Archiwa blogu

Cali Cali Calidad!!

Podobno padał deszcz.

W Nowym Jorku była wrześniowa chłodna noc. Kilku jazzmanów brzdąkało jeszcze w barze przy dogasającym świetle. Po ulicy maszerowała grupka Portorykańczyków i Kubańczyków, która w swoim stylu wracała w tym czasie z imprezy przez Harlem.

Były lata 50-te, ale u siebie czuli się bezpiecznie. Latynosi jak zwykle nieśli ze sobą kilka instrumentów. Jak to na imprezę. Ktoś trzymał marakasy, inny guiro, jeden targał ponoć nawet małe bongo.

Gdy słuch ich przykuło dogorywające jam session, przyłączyli się do zabawy. Murzyni z wnętrza baru odpowiedzieli kilkoma żywymi dźwiękami. Latynosi ponownie zawtórowali. I zaczęli tańczyć.

Grali tak jeszcze kilka godzin, a granie to tak im się spodobało, że postanowili je jakoś nazwać.

– Niezły nam wyszedł sos.

– Faktycznie fajny mix – zawtórował ktoś.

Salsa to po hiszpańsku tyle co „sos”, „mieszanka”, „mix” właśnie. Serwowana zazwyczaj do większości potraw, w muzyce też narobiła niezłego zamieszania.

A w Cali urosła do rangi sztuki.

– Jak długo tańczysz salsę? – pytamy Juanitę.

– Nie wiem. Jakieś 22 lata.

Juanita ma 24 lata. Nigdy nie uczyła się tańczyć. Zaczęło się u cioci na imieninach, gdzie jakiś wujek postawił jej stopy na swoich pantoflach i zaczął z nią się bawić. A później jakoś poszło. Urodziny babci, komunia, Dzień Niepodległości, Dzień Chrystusa, Dzień Świętej Panienki, Pierwszy Dzień Szkoły, Ostatni Dzień Szkoły, zawsze znajdzie się powód do fiestowania.

Juanita to dziewczyna Filipa, którego znaliśmy już ze świetnego filmu Sezon na Lwy, który mieliśmy okazję obejrzeć u Szymona w La Paz. I tak jak Szymona miłość zatrzymała w Boliwii, to Filipa w Kolumbii. Miłość do Juanity i salsy zarazem.

Juanita jest jedną z tych Caleños, dziewczyn z Cali, które salsę mają we krwi. Gdy wychodzi na parkiet, to ma się wrażenie, że jej ciało za chwilę się złamie, bo przecież nie ma kręgosłupa.

W klubach wre. Tu nikt nie siedzi. Nawet jeśli nie masz pojęcia, jak się tańczy, to i tak nie ma znaczenia. Zaraz ktoś złapie Cię za rękę i pokaże, co masz robić. A najważniejsze to dobrze się bawić.

Cali – jeszcze kilkanaście lat temu jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie, jedna ze stolic handlu kokainą, siedziba licznych karteli, to dziś przede wszystkim stolica salsy. I o ile oczywiste jest, że możesz stracić tu nie tylko portfel i aparat, to taniec chyba jednak waży więcej.

Jak myślisz, ile seksapilu może się zmieścić na jednym metrze kwadratowym? Nawet sobie tego nie wyobrazisz, dopóki nie przyjedziesz do Cali.

.

Reklamy

tuż tuż

Juz od wielu dni na tej stronie probujemy zamiescic wpis podsumowujacy poltora roku w drodze. Probujemy, probujemy, ale najpierw musimy go napisac. A nieustannie przeszakadzaja nam w tym czynniki zewnetrzne.

Przykladowo dwa dni temu zamieszkalismy na Couchsurfie w Buenos Aires z pewnym Polakiem, zyjacym w Ameryce Poludniowej juz 6 lat w ciaglej podrozy. Przegadalismy caly dzien, pol nocy, a gdy spalismy, nie obudzila nas nawet argentynska policja, ktora przyszla do mieszkania nad ranem zakonczyc awanture i wyrzucic jednego z lokatorow.

A dlaczego nas nie obudzila? Prawdopodobnie dlatego, ze poprzedniego dnia dotarlismy do Buenos Aires z prowincji Rio Negro z pewnym TIRowcem. Jak sie okazuje niewatpliwym kokainistą, bo przejechalismy z nim na stopa 1000 km w 20 godzin non-stop wylacznie pijac mate i przerwy na „siku”.

