Monthly Archives: Sierpień 2012

Zaskakujący początek świata

Największe zaskoczenie: plaża. Lazurowa woda i biały piasek niemal jak na Filipinach czy atolach na Pacyfiku. To że bogowie i ludzkość powstali w tak pięknym miejscu, to akurat nie dziwi. Bardziej może fakt, że jesteśmy niemal na 4000 metrów. Na jeziorze Titicaca. A przede wszystkim owianej legendą Wyspie Słońca.

Wyspa Słońca

Wyspa Słońca

Oddalona zaledwie o kilkanaście kilometrów od gwarnej Copacabany Wyspa Słońca to inny świat. Elektryczność pojawiła się tu dopiero kilka lat temu, a życie płynie tu w takim tempie, że można niemal obserwować ziarenka przesypujące się w klepsydrze. O ile Copacabana ze swoim przygotowaniem na turystów czasami przypomina już gwarny Bangkok, o tyle Isla del Sol to raczej rolnicza wyspa, gdzie wraz z zachodzącym słońcem pozostaje jedynie wsłuchiwać się w szum zimnych wód jeziora Titicaca i rozmyślać o cywilizacji Inków.

To tu z morza wyłonił się bóg Wiracocha, który stworzył słońce i księżyc, a następnie z kamieni ulepił człowieka. To tu przyjeżdżali pielgrzymi z Tiwanaku, a nawet Cuzko, by złożyć w ofierze dary w świątyni Chincana, gdzie narodziła się ludzkość.

Bóg się rodzi, moc truchleje

Bóg się rodzi, moc truchleje

Mistycyzm Wyspy Słońca wciąż bije żywo. Oczywiście nie wśród turystów, dla których jest to niemal obowiązkowy przystanek na trasie Peru-Boliwia czy dziesiątków pizzerii prowadzonych tu specjalnie dla nich, ale wśród turystów lokalnych.

Weźmy taki przykład. Spacerując po wyspie, z dala od turystycznego szlaku, postanawiamy wspiąć się na pobliskie wzgórze. Wzgórze bez nazwy, bez ruin, ale czujemy podskórnie, że widok będzie z niego przepiękny. A kto wie, być może czai się tam Tajemnica.

Był sobie chłopiec

Był sobie chłopiec

Zasiadamy na szczycie, a nieopodal dobiega nas rytmiczne stukanie tamburynu i marakasów. Natchniony szaman w białej szacie rozdaje kilku zebranym osobom po cztery liście koki i przygotowuje się do błogosławieństwa. Szybko zostajemy zaproszeni do kręgu i powtarzamy słowa w języku Aymara. Błogosławieństwo odprawiane jest na cztery strony świata, po czym w każdym z kierunków wiatr unosi po jednym liściu koki.

Zebrani to 8 czy 10 osób z południowej Kolumbii. Przyjechali tu na dwutygodniowy urlop. Jezioro Titicaca dla wielu wciąż pozostaje świętym miejscem kultur prekolumbijskich. Jesteśmy pod niesamowitym wrażeniem, ale ku naszemu zdumieniu rytuał z liśćmi koki to dopiero początek ceremonii.

Po kilku minutach szaman z zawiniątka wyciąga butelkę po Johny Walkerze. Napój jakiś dziwny. Czarny, nieco gęstawy, wolno spływa po ściankach.

Główny szlak przez wyspę

Główny szlak przez wyspę

– Chcecie zostać na symboliczną konsumpcję ayahuaski? – pyta jeden z naszych nowych znajomych.

– Ayahuaski??!!?? Jasne, że tak!!

Wiele słyszeliśmy o tym niezwykłym napoju, przez jednych nazywanych najmocniejszym halucynogennym narkotykiem na świecie, a przez wiele kultur mezoameryki traktowanych jako oczyszczający rytuał łączący człowieka z innymi bytami.

