Monthly Archives: Maj 2012

Trójprzymierze

Tłok. Harmider. Rwetes. Ścisk ludzkich ciał. Piętnaście minut podmiejskim autobusem od zrelaksowanego Iguazú i wkraczamy w zupełnie nowy świat.

– Telewizory! Najtańsze telewizory! Tylko dzisiaj!

– Elektronika, mister? Szukasz elektroniki. U mnie największy wybór i najlepsze oferty!

– Kokaina? Najlepsza na świecie – prosto z Boliwii. Nie? To może marihuana. Nasza – paragwajska.

Największe targowisko Ameryki Południowej. Ciudad del Este. Jak twierdzą Paragwajczycy, to czwarte największe centrum handlowe na świecie. Tu kupisz wszystko, czego nie potrzebujesz i wiele więcej. Głównie elektronikę, ubrania, samochody.

Kup pan cegłę

Kup pan cegłę

Ciudad del Este leży w miejscu, gdzie spotykają się trzy granice – Brazylii, Argentyny i Paragwaju. W Ameryce Południowej takie miejsca są szczególne. Nie obowiązują tu żadne przepisy. Za miedzą dwa najbogatsze i najbardziej rozwinięte kraje Ameryki, a ruch przez granicę jest zupełnie otwarty. Niby stoją budki strażników, ale tysiące ludzi przekraczają granicę w tę i z powrotem bez dokumentów. Każdego dnia. Nikt ich nie sprawdza. Żadnych skanerów bagażu.

I czarny rynek. Przemyt. Zatrzęsienie narkotyków, kradzione samochody, broń i co tylko chcesz. W nocy miasto nabiera innego kolorytu. Ulice pustoszeją zupełnie. Najbezpieczniejsze z całej trójki jest argentyńskie Puerto Iguazú. Tam można jeszcze przejść się po ulicy. Ale w Paragwaju ani w Brazylii w centrum nie ma nikogo poza poza tymi, którzy w takim środowisku czują się bezpiecznie. I potrafią się obronić.

Paragwajskie Ciudad del Este, brazylijskie Foz do Iguaçu oraz Puerto Iguazú w Argentynie to państwo w państwie. W zasadzie cywilizacja na wysokim poziomie, ale jednak w tropikach, więc każde miejsce nie zajęte jeszcze przez człowieka, opanowane jest przez najprawdziwszą dżunglę.

Po lewej Paragwaj, na prawo Brazylia, a my stoimy w centrum najbardziej turystycznego miasta Argentyny

Po lewej Paragwaj, na prawo Brazylia, a my stoimy w centrum najbardziej turystycznego miasta Argentyny

Patrząc na zakole rzeki Parana – miejsce, w którym łączą się trzy granice, ma się wrażenie, że jesteśmy w Amazońskiej puszczy. Gdy wieczorem przejdziesz się na klify i popatrzysz na rzekę z góry, nie musisz długo czekać. Co kilkadziesiąt minut małe i duże motorówki przekraczają Paranę w każdym z kierunków. Co transportują? Na pewno nie olej słonecznikowy i yerba mate.

Mamy pecha. Jest akurat sobota i trwa Czarny Piątek. Handlowcy na największym targowisku próżności na kontynencie postanowili zmaksymalizować przychody. Wymyślili Czarny Piątek. Marketingowo i historycznie nazwa może niezbyt przemyślana, ale handlowy strzał w dziesiątkę. Przez ostatnie tygodnie stopniowo podnosili ceny, by w ten weekend (od czwartku do wtorku – weekend w wydaniu latynoskim) ogłosić Czarny Piątek i wyprzedaże do 70%.

Nazwa może niespecjalnie trafiona, ale w Paragwaju to marketingowy strzał w dziesiątkę

Nazwa może niespecjalnie trafiona, ale w Paragwaju to marketingowy strzał w dziesiątkę

To co normalnie jest szaleństwem, teraz przerodziło się w pandemonium. Ludzie biegają po ulicach z 50-calowymi plazmami pod pachą. Ktoś wiezie ponad metrowe kolumny i zestaw kina domowego 5+1 na taczce. Tragarze donoszą tysiące odtwarzaczy mp3. Na każdym rogu ze straganów wylewają się pirackie płyty, podrabiane torebki Chanel, obuwie Nike i skórzane kurtki.