O tym ze w Wielka Sobote ogladalismy, jak orki wyrywaly z plazy mlode lwy morskie przy komentarzu Ingrid Vissen, ktora spotkalismy na plazy, a Niedziele rozpoczelismy w namiocie na stacji benzynowej YPF mowilem juz na fejsie, prawda?

Myslalem, ze uda sie dzisiaj, ale jest juz czwarta nad ranem, a o 7 wyjezdzamy do delty Parany, gdzie pewien znajomy mieszka na wyspie bez elektrycznosci wsrod setek odnog rzeki, gdzie mozna dostac sie wylacznie kajakiem. Wiec pewnie zostaniemy tam przez kilka dni.

A to zebyscie sie nie nudzili

.

.

Trzeci świat

Mój brat, skądinąd zupełnie przytomnie, spytał mnie ostatnio, co to za bieda, że odkąd jesteśmy w Ameryce, nie publikujemy prawie żadnych zdjęć ludzi. Czy nie ma tu ciekawych twarzy? Jakichś Indian? Nowa Zelandia jasne, tam nie spodziewał się Maorysów, ale Ameryka Południowa, Chile, Argentyna? A Ziemia Ognista? Tu przecież muszą być Indianie.

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

W Indonezji, Wietnamie, Birmie, a w szczególności na Wyspach Salomona i Vanuatu rozpuściliśmy Was nieco fotograficzną odmiennością kulturową. Trzeba pamiętać jednak, że globalna wioska pędzi do przodu i żadna zapomniana cywilizacja nie może zostać z tyłu. A przede wszystkim nie chce.

Prawdziwych Cyganów już nie ma

Nawet w kraju tak odmiennym kulturowo jak Vanuatu plemienna dzikość to raczej nostalgia niż rzeczywistość.

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

I choć z pewnością to najbardziej tradycyjna i pierwotna z kultur jakie odwiedziliśmy, gdzie chociażby wspaniały rytuał picia kavy to codzienność, to Indianie odziani w spódniczki z trawy i zasłaniający sobie penisy liśćmi bananowca rodem z Boso przez Świat Cejrowskiego to bujda na resorach.

Bo niby istnieje jedna czy dwie społeczności pielęgnujące tę tradycję na Wyspie Tana, ale naprawdę ciężko zważyć czy z ich strony to całkowita chęć odrzucenia cywilizacji czy też raczej intratny projekt biznesowy. Zresztą jak rozstrzygnąć tę kwestię, gdy pozwalają się oni filmować ekipom telewizyjnym, takim jak oddział Cejrowskiego, inkasując przy tym 10 000 zł za wejście z kamerą do ich wioski.

Doprawdy żywe zoo birmańskich długoszyich plemion Karen w Mae Hong Son w Tajlandii, pobierające bodajże opłatę 20 czy 30 zł za wejście do swojej wioski to przy Vanuatańczykach z Tany biznesowe przedszkole.

No ale skoro „dziś prawdziwych Indianów już nie ma”, to kto jest? W takim chociażby Chile i Argentynie.

Otóż w takim Chile i Argentynie jest świat w wielu miejscach przynajmniej o dwa kroki do przodu przed Polską i innymi demoludami.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

Czy wiesz, że

Czy wiesz, że nauczyciel z kilkunastoletnim stażem w niewielkim mieście w Chile zarabia 700 tys. peso, czyli lekko licząc przynajmniej 5000 zł na rękę?

Czy wiesz, że kilo najtańszego sera w tym kraju kosztuje przynajmniej 35 zł, a pensja minimalna wynosząca 1200 zł ledwo starcza, by związać koniec z końcem?

Czy wiesz, że rząd Urugwaju zalegalizował niedawno domowe hodowle marihuany na własny użytek?

A wracając do marihuany czy wiesz, że rośnie ona w środkowym Chile i w niższych partiach gór w tym kraju? Niemal jak w Indiach i Nepalu. Także na dziko. A często, jako wciąż tutaj nielegalna, również poukrywana wśród krzewów winnych. Skądinąd, jak twierdzą zorientowani, jest równie dobra co w Laosie.

Kill Bill

Kill Bill

Czy wiesz, że wpisy o marihuanie bezapelacyjnie i nieprzerwanie są najpopularniejszymi wpisami na naszej stronie i żadne inne nie mogą się z nimi równać od ponad roku? Czyżby Prezes miał rację co do Internautów?

