Na huśtawce

Nie oszukujmy się. Dobra dziewczyna, a w szczególności żona musi umieć pewne rzeczy, a w innych powinna być przynajmniej dobra. Niewątpliwie jedną z obowiązkowych umiejętności musi być zdolność popadania w emocjonalne skrajności, aby było ją można stale pocieszać.

Moja żona na przykład, jako że jest nie tylko dobra, ale Najlepsza, także i poruszanie się na huśtawce nastrojów opanowała do perfekcji i od skrajnej euforii do rozpaczy bez większych trudności potrafi wywahnąć się w 16 sekund. Ale przychodzą takie momenty, że emocjonalna karuzela rozkręca się na tyle, że zgarnia nawet skały wulkaniczne.

Piątek, godz. 18, euforia – zmierzamy do Auckland. Żuk pędzi po autostradzie 76 na godzinę, szyby furkoczą, wycieraczki z trudem rozmazują roztrzaskane komary, a my rozpamiętujemy wczorajsze przejście w Parku Narodowym Tongariro – dla nas z pewnością jedne z najpiękniejszych widoków całej Nowej Zelandii.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Myślami wybiegamy już do Ameryki Południowej, do której lecimy w najbliższą środę. Chilijskie pustynie, lodowce Argentyny i co najmniej pół roku w rytmie latynoskiej maniany. Cudownie.

Powoli witamy się także z merkantylistyczną gąską i liczymy setki dolarów, które zarobimy na sprzedaży Żuka. Kupiliśmy go fartownie za 1800 dolarów, a wart jest co najmniej 3 – 3,5 tysiąca. Zdaje się, że odbijemy sobie nie tylko za benzynę, ale na przyjeździe do Nowej Zelandii możemy jeszcze zarobić. Jeszcze dziś wieczorem umawiamy się z dwoma zainteresowanymi parami.

Sobota, godz. 15, rozpacz – zaczynamy tracić nadzieję. Sezon turystyczny w lutym powoli się kończy, wyjeżdżających zatrzęsienie, a przyjeżdżających jak na lekarstwo. Z Internetu nikt nie dzwoni, pół dnia spędziliśmy na giełdzie, gdzie Żukiem za 3 400 nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą, a wczorajsi oglądający też nie są przekonani. Zresztą trudno im się dziwić. Na dzisiejszej giełdzie turystycznej vanów było ze 20, a kupujących dwóch.

Konstatacja do dalszych przemyśleń: Ludzie nie są głupi. Sprzedał się van zdecydowanie najlepszy za 4200 (wart spokojnie 5,5 tys. dolarów, sam bym go wziął, gdybym właśnie przyjechał) i zdecydowanie najtańszy totalny grat za 2300. Turystyczne vany okazują się dobrem wysoce elastycznym cenowo. Adam Smith miał rację.

Rekonesans w Internecie pozwolił ustalić plan awaryjny. W Nowej Zelandii zatrzęsienie firm oferujących odkupienie samochodu turystom postawionym pod ścianą terminala odlotów, tzw. „cars for cash”. „Hinduscy biznesmeni”, nazywani przez nas poufale „siniakami” chętnie odkupią naszą zajefurę za 400-1000 dolarów.

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Sobota, godz. 23, euforia – na pocieszenie dwa wina. Świat od razu nabiera rumieńców. Van i srebrniki tracą na znaczeniu, a nasze głowy zaprzątają inne myśli. Ach, jak cudownie byłoby znów pożeglować. Wypatrywać Obłoku Magellana, wsłuchiwać się w szum wiatru zuchwale nadymającego się na żaglach i pływać z delfinami.

Wieczorem otwieram maila w oczekiwaniu na szczęśliwego nabywcę Żuka, a tymczasem wita mnie codzienny newsletter z Find a Crew. Patrzę i co widzę? Ziomek w Brazylii na gwałt poszukuje dwójki chętnych do pomocy w przeprowadzeniu jachtu przez Atlantyk do RPA. Ciekawe…

Niedziela, godz. 10, rozpacz – Strach poważnie zaczyna mościć się w nogawkach i zagląda w najczarniejsze zakamarki duszy. Od ponad dwóch godzin wyczekujemy na zbawienie na największej giełdzie w kraju i powoli przygotowujemy się do wprowadzenia oferty specjalnej na Żuka. Ruch zdecydowanie większy niż wczoraj, ale i vanów ze czterdzieści.