Argentyńczycy przyjeżdżają tu po wszystko. W kraju, w którym Kirchner wprowadziła kosmiczne podatki importowe, przyda się wszystko. Tydzień temu jechaliśmy na stopa z kolesiem, który do Ciudad del Este przyjeżdża po wielofunkcyjne scyzoryki dla wędkarzy. Brazylijczycy dużo kupują, ale jeszcze więcej sprzedają. Brazylia ma szmal. Przynajmniej w połowie sklepów w Ciudad del Este właściciele mówią po portugalsku. Biednych Paragwajczyków rzadko kiedy stać na inwestycję w sklep z elektroniką.

Centra handlowe wypchane elektroniką wyrastają bezpośrednio na granicy

Centra handlowe wypchane elektroniką wyrastają bezpośrednio na granicy

Szybki tour przez miasto z wywalonymi gałami i uciekamy stąd jeszcze tego samego dnia. Ale przed Ciudad del Este nie tak łatwo umknąć. Dwa dni później i kilkadziesiąt kilometrów dalej zagaduje nas młody człowiek, który przyjechał zwiedzić największą tamę na świecie. Jest z Ciudad del Este.

– Z Polski? Łaał! Patrzcie jaką świetną bransoletkę Nike sobie kupiłem. Niezła, co?

Patrzę na połączenie gumy i metalu z wielką łyżwą i nie wiem, co powiedzieć.

– Macie Facebooka, może się wymienimy kontaktami? Naprawdę nie używacie fejsbuka? Co z Wami? A jakiej marki nosisz buty?

I to w zasadzie wyczerpuje temat.

.

Reklamy

Mówią mi

Mówią mi, że gdy zobaczysz Iguazú, nic już nie będzie takie samo.

Mówią mi, że przy największym wodospadzie huk jest tak ogromny, że nie możesz rozmawiać, a i z myśleniem będziesz miał problemy.

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Wodospady Iguazú. Daleko w tle buchający jak z wulkanu dym to niewątpliwy znak, że tam czai się Gardziel Diabła

Mówią mi, że niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie siła przyrody jest tak przytłaczająca. Stoisz nad przepaścią i wiesz, że jesteś niczym. Godzinami możesz wpatrywać się w największą z katarakt i bawić się w odprowadzanie wzrokiem poszczególnych kropli wody w otchłań. Patrzeć jak hektolitry wody mijają Cię w każdym ułamku sekundy i lecą w dół jak na zwolnionym filmie. A potem nikną w białej nicości.

Mówią mi, że gdy stoisz nad krawędzią Gardzieli Diabła, czujesz się jakbyś zaglądał w czeluście piekieł. Największa z katarakt pochłania ponad połowę całego przepływu wodospadów Iguazú. Jej ułożony w podkowę kształt niemal otacza widza i każe dwa razy zastanowić się czy aby na pewno piekła nie ma. W tym miejscu ma się wrażenie, że tu kończy się ziemia, a pod spodem gigantyczne słonie podtrzymują Świat Dysku. Naukowcy wciąż nie są pewni czy sam Lucyfer nie zaprojektował Garganty del Diablo.

Garganta del Diablo

Garganta del Diablo

Mówią mi, że choć wodospad ma zaledwie 85 metrów, to nie licz na to, że zobaczysz z góry jak woda wpada do rzeki. Siła wody jest tak potworna, że już z odległości kilku kilometrów dojrzysz wysoki na kilkadziesiąt metrów komin białej piany unoszący się wysoko nad tropikalnym lasem. Raczej nie ma możliwości, żebyś nie wiedział, gdzie znajduje się Garganta del Diablo.

Mówią mi, że Iguazú to nie wodospad, a kraina wodospadów rozciągająca się na przestrzeni ponad dwóch i pół kilometrów. Możesz chodzić po niej cały dzień. Możesz przechadzać się wśród tropikalnej roślinności, obserwować tukany, miejscowe sępy, mrówki o ponad dwucentymetrowej długości, u których wyraźnie zobaczysz oczy, a w nich to, co chętnie by z Tobą zrobiły, gdyby tylko miały jeszcze kilka centymetrów więcej.