Czy wiesz, że układy cenowe w Chile i Argentynie są wyjątkowo nieprzewidywalne i w ogóle nie można ich porównywać do realiów europejskich? Przykładowo przy całej drożyźnie żywnościowej w Chile i Argentynie, działka budowlana w Puerto Varas w Chile, czyli bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo turystycznej miejscowości, takim miejscowym Kazimierzu nad Wisłą jest śmiesznie tania. Za 3 mln peso, czyli nieco ponad 20 tys. zł możesz kupić 5000 m2 nad samym jeziorem z widokiem na ośnieżony wulkan (tak, tak, dobrze kalkulujesz, jest to mniej więcej 4-5 miesięcy pracy przeciętnego nauczyciela).

W Patagońskim raju

A czy wiesz, że w Patagonii, gdzie po ostatnich Indianach słuch zaginął pewnie ze sto lat temu, finansowo życie jest przynajmniej dwa razy prostsze? Zarówno rząd Chile, jak i Argentyny za wszelką cenę stara się promować osadnictwo w tych pięknych, ale jednocześnie zimnych i niedostępnych rejonach. W prowincji Aysen na południu Chile wszyscy zatrudnieni w budżetówce zarabiają 180% pensji z Santiago.

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile.

A na Ziemi Ognistej nie ma podatków. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie. Dodatkowo w Argentynie prawo zapewnia WSZYSTKIM zatrudnionym przynajmniej dwukrotne zarobki.

Esperar to po hiszpańsku czekać. Policjant w argentyńskiej Esperanzie zarabia 8000 peso argentyńskich miesięcznie czyli ok. 6000 zł na rękę. Esperanza liczy może ze 2 tys. osób i naprawdę jedyne co można robić, to czekać. Wydarzeniem sezonu są tu zazwyczaj wypadki z udziałem guanako, które 3-4 razy do roku wybiega na drogę i kończy rozmaślone na masce wypasionego pick-upa.

Witaj w domu

Ale pieniądze na bok. Czemu w ogóle zacząłem pisać ten wpis, a argentyńskie wino wciąż odciąga mnie od sedna? Ludzie.

Chile i Argentyna to zdecydowanie najbardziej podobne kraje do Polski, jakie odwiedziliśmy. Często bardziej rozwinięte, nieco droższe, może ludzie więcej zarabiają, ale cywilizacyjnie jesteśmy wyjątkowo podobni.

Studenci jak zwykle bez pieniędzy uwielbiają podróżować, a w szczególności chodzić po górach. W wakacje na Carreterze Austral atmosfera dzięki przyjezdnym z Santiago i Argentyny jest jak w pociągu do Włodawy. Nawet jeśli ich nie stać, to stopem, albo na rowerze wyjeżdżają na kilka tygodni do niedalekiej prowincji albo sąsiedniego kraju. W metropoliach pracownicy korporacji i lokalnych firm z niecierpliwością czekają na piątek, żeby na spokojnie napić się piwa i ewentualnie wyskoczyć nad morze do Villa del Mar albo Bahia Blanca. W lato grillowanie. Nazywają to tutaj asado, ale to przecież zwyczajny polski grill. Ale powiedz tylko jakiemuś Argentyńczykowi, że jadłeś świetne asado w Chile! Umarł w butach. W Chile? Przecież oni nic nie wiedzą o asado!

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

Na chilijskiej wsi podobieństwo jest tak uderzające, że gdyby przetransportować tu mojego dziadka, to zorientowałby się pewnie dopiero po kilku dniach. Mogą być strzeliste topole, mogą być i wierzby. Domy zupełnie identyczne.

Na podłogach linoleum albo skrzypiące deski, nad zlewem kalendarz z wyrywanymi kartkami i przepisami, których nikt nigdy nie użyje. Kredensy z czasów Pinocheta, niemal zupełnie jak od Gierka, których zdaje się tylko ideologiczne wahadło wychylone było w przeciwne strony. Nawet szklanki wewnątrz dzwonią w tym samym rytmie. Aż dziw, że wódki tu nie piją. Ale bimber pędzą. I to jaki! Z jabłek, gruszek, wiśni, czereśni i czego tylko chcesz.

Na ścianach święte obrazki, Jezus z promieniującym sercem i Ostatnia wieczerza szeroka na półtora metra. A już zupełnie rozwali Cię zapach kaflowej kuchni opalonej drewnem.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Naprawdę zupełnie jak w Polsce.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Zupełnie jak w Polsce.

I nie wiem czy to te kaflowe kuchnie, rum i pisco lejące się strumieniami w Santiago i co drugim innym mieście, polska mentalność, grillowanie czy czekanie na piątek i weekendowe plany w korporacji, ale choć nigdy byśmy tego nie przypuszczali, Chile to pierwszy kraj, jaki odwiedziliśmy podczas tej podróży, w którym moglibyśmy zamieszkać.

