Life is backpacking

Podczas naszej podróży niezwykłych ludzi spotykamy mniej więcej dwa razy w tygodniu. Na Palawanie średnia ta wzrosła ponad dwukrotnie. Niemal przez cały czas naszej dwutygodniowej podróży po tej wyspie nasze losy związały się z niebywałymi oryginałami, którzy również trafili w ten mało odwiedzany i przez to tak uroczy zakątek świata.

Epigon hipisowskiej rewolucji

Ronald – 23 lata, Belgia. Prawdziwy spóźniony przedstawiciel pokolenia dzieci kwiatów, który jedzie przed siebie bez najmniejszego nawet planu. Widywany zawsze w luźnych wietnamskich spodniach i górskiej opasce na długich włosach, pół roku temu kupił bilet w jedną stronę do Wietnamu i został z górskimi plemionami przez 6 tygodni. Później przez 2 miesiące jechał przez Laos i nie udało mu się nawet dotrzeć do Vientiane, Vang Vieng ani wielu innych turystycznych atrakcji. Na Palawan przyjechał, bo znajomi poznani na Lombok w Indonezji powiedzieli mu, że to jedno z najciekawszych miejsc, w jakich byli.

Przed wyruszeniem w podróż po studiach pracował przez ponad rok w korporacji. Zamierza jechać póki starczy mu gotówki, czyli najprawdopodobniej jeszcze ok. roku. Po naszej rekomendacji w najbliższym czasie chce udać się do Nepalu na treking i przede wszystkim do Parku Narodowego Bardia i na święto Sziwa Ratri w lutym. Jak tylko wróci z Birmy, do której jedzie już za chwilę.

Choć urodził się w Belgii, z pochodzenia jest Ormaninem. To są dopiero niespokojne dusze. Choć jego rodzice mają obydwoje po dwoje rodzeństwa, jeszcze nikt od czasu pokolenia dziadków, czyli rzezi Ormian w Turcji, nie urodził się i nie osiadł w tym samym kraju. Jego mama urodziła się we Francji, ojciec w Libanie, a bracia osiedlili się w Szwajcarii.

Ronalda spotkaliśmy na skrzyżowaniu jedynych dwóch dróg na Palawanie, gdzie podobnie jak my, zmieniając kierunek jazdy, w uroczej wiosce czekał na jak zwykle nieprzyjeżdżający jeepney.

Cynik z wytrychem na życie

Greg – 38 lat, Holandia. Choć nie mieszka w beczce, a ma apartament w Amsterdamie, do szpiku kości wierny diogenesowskiej doktrynie i zawsze gotów celnie spuentować każdą najgorszą nawet sytuację. Z zawodu wzięty fotograf, fotografujący wszystko od pary królewskiej po dziewczyny w śmiesznych majtkach dla magazynów mody.

Obecną podróż po Filipinach, a za chwilę być może również po Indonezji traktuje jako kurację złamanego serca po zerwaniu z życiową partnerką. Zamierza leczyć się jeszcze co najmniej 2-3 miesiące. Ze względu na wolny zawód takie 3-miesięczne wakacje oprócz zwyczajowych licznych urlopów urządza sobie zazwyczaj co 2-3 lata.

Z Gregiem poznaliśmy się w Port Barton przez Ronalda, z którym ten z kolei jechał wcześniej jeepneyem na jednym dachu do Sabang.

life is backpacking

Makler w rytmie reggae

Julius – 34 lata, USA. Choć w zasadzie Filipińczyk – Amerykanin. Urodził się i początkowo mieszkał na Filipinach. Gdy miał 8 lat, jego rodzice, obydwoje Filipińczycy przenieśli się do Stanów, gdzie od tamtej pory mieszka.

Drobny inwestor, jakich niewiele. Jeszcze kilka lat temu sprzedawał nieruchomości jako kierownik oddziału w dużej sieci w Stanach. Gdy wybuchł kryzys, zrezygnował z pracy, aby jego pensja pokryła wynagrodzenie kilku pracowników chociaż na kolejne 2 miesiące przed definitywnym zwolnieniem ich przez firmę.

Najpierw popodróżował trochę po świecie, a później zainteresował się opcjami. Zapisał się na kurs weekendowy przy lokalnym uniwersytecie i spodobało mu się. Gdy rozmnażał wirtualne pieniądze na kursie, osiągając 10% zysk, Merill Lynch zaproponował mu pracę. On postanowił jednak iść swoją drogą i obecnie, jak sam twierdzi, robi to co wszystkie duże banki, czyli okrada nas wszystkich, osiągając stabilne 10%.