Co gorsza ostatnio Żuk zaczął wydawać koszmarne dźwięki przy zmianie biegów. Myśleliśmy, że powoli kończy się sprzęgło (jakbym wiedział, o czym mówię…), ale jeden mądrala na giełdzie obejrzał furę i stwierdził, że drive-shaft jest do wymiany. Drive-shaft czyli podłużna rurka pod samochodem, która zdaję się, sprawia, że auto jedzie. Czy to źle? Na pewno nam to nie pomoże…

W międzyczasie udaje nam się „naprawić drzwi”. Przez ostatnie 6 tygodni drzwi pasażera przy otwieraniu wyły nieznośnie jak zarzynana świnia na Vanuatu. Po tym, gdy odstraszyło to parę poważnie zainteresowanych Francuzek, poszliśmy po rozum do głowy i każdy z zawiasów otrzymał łyżkę pożywnego oleju do sałatek. Drzwi chodzą jak nowe. Zaskakujące jak człowiek potrafi być potwornie głupi.

Niedziela, godz. 14, euforia – Żuk sprzedany! Poszedł w dobre ręce. Będzie cieszył parę Brytyjczyków za jedyne 2800 dolarów. Nieźle, tysiak do przodu. Wychodzi na to, że 5 tys. km po Nowej Zelandii przejechaliśmy własnym samochodem zupełnie za darmo, albo jak kto woli 3/4 biletu do Chile mamy gratis.

W nagrodę wino i szejk truskawkowy w Macu.

I już nie będzie placków ziemniaczanych

I już nie będzie placków ziemniaczanych

Niedziela, godz. 17, euforia forte – Brytyjczyk w Brazylii wysyła wiadomość „Replied maybe”. Pora ustalić szczegóły. Szkopuł w tym, że chce opuścić brazylijskie wody 10 lutego. Pytania (w większości retoryczne).

a)   Czy chcemy spędzić Walentynki na rajskich brazylijskich wyspach Ilha Grande i Ilhabela, a następnie przemierzyć Atlantyk na szerokościach geograficznych, gdzie nie wieją już tropikalne pasaty, a zakrada się coraz więcej podmuchów znad Antarktydy?

b)   Czy odpuszczamy Amerykę Południową na rzecz 6 miesięcy wśród małych Murzyniątek i dzikich lwów?

c)   Czy uda nam się przejechać stopem z Santiago do Sao Paulo w nieco ponad tydzień?

d)   Czy warto?

—————————————-

P.S. A jeśli Najlepsza z Żon nie uskutecznia akurat sportu na huśtawce, to z pewnością robi zdjęcia. Na przykład w Mordorze.

.

Tongariro Crossing, Wyspa Północna, Nowa Zelandia

.

Żeby góry żarły

Jakiś czas temu prawie tydzień spędziliśmy na nowozelandzkich fiordach. Wspinaliśmy się na szczyty i przełęcze, testowaliśmy wytrzymałość naszych serc w jeziorach polodowcowych, co dzień ciesząc się słoneczną pogodą, która we Fiordlandzie prawie nigdy się nie zdarza. I pewnie napisalibyśmy kilka słów o bajkowych krajobrazach ze szczytu Key Summit i szlaku Routeburn, albo dlaczego jest przynajmniej jeden powód, by lubić imię Gertruda. Ale nic z tego, nie tym razem.

Bo rzecz nie w tym, gdzie byliśmy, ale kogo można tam spotkać.

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Wdrapujesz się na jakiś szczyt, siadasz, wciągasz czekoladę i nagle słyszysz „No dobra, chłopaki, schodzimy”. Patrzysz – dziadki.