Tukan

Tukan

Mówią mi, że „Iguazú” w języku Indian guarani znaczy „Duża Woda”. I na to zjawisko nie znajdziesz lepszego określenia, choćbyś myślał wieki.

Mówili mi i mówili. Mówili jeszcze w Azji, mówili w Australii, mówili także w Chile i Argentynie. Tobie też będą mówić. Ale choć wszyscy będą mieli rację i tak nie zrozumiesz tego, dopóki nie zobaczysz na własne oczy.

A nie! To tukan

A nie! To tukan

.

A kto ciekaw pocztówkowego konkursu, niech szybko leci na fejsa. Tam laureaci, gale, rozdawanie nagród oraz goła baba zawinięta w dywan. Wszystkim uczestnikom serdecznie gratulujemy! W nagrodę jeszcze więcej Iguazú.

Iguazú, Argentyna

.

Na mokradłach

Przychodzi kajman do lekarza, a w poczekalni siedzi kapibara.

No i za nic w świecie nie mogę wymyślić ciągu dalszego…

"Mnie tu nie ma"

„Mnie tu nie ma”

W zaistniałej sytuacji dziś przemawiają obrazy.

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

Czaple białe, czarne, niebieskie, jabiru, skrzydłoszpony i setki gatunków innego ptactwa zapewnią ornitologiczne katharsis

kapibara myśli

kapibara myśli

Kajman przez miejscowych zwany "yacare" zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Kajman przez miejscowych zwany „yacare” zdecydowanie lepiej wygląda na mokradłach niż przerobiony na torebkę

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Moskity tną niemiłosiernie, ale warto doczekać do zachodu

Wyjec wyje

Wyjec wyje

Mokradła Esteros del Ibera

Mokradła Esteros del Ibera to obok brazylijskiego Pantanalu jedyne takie miejsce na Ziemi

Doktor Quinn i Lucky Luke na dzikim zachodzie

Doktor Quinn i Lucky Luke na Dzikim Zachodzie

.

Co tu dużo pisać. W Esteros del Ibera jest niesamowicie. Kliknij i zobacz więcej.

Esteros del Ibera, Argentyna

.

P.S. A gapowiczom przypominam, że na naszym fejsie trwa KONKURS. Do wygrania niebywałe nagrody.

.

Mam tak samo jak ty

– Przyjechałem studiować tu fotografię. W Peru nawet nie mamy co marzyć o takich możliwościach, a tu studia są darmowe dla wszystkich. Nawet dla obcokrajowców. Jeśli chcesz, Ty też możesz zacząć studiować choćby jutro. Co więcej miejscowe uniwersytety, choć bardzo różnią się poziomem, wciąż uchodzą za najlepsze na kontynencie. A w Guayaquil w Ekwadorze czy w Cancun w Meksyku dyplom z Argentyny, to dyplom z Argentyny. Wraz ze mną na roku studiuje sześciu Kolumbijczyków, trzech Peruwiańczyków, czterech Wenezuelczyków i kto wie ilu innych.

***

– Miałem szczęście, że urodziłem się w bogatej rodzinie. Widziałeś, ile ludzi śpi tu na ulicach? Setki, tysiące. A nas stać na wszystko. Sam wiesz, jak mieszkamy. Wypasione osiedla na kilka tysięcy luksusowych domów, wszystkie razem otoczone szczelnym murem, ochroną i kordonem odcinającym nas od reszty świata. Sam czynsz płacony przez każdego z właścicieli tych ogromnych  willi, który idzie wyłącznie na utrzymanie ochrony i całego tego mini-miasteczka wynosi 4-6 tys. zł miesięcznie. Przecież połowa tego miasta nawet tyle nie zarabia! A w zamkniętych dzielnicach, naszych „barrio cerrado” jest wszystko – szkoły, baseny, ścieżki dla rowerów, siłownie co kilka przecznic, supermarkety i kina. W zasadzie można w ogóle nie opuszczać swojego strzeżonego osiedla i całe życie przeżyć pod kloszem.

