Monthly Archives: Listopad 2012

Do widzenia, do jutra

Cartagena, Kolumbia, wieczór.

Nieopodal rynku, na rogu głównego placu, młode małżeństwo rozkłada stoisko. Mają około 30 lat. Jak co dzień będą sprzedawać szamę. Grillowany kurczak na ostro, kurczak w panierce smażony na głębokim tłuszczu z pikantną salsą, smażona ryba z ostrym sosem i ryba z grilla na ostro. Przypuszczam, że menu jest niezmienne od lat. Dania serwują z ryżem oraz sałatką z avocado i pomidora. Cena 4 lub 5 tysięcy peso (8-10 zł) też jest raczej niespotykana w Kolumbii.

Stragan zbity jest z desek, z jednej strony wspiera się na skrzynce po owocach. Obok niego dwa paleniska, które w czasach świetności można było nazwać grillami. Zbudowane ze starej metalowej szafki. Nasza ulubiona restauracja w mieście.

Jeden grill ledwo stoi, dwie nogi pochylają się pod kątem 20-30 stopni i codziennie zwracam uwagę, żeby usiąść na murku po stronie odchylnej. W drugim palenisku dno jest dziurawe jak sito i rozżarzone węgle co i rusz wysypują się na ulicę. Wówczas chłop zbiera je łyżką, której używa do smażenia.

– Jutro to naprawię – mówi barczysty Murzyn, spotykając się z niezadowolonym spojrzeniem żony.

– Maniana, maniana! Wszystko jest zawsze maniana. Miałeś zrobić wczoraj – mówi niby rozdrażniona, ale jednocześnie uśmiecha się uroczo.

Po czym obydwoje siadają na murku okalającym park. Kobieta jest w siódmym miesiącu ciąży. Ich córka będzie nazywała się Margarita. Śmieją się i rozmawiają. Są szczęśliwi jak dzieci.

Lenistwo sięga tu takich wyżyn, że gdy w grillu dogasa żar, mężczyźnie nie chce się nawet rozerwać nowej foliówki z węglem. Trzyma ją kilka sekund nad ogniem, ta się stopi, a węgle wypadają na palenisko.

W tym momencie trzy rozżarzone węgielki przelatują przez dziurę w dnie i wolno toczą się po ulicy. Kobieta i mężczyzna porozumiewawczo zerkają na siebie.

.

maniana, maniana

Poranek na Playa Blanca

Poranek na Playa Blanca

Świerzej kawki?

Świeżej kawki?

.

Reklamy

Nie bój się fal

Dziś o surfowaniu na kanapie, czyli pakowaniu się z butami w życie codzienne miejscowych.

Couch Surfing to wolność, mówią. To niepowtarzalna możliwość podejrzenia codzienności mieszkańców danego kraju. To sposobność poznania niezwykłych osób, które zapraszają cię do swojego życia i chętnie pokażą ci to, co u nich najlepsze.

Często to prawda.

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

W wioskach na Fidżi nawet nie wiedzą, co to Couch Surfing, a bywa, że i tak zaprosi cię ktoś do swojego domu

Ale Couch Surfing to także rezygnacja z przygody. Poświęcenie improwizowanej nici podróżnej na rzecz planowania. „W środę jadę na 3 dni do Bariloche, bo tam ktoś chciał mnie przyjąć, a w sobotę mam kałcza w El Bolson”. Jadę prawie za darmo, to prawda, ale czym różnię się wówczas od wycieczki pakietowej „Argentyna w 16 dni”?

W przypadku, gdy podróżujesz bez specjalnego celu rysującego się nie tylko za miesiąc, ale nawet za tydzień, znalezienie gospodarza na trasie jest niemiłosiernie trudne. W miejscowościach turystycznych ludzie otrzymują po kilkanaście zapytań dziennie, więc ich pasja w przyjmowaniu gości z zagranicy po kilku miesiącach szybko się wyczerpuje, a entuzjazm stacza po równi pochyłej.

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Asado w stylu maxi, czyli witajcie na kanapie w południowym Chile

Jest też grupa osób, którą nocowanie u nieznajomych i nawiązywanie z nimi kontaktów, bądź co bądź, głównie ze względu hotelarskiego, nieco zniechęca. Pozostają wówczas serwisy, jak Wimdu, gdzie można wynająć prywatne mieszkania pod nieobecność właściciela i próbować mieszkać jak miejscowy, nie krępując się gospodarzami.

Ale wracając do pryncypiów. W podróży staramy się odwiedzić chociaż jednego kałcza w każdym kraju. Bo faktycznie w dwóch przypadkach na trzech jest to człowiek pozytywnie zakręcony, kochający podróże, pomocny i bywający inspiracją.

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

Siatkarska kadra czeka, czyli mistrzostwa o puchar sołtysa na Fidżi

W Nowej Zelandii w ten sposób poznaliśmy Jaspera, który przyjął nas w Christchurch i zżyliśmy się tak bardzo, że szukając naszego Żuka, zostaliśmy u niego na święta, które wyprawiliśmy w polskim stylu w gronie Nowa Zelandia – Anglia – Zimbabwe – Szkocja – Polska. W chilijskim Puerto Varas zostaliśmy przyjęci do grona rodziny i gdyby nie był to dopiero nasz drugi tydzień w Ameryce, a co za tym idzie nasza znajomość języka nie sprowadzałaby się do potakiwania, to pewnie zostalibyśmy do zimy. Co nie zmienia faktu, że tyle płaczu, co podczas wyjazdu, to jeszcze nie było. W Kambodży mieszkaliśmy u pewnego Australijczyka, który wśród Khmerów znalazł sobie o kilkanaście lat młodszą żonę. Historia słodko-gorzka, jak to często bywa z miłością na linii Azja Południowo-Wschodnia – Świat Zachodu. Ale niezwykle pouczająca i otwierająca oczy. A w Izraelu zamieszkaliśmy w kibucu na Pustyni Negev wśród gajów cytrynowo-oliwnych i kontestatorów siłowej polityki Benjamina Netanyahu.

Bo jak śpiewał kiedyś Rojek, „życie to surfing, więc nie bój się fal”.

.

P.S. A najlepszy CouchSurfing i tak jest w Chile.

W Tajlandii niejednokrotnie również trudno się wymigać od zaproszenia na kolację czy do domu

W Tajlandii niejednokrotnie trudno wymigać się od zaproszenia na kolację czy do domu