Wkrótce ponownie usiedliśmy w niewielkim kręgu, a kolumbijski szaman po kolei wzywał do siebie zebranych i podawał niewielką kokosową czarkę z ayahuaską.

Ceremonia na Wyspie Słońca okazała się na tyle niezwykła, a Kolumbijczycy tak otwarci jak typowi Kolumbijczycy, że stało się to, co musiało się stać.

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

Życie nie płynie, a toczy się w Challapampa

– Skoro Wam się podobało i zmierzacie na północ, może wpadniecie do nas, gdy będziecie w Kolumbii. Wiem, że nie macie pojęcia za ile tygodni dotrzecie w nasze rejony, ale dajcie znać, gdy będziecie się zbliżać. Tu jest mój numer. Raz na jakiś czas organizujemy picie ayahuaski, a poza tym stale zapraszamy na naszą posiadłość –  zapraszał nas Gustavo.

I tak uzbrojeni w komórkę do kolumbijskiego szamana udaliśmy się w dalszą drogę. A o tym czy trafiliśmy wreszcie do Kolumbii, czy piliśmy ayahuaskę i dlaczego było to jedno z najbardziej niezwykłych przeżyć podczas całej podróży, opowiemy innym razem.

.

Reklamy

Dziesięć przykazań

Boliwia, Ekwador, Peru, Kolumbia, wszystko ładnie pięknie, ale jest jedna rzecz, która nie daje nam spokoju, odkąd wyjechaliśmy z Argentyny kilka miesięcy temu. I jeśli nie podzielę się nią z Wami teraz, to pęknę i zamilknę na wieki.

Ta rzecz to yerba mate. Dla przyjaciół mate.

Najpierw Dekalog:

1. Nie będziesz miał innych matejmistrzów przede mną.

2. Nie pożądaj matejki bliźniego swego w kolejce jego.

3. Bombilla jak matka – ssaj ale nie kręć i nie szarp.

4. Szanuj rozmówcę swego i odkręć bombillę w kierunku jego.

5. Gorzko, słodko, zimno, ciepło – wolnoć Tomku w swoim domku.

6. Żadna „jerba” – tylko „zierba”.

7. Słuchaj wody – przemówi do Ciebie.

8. Rozmawiaj tylko o tym, co w życiu ważne.

9. Dziękujesz – żałujesz.

10. Ciesz się chwilą.

****

Yerba mate

Yerba mate

A teraz do rzeczy.

Przemarznięty wsiadasz do długo wyczekiwanego stopa w Patagonii i niemal na wejściu dostajesz gorącą matejkę z aromatycznym wywarem. Wraz z gorzkawą, przez wielu znienawidzoną, ziołową herbatką ciepło rozchodzi się po Twoich trzewiach, a yerba mate staje się twoim ulubionym napojem.

A może siedzisz przy stole na wsi. Dym z paleniska unosi się w powietrzu, matejka krąży wokół, serwuje oczywiście dziadek – najstarszy w rodzinie. Mistrz ceremonii może być tylko jeden. Polewa mate i kolejno przekazuje szlachetny napój kolejnym „materos”. Matejka przechodzi z rąk do rąk, zawsze zwrócona bombillą (czyt. bombisią) w kierunku przyjmującego. Przekazać mate nie odwróconą w kierunku rozmówcy to nie lada potwarz. Nieobytemu turyście jeszcze ujdzie, ale latynos naraża się na poważne konsekwencje. Nie przejdzie natomiast kręcenie czy wyjmowanie bombilly, czyli „rurki do mate”. Dobrze zaparzona mate, szczególnie na sposób urugwajski, jest tak usypana, że woda dociera jedynie do tej części matejki, w której znajduje się bombilla. Z jednej porcji można spokojnie zaparzyć dwa albo i trzy termosy zanim mate się wypłucze. Oczywiście pod warunkiem, że NIKT NIE ZŁAPIE ZA BOMBILLĘ I NIE ZACZNIE NIĄ KRĘCIĆ jak szalony.