***

– Kilogramik pomidoreczków? Tak, jasne, że jestem z Boliwii. Masz rację. Boliwijczycy prowadzą przynajmniej połowę sklepów w tym mieście. A już z pewnością warzywniaków. Chińczycy opanowali wielobranżówkę i supermarkety. Tym argentyńskim nierobom po prostu nie chce się pracować! Od tej Kirchner dostają kasę za darmo i często nic nie muszą robić. Oczywiście, że mi się tu podoba. Gdzie indziej mogę sprzedawać banany po 3 peso za sztukę? W Boliwii za tę cenę dostaniesz 10 najlepszych bananów na świecie. Słusznie nie możesz się doczekać. Czy kogoś pozdrowić? Nie bardzo. Pochodzę z Cochabamby, ale straciłam już kontakt z rodziną. Wszyscy, na których mi zależy mieszkają tutaj. Już od 16 lat. Na pewno nie chcesz jeszcze jednej marcheweczki?

***

– Jasne, że jest tu niebezpiecznie. Mnie obrabowali tu już dwa razy. Moją żonę trzy. Pięć lat temu napadli na mnie właśnie przed tym bankiem. Fachowa robota, jestem przekonany, że to byli policjanci po cywilnemu. Wyszedłem głównymi drzwiami i nie uszedłem 20 metrów do samochodu, gdy drogę zajechał mi motocyklista z pasażerem. Jeden zeskoczył z motoru, przystawił mi pistolet i kazał oddać wszystko, co mam. Zabrali portfel, złotego Rolexa za kilka tysięcy dolarów, trochę elektroniki. A była godzina 13 w biały dzień, bodajże wtorek. Ktoś musiał dać im cynk. Ale i tak, nie zabrali tego, po co poszedłem do banku. Tego dnia wypłaciłem właśnie 10 tys. dolarów w gotówce na inwestycję firmową. Nie wiedzieć czemu przed wyjściem z banku, włożyłem całą gotówkę do tylnych kieszeni spodni. A oni zabrali portfel i walizkę, ale spodnie zostawili w spokoju. Trochę się wtedy zestresowałem.

"To nie Chrystus ani Budda, to nie Allah ni Mahomet, bez wątpienia z argentyńskim ludem Boski Diego"

„To nie Chrystus ani Budda, to nie Allah ni Mahomet, bez wątpienia z argentyńskim ludem Boski Diego” – Maradona wciąż rządzi na Boce.

***

– Miasto? Znam trochę. Południowe znam dobrze. Wschodnie jako tako. Centrum to wiadomo, tam nocami przychodziłem zbierać karton. Północnej części nie znam prawie w ogóle, a zachodnią troszeczkę. Mówisz, że byłeś na Merkado Central? Zepsuła się ciężarówka, którą jechaliście stopem? Niezłe doświadczenie, co? Mieszkałem tam przez 7 miesięcy. Uwielbiam to miejsce. Co dzień wyrzuca się tam tony żywności na śmieci, tylko dlatego, że kilka pomidorów na wierzchu jakiejś skrzynki jest popsutych. Hurtownicy nie pierdolą się z takimi niedoróbkami. Jasne, że zbieraliśmy tę żywność. Zresztą później często odsprzedawaliśmy ją Boliwijskim handlarzom. Ale Merkado Central to długa historia. Ja lubię Bocę. Tam też mieszkałem kiedyś pół roku. Mówisz, że lubicie San Telmo? Ha! Dzielnica artystów, awangardy, bohemy! Chodziliśmy tam co noc. Można tam zebrać najlepszy karton w mieście. No i cała ta śmietanka, która chciałaby być artystami, nie patrzy na nas z góry tak bardzo jak te nabzdyczone dupki w Palermo i na Recolecie.

***

– Na razie sprzątam i gotuję. Wraz z częścią rodziny mieszkamy tu na przedmieściach już od 8 lat. Ale jeszcze tylko rok, dwa i wracamy. Mamy plan. Chcemy uzbierać 100 tys. dolarów, a potem zawijamy się stąd i wybudujemy hotel w Świętej Dolinie. Już niewiele nam brakuje. Pochodzimy z Cuzco – to Święta Dolina Inków. No jasne, że słyszałeś. Musicie koniecznie tam jechać! To magiczne miejsce na ziemi. I odwiedźcie mojego ojca w Ollataytambo. On Was ugości i pomoże. Zakochacie się w tym miejscu.