Opcjami handluje przez Internet, zaglądając do komputera raz na kilka dni. Obecnie podróżuje przez Filipiny w poszukiwaniu narodowej tożsamości, którą jest przesiąknięty do szpiku kości. Za jakieś pół roku wraca do Stanów i zamierza przenieść się z Kaliforni do Wyoming ze względów podatkowych. Prawdopodobnie to jego z całej naszej grupy odwiedzimy w pierwszej kolejności.

Juliusa poznaliśmy podczas rumowej imprezy na plaży, na którą zostaliśmy zaciągnięci przez Ashleya.

Zawodowy pokerzysta

Michel – 28 lat, Szwajcaria. Można by powiedzieć hazardzista, gdyby nie fakt, że on nie gra, a wygrywa. W pokera gra zawodowo od dwóch lat. Tylko przez Internet, gdzie grając 10-30 godzin w tygodniu, zazwyczaj ciągiem, zarabia 2-3 tysięce dolarów miesięcznie.

W pokera gra jednocześnie na ok. 10 stolikach. Tu akcja dzieje się tak szybko, że niemal nie widać, co grane jest w poszczególnych oknach przeglądarki. Choć on twierdzi, że nie gra intensywnie, bo są zawodnicy, którzy grają jednocześnie na 24 stolikach. Ci zazwyczaj wychodzą na zero z samego pokera, ale dzięki tak intensywnej grze zbierają punkty bonusowe. Punkty bonusowe z takiego wychodzenia na zero przekładają się natomiast na ok. 80 – 100 tys. dolarów rocznie, które wypłacają im portale pokerowe.

Michel początkowo pokerem dorabiał sobie na studiach prawniczych, ale właśnie się obronił i ruszył w drogę. Teraz przez około rok zamierza powłóczyć się po Azji Południowo-Wschodniej, którą zdążył zachłysnąć się już na studiach i póki co utrzymywać się z pokera. Następnie chce wrócić do Szwajcarii, gdzie jako świeżoupieczony absolwent prawa, robiąc odpowiednik szwajcarskiej aplikacji, już jest w stanie zarobić ok. 8 tys. dolarów miesięcznie. W dłuższej perspektywie zamierza popracować ok. 8-10 lat i przejść na emeryturę.

Michela poznaliśmy o 2 w nocy w Port Barton, gdy podczas jednej z imprez razem wskoczyliśmy do oceanu pływać z fluorescencyjnym planktonem.

life is backpacking

Połowa składu

Michel, Greg, Julius i Ronald to dopiero połowa składu, z którym zetknął nas los na magicznym Palawanie.

A są jeszcze Ashley i Jessica – para wczesnych dwudziestolkilkulatków z Anglii. On – tramp, muzyk-samouk i wirtuoz gitary o niesamowitym głosie, który aż dziw że nie wygrał jeszcze Mam Talent i Ona – kolejny hipisowski pogrobowiec, którego dopiero kształtuje los.

Milo – trzydziestokilkuletnia Filipinka, która właśnie wróciła z egzotycznej podróży po Europie, gdzie przez 2 miesiące przemierzała Stary Kontynent od Szkocji po Grecję na bilecie Interrail. Przed powrotem w rodzinne strony w Archipelagu Visayas, postanowiła jeszcze zahaczyć o Palawan, który, jako się rzekło, magiczny jest nawet dla Filipińczyków.

A także Bert z żoną – para Duńczyków po sześćdziesiątce, która również przybyła w te strony w odwiedziny do brata, który ożenił się z Filipinką i od ponad 20 lat mieszka nieopodal. Przybyli na 2-3 tygodnie półtora miesiąca temu, ale do drogi się jeszcze nie zbierają, a i duch w nich mocno chyży.

.

Advertisements

Posted on 11 stycznia 2011, in Filipiny and tagged , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Rafał,

    chapeau bas !!!
    po prostu majstersztyk pisarski !
    Nie dośc, że arcyciekawy temat, to do tego Twoje pióro się tak fajnie czyta że aż miło…

    Dobrze Ci robi ta wyprawa 😉

    Julius i Michel rules ! 😉

    Pzdr.
    M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s