Monthly Archives: Wrzesień 2012

Gród Inków

To surrealizm, jak Salvador Dali.

Miasto żywcem wyjęte ze średniowiecza. Domy zbudowane z kamiennych bloków, z których wiele waży po kilkaset kilo.

Brukowane dukty między domami szerokie na tyle, aby zmieściło się w nich dwóch piechurów i osioł lub lama. Wzdłuż głównych alejek maleńkie akwedukty, którymi bez przerwy płynie woda z podziemnych źródeł. Często nieprzerwanie od ponad 500 lat.

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego...

Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego…

A z drugiej strony XXI wiek. Położone w Świętej Dolinie Inków Ollantaytambo to przedpole największej atrakcji turystycznej Ameryki – Machu Picchu. Internet na każdym rogu. W co trzecim kamiennym domu mini restauracja serwująca pizzę i wino. Bary karaoke na przemian z hostelami z obowiązkowym wi-fi.

Rynek – jak zwykle serce miasta, poza faktem, że dziś odbywa się w murowanym budynku krytym blachą, nie zmienił się od kilku stuleci.

OllantaytamboPewnym znakiem nowoczesności są też chyba klapki z opony, w których obecnie chodzi większość niezurbanizowanych mieszkańców Altiplano od południowej Boliwii po środkowe Peru. Na ulicach i rynku słyszy się quechua. Dla wielu osób hiszpański wciąż jest językiem obcym.

Ollantaytambo oznacza „gród Ollantay”. Z kolei Ollantay to jeden z największych wojowników Inków, bohater wojen rodowych i początków inkaskiej historii.

Żyjemy sobie w grodzie Ollantaya już pewien czas, Machu Picchu już za nami, a wracając z łazienki któregoś wieczoru Najlepsza z Żon uderza do mnie w te słowa:

– Zauważyłeś, że jak nie bierzemy dużych plecaków i wyjeżdżamy tylko na tydzień, to z kosmetyków i przyborów toaletowych bierzemy wyłącznie szczoteczkę do zębów i pastę?

– A po co mielibyśmy brać coś więcej?

– No moglibyśmy wziąć chociaż grzebień w zasadzie.

– Za ciężko. Dobrze się podróżuje bez grzebienia przez tydzień.

– Ale moglibyśmy go czasem zabrać, żebym nie wyglądała jak dziecko specjalnej troski.

I toczymy takie jałowe dyskusje w tak pięknych okolicznościach przyrody. I niepowtarzalnych.

Klapki z opony - krzyk mody na Altiplano

Klapki z opony – krzyk mody na Altiplano

.

Parę zdjęć z okolic Ollantaytambo i Świętej Doliny Inków.

Święta Dolina Inków, Peru

.

Reklamy

Cali Cali Calidad!!

Podobno padał deszcz.

W Nowym Jorku była wrześniowa chłodna noc. Kilku jazzmanów brzdąkało jeszcze w barze przy dogasającym świetle. Po ulicy maszerowała grupka Portorykańczyków i Kubańczyków, która w swoim stylu wracała w tym czasie z imprezy przez Harlem.

Były lata 50-te, ale u siebie czuli się bezpiecznie. Latynosi jak zwykle nieśli ze sobą kilka instrumentów. Jak to na imprezę. Ktoś trzymał marakasy, inny guiro, jeden targał ponoć nawet małe bongo.

Gdy słuch ich przykuło dogorywające jam session, przyłączyli się do zabawy. Murzyni z wnętrza baru odpowiedzieli kilkoma żywymi dźwiękami. Latynosi ponownie zawtórowali. I zaczęli tańczyć.

Grali tak jeszcze kilka godzin, a granie to tak im się spodobało, że postanowili je jakoś nazwać.

– Niezły nam wyszedł sos.

– Faktycznie fajny mix – zawtórował ktoś.

Salsa to po hiszpańsku tyle co „sos”, „mieszanka”, „mix” właśnie. Serwowana zazwyczaj do większości potraw, w muzyce też narobiła niezłego zamieszania.

A w Cali urosła do rangi sztuki.

– Jak długo tańczysz salsę? – pytamy Juanitę.

– Nie wiem. Jakieś 22 lata.

Juanita ma 24 lata. Nigdy nie uczyła się tańczyć. Zaczęło się u cioci na imieninach, gdzie jakiś wujek postawił jej stopy na swoich pantoflach i zaczął z nią się bawić. A później jakoś poszło. Urodziny babci, komunia, Dzień Niepodległości, Dzień Chrystusa, Dzień Świętej Panienki, Pierwszy Dzień Szkoły, Ostatni Dzień Szkoły, zawsze znajdzie się powód do fiestowania.

Juanita to dziewczyna Filipa, którego znaliśmy już ze świetnego filmu Sezon na Lwy, który mieliśmy okazję obejrzeć u Szymona w La Paz. I tak jak Szymona miłość zatrzymała w Boliwii, to Filipa w Kolumbii. Miłość do Juanity i salsy zarazem.

Juanita jest jedną z tych Caleños, dziewczyn z Cali, które salsę mają we krwi. Gdy wychodzi na parkiet, to ma się wrażenie, że jej ciało za chwilę się złamie, bo przecież nie ma kręgosłupa.

W klubach wre. Tu nikt nie siedzi. Nawet jeśli nie masz pojęcia, jak się tańczy, to i tak nie ma znaczenia. Zaraz ktoś złapie Cię za rękę i pokaże, co masz robić. A najważniejsze to dobrze się bawić.

Cali – jeszcze kilkanaście lat temu jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie, jedna ze stolic handlu kokainą, siedziba licznych karteli, to dziś przede wszystkim stolica salsy. I o ile oczywiste jest, że możesz stracić tu nie tylko portfel i aparat, to taniec chyba jednak waży więcej.

Jak myślisz, ile seksapilu może się zmieścić na jednym metrze kwadratowym? Nawet sobie tego nie wyobrazisz, dopóki nie przyjedziesz do Cali.

.