***

– To wspaniałe miejsce. Zobacz, jak tu pięknie. A mieszkamy niecałą godzinkę od centrum. W sobotę nasza córka chodzi do klubu trenować hokej na trawie. Nie wiedziałeś, że Argentyna to potęga w żeńskim hokeju na trawie? Piłka nożna, polo i hokej to jest nasz narodowy triumwirat. No ale gdzie indziej byłoby nam tak dobrze? Owszem, bywa niebezpiecznie, ale da się z tym żyć. A jakie możliwości to miasto daje naszym dzieciom! To miasto nigdy nie śpi. Kluby czynne całą dobę, dziesiątki teatrów, balet, tango na każdym rogu. No i zawsze jesteśmy blisko siebie. Rodziny się rozpadają i schodzą, ale tutaj wszyscy jesteśmy zawsze razem. Co dzień jemy wspólną kolację, a w każdy weekend spotykamy się na asado z pozostałą częścią rodziny.

***

– Nie lubię tego miasta. I to nie dlatego, że parę tygodni temu napadli na mnie na Boce. Zresztą to ciekawa historia. Mieszkam tu już prawie rok, a nigdy nie byłem w tej dzielnicy. Ponoć jedna z najładniejszych w mieście. Za dnia nie miałem czasu, więc poszedłem o 19. Siedziałem sobie spokojnie nad rzeką przy samym Caminito, a więc w ścisłym centrum i pisałem pamiętnik. Nagle widzę kątem oka, że jakieś kilkadziesiąt metrów ode mnie wzdłuż promenady idzie dwóch motocyklistów. Musieli dopiero podjechać, bo nieśli kaski w ręku. Nawet wydało mi się trochę dziwne, ale nic to, myślę sobie. Chwila moment i nie wiedzieć kiedy z kasków wyciągnęli spluwy jak z Mission Impossible. W ciągu dwóch sekund miałem dwa pistolety przystawione do obu skroni. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak zimna może być stal w ciepły letni wieczór. Nie miałem wiele. Jakiś stary aparat, portfel, dokumenty. Największy chuj, że wraz z plecakiem zabrali mój pamiętnik. Ale to nie dlatego nie lubię tego miasta. Nie lubiłem go już wcześniej. Ono dusi ludzkość i naturę. Niestety muszę tu mieszkać jeszcze przez jakiś czas. Kto wie, może to ma być jakaś miejska lekcja życia dla mnie.

***

– Mam 68 lat, a wciąż tańczę tango. Tańczyć tango na ulicy to nie wstyd. Mógłbym żyć z pokaźnej renty, ale to miasto nadal żyje tangiem. Może już nie tak jak kiedyś, ale wciąż. Młodzi ludzie garną się, żeby się uczyć. Wybierzcie się kiedyś na „peñę”. Albo na „milongę”. Miejscowe kluby, gdzie śpiewa się i tańczy pękają w szwach niemal każdego dnia. Ale przychodzą nie tylko miejscowi. Przyjeżdżają tysiące obcokrajowców z całego świata, żeby się uczyć. Zgadza się, tak jak Wasza znajoma z Niemiec. Chociaż nikt nie tańczy tanga tak jak prawdziwy „porteño”. Faktycznie mieliście szczęście w tym El Chalten, że poznaliście prawdziwego „porteño”, który wie, jak się tańczy. A kobiety! Chłopcze, żadna kobieta na świecie nie może się równać z prawdziwą „porteñą”. I to nie tylko w tańcu.

