach – drugą dawkę przyjmuje się po 1 miesiącu od pierwszego szczepienia, a trzecią po ok. 6 miesiącach. Odporność zyskuje się już po pierwszej dawce, a dwie kolejne służą wydłużeniu odporności do 10 lat (a według niektórych źródeł nawet na całe życie). Koszt – ok. 130 zł za 1 dawkę.

Dur brzuszny

Za zarażenie durem odpowiadają bakterie z gatunku salmonella typhi, a sposób zarażenia w większości pokrywa się z WZW typu A, czyli poprzez brudne ręce czy zanieczyszczoną wodę. Szczepionka przeciw durowi brzusznemu jest jednodawkowa i daje odporność na 3 lata. Co ważne, w Polsce przeciwko durowi brzusznemu szczepione są dzieci, co zapewnia nam odporność do 29-30 roku życia, więc przed osiągnięciem tego wieku szczepienie nie jest konieczne. Koszt – ok. 125 zł.

My, po wizycie w Enel-medzie zaszczepiliśmy się na dur brzuszny 2 lata temu, w wieku 26 lat, co jak się okazuje było zupełnie niepotrzebne. Znaczy niepotrzebne może dla nas, bo Enel-med, widać wybitny przedstawiciel Wielkiego Babilonu, uznał, że warto przytulić 260 zł dodatkowo zabezpieczając nasze bezpieczne bezpieczeństwo.

O tym że szczepionka była zupełnie niepotrzebna dowiedzieliśmy się ostatnio po wizycie w Szpitalu Zakaźnym, gdzie wyjątkowo kompetentni lekarze chorób tropikalnych przed szczepieniem fachowo doradzają, na jakie choroby przed wyjazdem naprawdę warto się zaszczepić.

Tężec + błonica

Laseczki tężca są bardzo rozpowszechnione w przyrodzie i występują w glebie, kurzu oraz błocie. Do zakażenia dochodzi najczęściej po zranieniu, gdy do rany dostaną się skażone drobinki kurzu bądź piachu. Gdy w Maroku poszliśmy do lekarza po obdrapaniu sobie nogi podczas trekingu w Dolinie Amelu, pierwsze pytanie po odkażeniu, zadane zresztą na migi, padło właśnie o Tetanus, czyli tężec.

Szczepionkę przeciwko tężcowi i błonicy przyjmuje się w trzech dawkach i zapewnia ona odporność na 10 lat. Koszt – ok. 16 zł za 1 dawkę.

To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o żelazną profilaktykę szczepieniową. A w następnym wpisie napiszemy parę słów o dodatkowych szczepieniach, wartych rozważenia podczas wyjazdów do Indii, Chin, krajów Azji Południowo-Wschodniej oraz Ameryki Południowej i Środkowej.

.

A jednak Indie

Tak, tak. Indii miało nie być, a są. Złożyło się na to kilka czynników, z których 2 najważniejsze to potęga reklamy i siła książki. Ale najpierw o czym innym.

Przymierzając się do wyjazdu, kierowaliśmy się dość opacznym rozumowaniem, że jeśli chcemy odwiedzić i choćby liznąć prawdziwych Indii, potrzebujemy przynajmniej miesiąca, który ciężko będzie nam wykroić. Rozumowanie w gruncie rzeczy słuszne, a na pozór niezauważalny błąd tkwił w ostatniej części zdania.

To co się zmieniło, to nasze przekonanie, że jeśli uznamy, iż kilka tygodni czy miesiąc warto spędzić gdzieś dłużej, to tak zrobimy. W miarę zbliżania się wyjazdu, coraz częściej przewija się w naszych głowach myśl, że niczego nie musimy. Zatem zaczniemy od Indii i spędzimy tam tyle czasu, ile uznamy za stosowne. Byleby zdążyć do Nepalu na treking w Himalajach przed zimą.

Potęga reklamy

A wracając do naszych rozważań marketingowych – wspomniana reklama to oczywiście Incredible India, która prześladowała nas w Egipcie i Izraelu na BBC oraz w Internecie. Zauroczeni najlepszą reklamą turystyczną od czasu kiedy Hannibal reklamował Kartaginę na przedpolach Rzymu, coraz intensywniej zaczęliśmy myśleć o tych rejonach. I tak już od kilku miesięcy podśpiewujemy do siebie, jak te cielęta, „Incredible India”. A reklama jest naprawdę spaśna. Kto nie widział, niech szybko włącza (tu wersja pełna – jeszcze spaśniejsza):

Jeśli nasz wyjazd do Indii będzie choć w połowie równie udany, to będziemy zadowoleni. A jak nie, to ich pozwiemy..

Siła książki

Kto nie ma telewizji lub nie trawi ogłupiającej papki marketingowej Wielkiego Babilonu, w Indiach również może się zakochać, przeczytawszy książkę „Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa.

Książka wyjątkowa i bardzo interesująca. Jest to fabularyzowana relacja australijskiego przestępcy, który po ucieczce z więzienia schronił się w Indiach i rozpoczął nowe życie. Abstrahując już od ciekawej fabuły i przeżyć głównego bohatera, opowieść ta ubrana jest w przepiękne realia, które nadają jej niepowtarzalną atmosferę. Życie toczące się w małej indyjskiej wiosce w Maharasztrze, codzienność w slumsach w Bombaju, skomplikowane relacje międzyludzkie w tym wielokulturowym i wieloreligijnym społeczeństwie, poszukiwanie drogi do lepszego życia. To wszystko tam jest. A nawet dużo więcej.

Niestety wadą tej książki jest to, że jest dość gruba. I tak na przykład moja dobra koleżanka już się raczej z nią rozminie, bo czyta tylko książki cienkie, aby nadrobić średnią czytelnictwa w Polsce (1 książka na 2 lata). Jeśli ktoś idzie tym tropem, to niech na naszą odpowiedzialność zaliczy sobie Shantaram jako 2 albo nawet i 3 książki. Będzie mu wybaczone. Naprawdę warto. I przynajmniej będzie miał spokój na kilka lat.

Bilet za 1200 zł

A bilety do Indii kupiliśmy za 1250 zł (słownie: tysiąc dwieście pięćdziesiąt). Fakt, że w jedną stronę, ale w dwie można już mieć za 1700-1900 zł. Ale o tym będzie następnym razem.