.

Chcecie zdjęcia rdzennych Indian z Chile? Oto one:

.

Los Lagos i Puerto Varas, Chile

.

Narkotyki Złotego Trójkąta

Czasy gdy karawany opium przemierzały pogranicze Laosu, Tajlandii i Birmy już dawno minęły. Dziś jedynie nie uważana za narkotyk, rosnąca w każdej laotańskiej wiosce marihuana przypomina o historycznym dziedzictwie. Ale prawdziwie uzależniające właściwości w tym regionie ma co innego.

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południoowo-Wschodniej

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południowo-Wschodniej

Jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych Złoty Trójkąt był najważniejszym ośrodkiem produkcji opium i jego pochodnej – heroiny na świecie. Do niedawna Birma była globalnym liderem i w 1996 r. produkowała ponad 2,5 tys. ton tego narkotyku. Jeszcze 30 lat temu Laos, Tajlandia i Birma odpowiadały łącznie za 70% wyprodukowanej na świecie heroiny. Od tamtego czasu wiele jednak się zmieniło, udział Złotego Trójkąta w światowej produkcji heroiny zmniejszył się do 5% i w głównej mierze został zastąpiony przez Złoty Półksiężyc z Afganistanem na czele.

Chiny na ratunek

Z narkotykowego biznesu jako pierwsza wyszła Tajlandia, stawiając na przemysł turystyczny. Z kolei Laosowi i Birmie w głównej mierze pomogły Chiny. Przemierzając Laos i Birmę, niemal na każdym kroku widać, że Chińczycy wykupują je na potęgę. Między innymi inwestują miliony dolarów w plantacje kauczukowców, zapewniając tym samym jako taki zarobek lokalnym mieszkańcom. Ale spyta ktoś, dlaczego Chinom tak bardzo zależało na wytępieniu opium, które przecież w głównej mierze trafiało do Stanów i Europy?

Myśląc o Chinach, zawsze trzeba mieć na uwadze jedno. Przy wszystkich swoich wadach, naród ten jest niesłychanie wprost dalekowzroczny. Chińczycy niemal niczego nie robią w perspektywie krótszej niż 20 lat. Zapewne mając na uwadze bogacące się na potęgę chińskie społeczeństwo, władze bały się powtórki z historii.

Brytyjscy handlarze śmiercią

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy mieli nie lada problem. Sprowadzając z Azji Południowo-Wschodniej i Chin przyprawy, herbatę czy jedwab, przywozili do Orientu wyroby bawełniane i parę innych towarów. Mimo wszystko w handlu zagranicznym powstawała coraz większa luka, więc kilku wybitnych generałów wpadło na świetny pomysł. W chińskich portach Anglicy zaczęli rozdawać, a następnie sprzedawać próbki narkotyków, uprawianych od wieków w Indiach. Zanim Chińczycy połapali się w czym rzecz, mieli u siebie miliony uzależnionych. W 1830 roku było ich już 12 milionów. Licząc, że wciąż nie jest za późno, Chiny nałożyły wysokie cła na wszystkie sprowadzane towary i rozpoczęły walkę z narkotykami.

Niestety było już za późno. Brytyjczycy pod byle pretekstami rozpoczęli Pierwszą a następnie Drugą Wojnę Opiumową. W ciągu niespełna 20 lat wymusili na Chińczykach przekazanie Hong Kongu, otwarcie większości chińskich portów na zachodnie towary i przede wszystkim zalegalizowanie handlu opium. Śladem Brytyjczyków poszli Francuzi, Amerykanie i Rosjanie, wkrótce doprowadzając Imperium Chińskie do bankructwa i w znacznej mierze czyniąc podwaliny pod późniejszą rewolucję Mao Zedonga.

Summa summarum Brytyjczycy zalali Chiny opium, ostatecznie uzyskując nadwyżki w bilateralnym handlu z Chinami, a w Państwie Środka w 1880 roku było ok. 30-40 mln uzależnionych.

Swoją drogą to ciekawe, że opium, które w XIX w. Brytyjczycy na masową skalę rozprzestrzenili w Złotym Trójkącie, aby móc sprzedawać je do Chin, po niemal 100 latach obróciło się przeciw Cywilizacji Zachodu, zalewając Europę i Stany.