***

– Zapraszam na zupkę! Pewnie nigdy byś nie pomyślał, że w centrum Recolety spotkasz dwóch bezdomnych mieszkających w korzeniach drzewa, co? Widzisz, jak tu się gotuje. Nie stresuj się, nic mu nie będzie. To niezwykle twarde drewno, palimy tu ogień od dawna, a płomienie i tak się nie imają korzeni. Mamy to przećwiczone. My nie jesteśmy zwykli „cartoneros”. Jasne, że zbierało się karton w swoich czasach. Ale teraz zarobi się czasem to tu to tam. Źle nam nie jest. To drzewo jest nasze. Prawda, że pyszna zupka? Kurczak pierwszej świeżości, przysięgam. A warzywa sam widzisz. My byle czego nie jemy, przynajmniej nie teraz. W końcu mieszkamy na Recolecie, ha! Zrzucisz się z nami na zioło? Za 70 zł kupujemy 25 gram. Za dużo? W Argentynie mniejszej ilości nie kupisz w żadnym mieście. Kostka 25 gram to absolutne minimum. A, tam to nie idź. Tam jest Villa 31. Nie żadna willa, tylko villa – wymawiaj „wizia treinta i uno”, jesteśmy w Argentynie! Jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na kontynencie. Opowiadali Ci znajomi? Znają kogoś stamtąd? To dobrze, dobrze jest znać ludzi z wewnątrz. To wszystko prawda. Kiedyś koleś zaczął do mnie strzelać, gdy szedłem torami, które oddzielają villę 31 od Retiro. Wiem, że to samo centrum. Ale to jest właśnie nasze miasto. Wiesz, że właśnie z takiej villi pochodzi Carloz Tevez? A oni się dziwią, że robi czasem jakieś burdy w Manchesterze. Mają szczęście, że jeszcze nikogo nie zastrzelił! Tevez mógłby być bogiem, gdyby chciał. Tak jak Diego. Zresztą pewnie jeszcze będzie, gdy wróci grać do Naszej ligi.

Pokazy uliczne

Pokazy uliczne

***

– Dla artystów możliwości są tu wręcz nieograniczone. Codziennie wieczorem w samym Palermo jest kilkanaście miejsc, gdzie możesz posłuchać muzyki na żywo. No i są też „peñe”, tak jak tutaj. Masz rację, to trochę jak karaoke, ale na zdecydowanie wyższym poziomie. To jest „peña” folklorystyczna, więc śpiewają chacarery i inne oberki, czyli tak jak lubicie, ale są i „peñe” jazzowe, soulowe, rockowe i co tylko chcesz. Nic dziwnego, że wczoraj widzieliście jakiś wypasiony wschodzący zespół reggae z Wenezueli w centrum miasta na ulicy. Mówisz, że dobrzy byli? Na pewno przyjechali tu po swoją życiową szansę. Kto wie, może i im się uda. Uwielbiam to miasto. W Palermo i na Recolecie jest bezpiecznie nawet w środku nocy, a tu możesz iść do włoskiej restauracji nawet o 3 nad ranem. Uczę się śpiewać, tu możecie posłuchać moich piosenek, może Wam się spodobają. Nie mogłabym żyć nigdzie indziej. Chciałabym pomieszkać rok czy dwa w Paryżu bądź Barcelonie, ale później i tak zamierzam tu wrócić. Kocham to miasto.

************

Europejskie w najlepszym tego słowa znaczeniu, latynoskie w swoim roztrzepaniu i artystycznym chaosie, wielkomiejskie jak rzadko które, choć nigdy nie okazało się przytłaczające jak typowa metropolia. Brukowane uliczki San Telmo, sześciopasmowe aleje przecinające centrum, pięknie starzejące się kamienice, ale także betonowe protezy brzydoty, zielone parki Palermo i zwarte szpalery drzew dające miastu oddech na każdym kroku.

Buenos jest piękne. I tak jak nie lubimy miast, tak Buenos Aires jest z pewnością jednym z najciekawszych, jakie poznaliśmy i najładniejszych, jakie widzieliśmy. Ponadto kilku przyjaciół, jakich tutaj spotkaliśmy, sprawiło, że czuliśmy się jak w domu i co więcej żyliśmy jak w rodzinnym kręgu, którego tak bardzo brakuje podczas podróży.

Wyjątkowa atmosfera wciągnęła nas tu niemal na trzy tygodnie, a niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że o mało nie zostaliśmy tu na duuużo dłużej.