Matejka bywa różna, w zależności od stopnia hipsterstwa jej właściciela. Zdarzają się nawet metalowe czy plastikowe wraz z termosem. Ale nie ma jak oryginalna zdrewniała mate z kalabasy. Wydrążona z miejscowej odmiany dyni ma piękny głuchy dźwięk, w środku jest poszarpana i niechlujna jak na Amerykę Łacińską przystało, a mate z niej sączona zawsze smakuje najlepiej.

Byle wodę gotował...

Byle wodę gotował…

Na południu, w Patagonii, najpewniej dostaniesz mate gorzką. Choć i tu zdarzają się fani yerby słodzonej. Juan – nasz znajomy gaucho spod Mendozy zdradził nam kiedyś, że prawdziwy macho pije tylko gorzką mate. A że każdy Argentyńczyk jest macho (albo przynajmniej chciałby być), to słodką częściej poczęstują Cię w Chile.

Jak sypać i parzyć mate, też moglibyśmy Wam zdradzić, ale nic nie zastąpi radości poznawania tego rytuału na własne oczy w jakimś argentyńskim domu. Wyznamy jedynie, że mate należy zalewać wodą nie doprowadzoną jeszcze do wrzenia, ale niemal gorącą. Naukowo pewnie jakieś 70-80 stopni, ale przecież żaden Argentyńczyk nie będzie nadskakiwał czajnikowi z termometrem. Za to prawie każdy położy dłoń na uchwycie i rozmawiając z Tobą o przyszłości ludzkości bądź pochodzeniu cywilizacji, będzie wsłuchiwał się w wodę, wyczekując delikatnego drżenia czajnika, gdy pod pokrywką pierwsze bąbelki zaczną wydobywać się na powierzchnię.

Zestaw do terere - matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą - niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Zestaw do terere – matejka z krowiego rogu i termos powlekany skórą – niezbędnik każdego szanującego się Paragwajczyka.

Chyba że to terere. Wywodząca się z gorącego Paragwaju terere to zwykła mate zalewana wodą lodowatą. Co ciekawe, też z termosu. Dyskusje o wyższości mate nad terere są równie powszechne i równie jałowe, co dialogi o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. A ich wynik zależy głównie od szerokości geograficznej. W upalnych argentyńskich prowincjach Corrientes czy Missiones często spotkasz już fanów terere. Ale prawdziwy ziołowy zawrót głowy przeżyjesz dopiero w Paragwaju. Ten kraj opiera się głównie na terere i ręcznie spawanym fotelu bujanym wystawionym na ganku.

No i dwa przykazania najważniejsze. Jeśli jesteś prawdziwym „matero”, nigdy nie odmawiasz mate. To jasne, że jedną musisz wypić choćby grzecznościowo, żeby nie wyrwać w pysk. Jeśli po kilku kolejkach jesteś już jednak zmatowiały, wystarczy, że oddając matejkę matejmistrzowi, powiesz „dziękuję”. Niestety, jeśli się zamyślisz i podziękujesz z grzeczności, w kolejnych rundach będziesz gapił się jak sroka w gnat, gdy mate będzie krążyła wśród pozostałych, Ciebie omijając. Waż słowa.

A reszta? Reszta to już tylko przyjemność. Po prostu ciesz się chwilą i celebruj ten moment, gdy bez radia ni telewizji siedzisz z przyjaciółmi i sączycie mate.

****

Ciekawostka lingwistyczna. „Yerba” dosłownie znaczy „zioło” albo „trawa”. Po argentyńsku wszelkie „y” i „ll” wymawia się jak „zi”, więc mamy „zierba”. „Yerba” wymawiane po normalnemu hiszpańsku, jako „jerba” to prawdziwe zioło, czyli marijuana. Należy uważać, o co się prosi.

.