Prawdziwe dziedzictwo Złotego Trójkąta

Ale jako się rzekło, echa narkotykowej przeszłości pogranicza Laosu, Tajlandii i Birmy dawno już przebrzmiały. Dziś serce regionu bije turystyką i poza nazbyt cywilizowaną Tajlandią oferuje prawdziwy skarb – bogactwo etniczne.

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

W samym tylko północnym Laosie żyje 39 plemion, a wioski Akha, Lahu, Yao i Hmongów ciągną się we wszystkie strony.

Trzeba jednak się spieszyć. Już dziś w uważanym przez niektórych znanych podróżników za położone w dzikiej dżungli Muang Sing, miejscowego szamana najłatwiej spotkać w kawiarence internetowej, gdzie recepty do wiosek Akha wysyła najpewniej na komórkę.

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Darmowe wi-fi w guest-housach za 20 zł za pokój jest standardem, a słynny rynek, na którym onegdaj gromadziły się kolorowe mniejszości etniczne wymieniać towary, jest już tylko cyrkiem.

Ale autentyczne wioski istnieją. Co prawda miejsca bez elektryczności nie udało nam się znaleźć, ale w bardziej odległych miejscach dumni Akha, skryci Hmongowie i Yao w szerokich czapkach wiodą życie niemal jak przed wiekami. Dotrzeć do nich nie jest jednak łatwo, bo jeśli jakaś wioska jest już zaznaczona na mapie, to raczej nie ma tam czego szukać. Trzeba po prostu wypożyczyć motor (najlepiej terenowy) i ruszyć przed siebie.

Marihuana popularna od wieków

Dziś jedynym wątłym echem narkotyków Złotego Trójkąta jest marihuana, która w szczególności w Laosie jest dostępna łatwo, tanio i prawie wszędzie. Mimo że oficjalnie, podobnie jak opium, jest zakazana, to władze niespecjalnie się nią przejmują. Do górali z mniejszości Hmong i Akha rząd puszcza wręcz oko, dając im pewien immunitet na ten specyfik popularny od wieków.

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

W niemal każdej wiosce Akha, oprócz tradycyjnych wyrobów, miejscowi oferują przyjezdnym także lokalne zioło. (Ponoć) marihuanę sprzedaje się tu jednak nie na gramy, a na garści. (Ponoć) w nieturystycznej wsi w okolicach Muang Sing taka 10-gramowa garść kosztuje ok. 3 zł. W centrum miasta, gdzie przyjezdne z okolicznych wiosek baby, przechadzają się wśród licznych turystów, oferując te same bransoletki i wyroby, taką samą garść dostaniemy (ponoć) już za 10-15 zł.

Co więcej, kupując marihuanę bezpośrednio w nieodwiedzanej wsi Akha, bez pytania o cenę wręczając babie 3 zł, (ponoć) można narazić się wręcz na śmieszność. Zdziwienie z powodu jawnego przepłacania będzie (ponoć) jeszcze większe, gdy turysta odda babie pół garści wybitnego zioła, bo i co ma zrobić z taką jego ilością…

Parcie na szkło

Parcie na szkło

Podobnie jak w Nepalu czy północnych Indiach, także w Laosie konopie indyjskie rosną w stanie dzikim i wśród miejscowych górali popularne są od wieków. Ludzie mający porównanie wyrobów z Nepalu i Laosu, twierdzą jednak, że marihuana w Laosie jest znacznie mocniejsza, ale równie lekka i naturalna.

Ponoć.

.

—————————————————————-

Ciekawostki wydłubane w Muzeum Narkotyków w Sop Ruak w północnej Tajlandii:

W 1898 r., czyli 2 lata przed wynalezieniem Aspiryny, niemiecka firma Bayer opatentowała inny lek, w którym pokładała wielkie nadzieje. Nazwała go Heroina, bo według wstępnych badań był heroiczny jak superbohater i nie powodował uzależnienia.

Legalne przychody rządu Tajlandii z handlu opium w 1944 roku sięgnęły 60 mln bahtów i stanowiły 21% budżetu.

Ogólnie według nas Hall of Opium, czyli Muzeum Narkotyków w Sop Ruak to jedna z najciekawszych atrakcji, jakie widzieliśmy w Tajlandii. W całości wykute we wnętrzu góry, gromadzi fantastyczne informacje o narkotykach od starożytnej Mezopotamii po wojny z kartelami i najnowocześniejsze fortele przemytników. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają naprawdę przenieść się w czasie i zrozumieć historię narkotyków.

.

A na koniec jeszcze więcej (naprawdę autentycznych) Akha.

Wioski Akha, Muang Sing, Laos

.