*****************

Fer, Dolores, Martin, Sebastián, Iñaki, Agus, Zara, Simón y Salvador muchas gracias por su apertura, la hospitalidad y por habernos acogido en su familia. Todo nuestro cariño!

Marcin, wielkie dzięki za wielkie serce, pomoc i polskość w najlepszym wydaniu na drugim końcu świata! Buena onda!

.

Więcej Buenos w obiektywie:

Buenos Aires, Argentyna

.

A na koniec coś w duchu tanga, które przyjechało za nami stopem aż z El Chalten:

.

.

Szczęki

Ciszę i radość z obserwowania orek patrolujących przybrzeżne wody zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas zakłócały jedynie komunikaty wydawane przez zakapturzoną kobietę do krótkofalówki.

Podejdę bliżej i posłucham, co tam się nadaje.

– Antu wpływa do zatoki. Zdaje się,  że Maga z trójką młodych przygotowują się do ataku w kanale brzegowym. J.C. trzyma się na razie z dala i patroluje wody w drugiej linii. Włącznie z Antu jest ich zatem już 9.

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo "naszego" jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

Dziesięciometrowa ośmiotonowa ciężarówka, czyli mniej więcej wielkości małego TIRa albo „naszego” jachtu, na którym przemierzaliśmy Pacyfik. Tu przygotowuje się do ataku

– Dziewięć orek? Myślałem, że co najwyżej 4-5 – zagaiłem, udając, że kumam bazę.

– Nie, nie, dziewięć. Pływają w dwóch grupach i J.C. osobno, ale myślę, że jeszcze ze dwie czy trzy powinny dziś przypłynąć. Macie szczęście. Kwiecień to najlepsza pora na obserwowanie orek. W tym miesiącu są tu prawie codziennie.

– Tak słyszeliśmy. A ten J.C. czemu pływa osobno?

– To dominujący samiec. Nigdy nie poluje. Pilnuje tylko terenu.

W tym momencie J.C. ostentacyjnie wystawił swoją płetwę grzbietową wielkości deski surfingowej nad wodę i buńczucznie parsknął, tworząc widowiskową fontannę.

– Ale co to za imię J.C? Niczym z amerykańskiego filmu.

– Nazywa się Juan Carlos?

– Jak król Hiszpanii?

– Hiszpanii? Zwariowałeś? Lepiej nie powtarzaj tego głośno. J.C. to imię po pierwszym argentyńskim badaczu orek.

– A Ty? Pracujesz tutaj?

– Tak jakby.

– Od dawna?

– Trochę. Będzie z piętnaście lat. Ale niestety nikt mi za to nie płaci – roześmiała się.

Popatrzyłem z ukosa, próbując dostrzec, co kryje się za ciemnymi okularami, rosyjską czapą i kołnierzem zasłaniającym pół twarzy.

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

Gdy przychodzi przypływ pełne strachu lwy morskie wylegają na brzeg, by przeczekać ataki orek. Jedynie niektóre maluchy nie nauczyły się jeszcze tej najważniejszej lekcji życia

– Zaraz, zaraz. Czy ja nie widziałem Cię w telewizji?

– Być może – odparła z uśmiechem, zdejmując okulary i czapę, spod której wypadł półmetrowy blond warkocz.

– Tak, Tak – teraz byłem już pewien. – Widziałem Cię w National Geographic. To w programach z Twoim udziałem po raz pierwszy usłyszeliśmy o Półwyspie Valdez! Gdyby nie Ty, pewnie by nas tu teraz nie było.

No i się zaczęło.

Ingrid Visser o orkach wie prawie wszystko. Co jedzą, jak szybko pływają, ile ważą, jak długo żyją. Wszystkie orki Półwyspu Valdez zna z imienia i rozpoznaje z kilkuset metrów po kształcie płetwy i ubarwieniu. Przez resztę poranka obserwowaliśmy te niesamowite zwierzęta i podpatrywaliśmy Ingrid przy pracy.

– Orki żyją do 80 lat. Ale tylko na wolności. W oceanariach około 10.

– To tak jak delfiny. Jakiś czas temu oglądaliśmy niesamowity dokument – Zatokę delfinów. Zdaje się, że to podobna sprawa.