Ale przy plecakach raki, czekany, świecą gołe klaty, a każdy mięsień gra jak na wykładzie anatomii. I tak stoisz na przełęczy, jakieś 1500 metrów, tylko Ty i On. Podskórnie czujesz, że masz do czynienia z zawodowcem, ale jak to z niego wyciągnąć? „Dużo się wspinacie?”, „Całe życie”. I nadal błądzisz po omacku.

Całe szczęście chłopaki, spotkaniem rodaków równie zdziwieni co my, zaprosili nas do chaty alpinistów na kolację. Ale tu rozmawiając o dokonaniach też z trudem się czegoś dowiesz. Że Marek to pierwszy Polak, który zdobył McKinley? Że Andrzej Mierzejewski wraz Krzysztofem Wielickim i kilkoma innymi kumplami wytyczał nowe drogi na najwyższych szczytach na Kaukazie i w Afganistanie?

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Wstyd się przyznać, ale o żadnym z nich nie słyszeliśmy. Marek Głogoczowski? Andrzej Mierzejewski? Andrzej Kula? Kukuczka, Wielicki, Rutkiewicz, Cichy – to są nazwiska, które gdzieś dzwonią. Względnie Baranowska czy Morawski.

I dopiero gdzieś pokątnie w anegdotach i historiach przy herbacie, można coś poskładać. Trzydzieści, może 40 lat temu Marek wraz z Leszkiem Cichym zbiegł kiedyś 3 tysiące metrów spod Mont Blanc w 3 godziny. Ot tak, bo chcieli sprawdzić czy dadzą radę.

Gdy późnym popołudniem trafiliśmy na siebie na przełęczy, po kilku godzinach mozolnego marszu dla nas był to już szczyt trekingu na ten dzień. Oni właśnie wracali z okolicznych szczytów po 13 godzinach wspinaczki. Korzystając z ładnej pogody, postanowili się jeszcze powspinać, bo ładnie fiordy widać. Do Nowej Zelandii przyjechali na Mt. Cook – najwyższy szczyt tego kraju, który zdobyli kilka dni wcześniej.

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Marek ma 70 lat, Andrzej Mierzejewski 63. Tacy emeryci. Ale co to za emeryt, co w wieku 70 lat wstaje o 1 w nocy i rusza na czterotysięcznik? Pokonuje lodowce, przeskakuje głębokie na kilkaset metrów rozpadliny i przez 19 godzin wspina się na na najwyższą górę Nowej Zelandii. No tak, ale to emeryt z Zakopanego.

Mam koleżankę z Zakopanego. Kiedyś wraz z kumplami z GOPRu wspięli się, nie, w zasadzie wbiegli na trzy najwyższe szczyty Tatr – Gerlach, Łomnicę i Lodowy. Jednego dnia! Kilkadziesiąt kilometrów odległości i kilka kilometrów przewyższenia. Ale Zakopiańczycy to raczej inna rasa.

Czy Marek jest najstarszym człowiekiem, który wspiął się na Mt. Cook? Pewnie tak. Choć tu nikt statystyk nie prowadzi. Andrzej Kula mówi, że gdy nerwy im puszczają, gdy ściana wydaje się zbyt trudna, przodem puszczają Marka.

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z kolei przy stole nie ma takiej sytuacji, żeby Marek czegoś nie dojadł. Od razu widać – człowiek głodny życia. Akurat doskonale go rozumiem, bo w swoim dwuipółkrotnie krótszym życiu też nie zostawiłem okruszka na talerzu.

Andrzej Kula to jeszcze inna bajka. Wizytówka kraju. W ’82 wyemigrował do Australii. Przez 20 lat nie wracał do kraju, a trudno nawet wyłapać obcy akcent, gdy się z nim rozmawia. Dziś w Melbourne buduje maszty do żaglówek regatowych. Co weekend sam ściga się w regatach, lata na kajcie i z utęsknieniem czeka na ten czas, gdy przyjeżdża wspinać się w Tatrach. Ostatnimi czasy w Polsce co roku spędza co najmniej miesiąc. O kraju, górach, żeglowaniu, emigracji, trudnych latach poza domem można z nim rozmawiać całą noc.

