Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Advertisements

Posted on 19 lutego 2012, in Chile and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s