W drodze na szczyt

W drodze na szczyt

Na pożegnanie Marek rzucił do nas taternickie „żeby nam ta Ameryka Południowa zażarła!”. Cóż, „Żeby Wam góry żarły!” Ciekawe, gdzie w przyszłym roku będziecie się wspinać.

Odjeżdżając, przepełniało nas jakieś dziwne uczucie. Niby szczęście. Niby radość. I moc. Ale to nie to. I chciało się latać.

Już wiem. To Duma. Duma Narodowa.

.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Andrzeja Kuli, Andrzeja Mierzejewskiego i Marka Głogoczowskiego. Więcej (naprawdę niesamowitych) kadrów nowozelandzkich Alp możecie obejrzeć tutaj:

Polscy alpiniści na Mt Cook, Nowa Zelandia

.

De gustibus non

Zakończył się (przynajmniej dla nas) konkurs na Blog Roku. Niestety nie udało nam się przebić do pierwszej dziesiątki, z której zwycięzcę wybierze juror.

Co poszło nie tak?

Co poszło nie tak?

Dziękujemy serdecznie wszystkim, którzy oddali na nas głosy, apelowali do znajomych na fejsie i słali nam ciepłe słowa w mejlach. Fajnie się dla Was pisze. Ogromne Blog zapłać.

W nagrodę ładna fotka z rejonu Marlborough na Wyspie Południowej:

Pelorus Sound, Marlborough, Nowa Zelandia

.

Wieje

- Zawsze u Was tak wieje?

- Wieje? Dzisiaj to nic. Najwyżej 40-50 km/h. W listopadzie mieliśmy pierwsze piękne dni, więc wystawiliśmy dziewczynkom trampolinę w ogrodzie. Za parę godzin jemy obiad, patrzę, a pod oknem trampolina zbiera się do startu. Zanim zdążyłem wybiec, przeleciała nad dachem i spadła tuż obok samochodu.

- Dość szczęśliwie trzeba przyznać.. Ładnie wybrała sobie miejsce do lądowania. W Polsce też mamy czasem silne wiatry, ale to raczej w lato, jak człowiek podje kapusty z grochem. Albo fasolkę po bretońsku. A u Was to raczej cały rok… Zagapisz się, to może być klops.

Prognoza na najbliższe dziesięciolecia: Wiatr silny, chwilami porywisty, południowy i południowo-zachodni

Prognoza na najbliższe dziesięciolecia: Wiatr silny, chwilami porywisty, południowy i południowo-zachodni

- Przeważnie. Mówią, że to jedno z najbardziej wietrznych miejsc na świecie. Wieje znad Oceanu Południowego – prosto znad Antarktydy. A propos klopsa. W zeszłym roku sąsiad robił podbitkę ze sklejki pod dachem. Była wyjątkowo piękna pogoda, więc szwagier rozpalił grilla. Przerwa w pracy, piwko i pogaduchy. Suma summarum praca poszła w odstawkę na jutro, a sklejki zapomnieli schować do garażu. W nocy zerwał się taki wicher, że wyczyścił im całe podwórze. Metrowe kawałki sklejki zawisły na drzewach w tamtym lasku.

————————————-

Nowa Zelandia faktycznie należy do najbardziej wietrznych miejsc na świecie. W stolicy – Wellington, położonej na południowym cyplu Północnej Wyspy, przypada 199 dni w roku, w których porywy wiatru sięgają 34 węzłów, czyli ponad 63 km/h.

odlot

Na południowym krańcu Wyspy Południowej jest jeszcze gorzej. Drzewa rosną poziomo, a na klifach wystarczy rozpostrzeć bluzę i można zacząć szybować. Przez Catlins wiedzie Południowa Droga Widokowa. I faktycznie widoki są imponujące. Na wybrzeżu trzeba jednak mocno trzymać kierownicę, bo podmuchy są tak silne, że niejednokrotnie transportowały nam Żuka na sąsiedni pas. Całe szczęście ruch tutaj niewielki, więc czołówkę najłatwiej zaliczyć z testującymi wytrzymałość swoich pancerzyków sześcionogimi kamikadze.

Fale na krańcu Wyspy Południowej

.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 27 other followers