– Dokładnie. Właśnie teraz walczymy o uwolnienie pewnej orki, całkiem niedawno schwytanej u wybrzeży Holandii. Wyłowiono ją, żeby jej pomóc, ale szybko zainteresowały się nią oceanaria i teraz ciężko będzie ją uratować.

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Czciciele słońca udowadniają, że Półwysep Valdez to nie tylko orki i lwy morskie

Ingrid opowiadała, a tuż obok orki szalały przy brzegu, grając na nosie fotografom z połowy świata, czekającym kilkaset metrów dalej na zdjęcia do tegorocznego World Press Photo.

– Nie ma się z czego śmiać. Oni koczują tu już od ponad tygodnia, a dziś już dwa razy biegali w tą i z powrotem po 3 kilometry wzdłuż plaży z kilkunastoma kilogramami sprzętu, gdy orki wybrały sobie sąsiednią zatokę na ataki.

Orki uwielbiają Półwysep Valdez. Przypływają co roku, aby polować tu na młode lwy morskie. Patrolują płytkie wody w oczekiwaniu na przypływ i w momencie, gdy jest wystarczająco dużo wody, chwytają lwy morskie z samej plaży. Lwów morskich jest tu z kolei zatrzęsienie i po narodzinach nowego miotu na początku roku, wszystkie one uczą się pływać i polować poprzez zabawę na płyciznach.

To właśnie to miejsce obrały sobie superinteligentne orki na łowy. Chwila nieuwagi ze strony młodych i wraz z kolejną nadchodzącą falą, orka chwyta w zęby młodą fokę.

– Patrz! – rzuciła Ingrid w momencie, gdy świeżo schwytany lew morski z impetem wyleciał w powietrze, wyrzucony przez jedną z orek. – Mówimy na to „szczeniakowy tenis”.

Po schwytaniu zdobyczy orka wypływa na głębsze wody, po czym wyrzuca ofiarę wysoko w powietrze. Maluch lata w prawo i w lewo, a orki chwytają go kolejno, nurkują i ponownie wyrzucają go w powietrze.

– Szczeniakowy tenis ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze teraz to młode orki uczą się polować. Maga upolowała lwiątko i rzuciła je swoim dzieciom do zabawy. One doskonalą w ten sposób sztukę polowania i jednocześnie przygotowują posiłek. I to jest właśnie ta druga sprawa. Orki są wyjątkowo inteligentne i jednocześnie wybredne. Nie chcą jeść włochatego lwa morskiego. Rzucając małym jak szmatą, przygotowują go także do obdarcia ze skóry. Zjedzą samo mięso, a skóra i resztki zostaną dla padlinożerców.

– Ale widzę, że młode orki muszą się jeszcze sporo uczyć – powiedziała Paula, gdy młody lew morski jakimś cudem wydostał się z oblężenia orek i z prędkością błyskawicy pomknął w stronę plaży. – Wygląda całkiem do rzeczy, zważywszy na to, co przeżył.

– To prawda, biegnie żwawo, ale ma przed sobą zaledwie kilka godzin życia. Z pewnością ma połamane żebra, strzaskaną wątrobę i inne organy wewnętrzne. Teraz przy życiu trzyma go jedynie adrenalina.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panią? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane.

Ingrid miała rację. Następnego ranka ciało lwiątka rozrywały już na strzępy petrele i carancho – patagońskie sępy. Przez kolejne dwa dni przyjeżdżaliśmy na plażę Punta Norte. Najciekawsze w oglądaniu tych zwierząt na Półwyspie Valdez była jednak rozmowa z Ingrid Visser. Nowozelandzka badaczka rok dzieli na pobyty w Argentynie, Papui-Nowej Gwinei, Nowej Zelandii i na Antarktydzie.

Z cierpliwością św. Franciszka odpowiada wciąż na te same pytania zaciekawionych turystów. A ile jedzą, jak długo żyją, gdzie są, gdy ich nie ma? Pasja Ingrid do badania tych zwierząt jest bezgraniczna.

.

A że Półwysep Valdez to nie tylko orki, ale także mnogość guanako, pingwinów Magellana, słoni morskich, pancerników czy lwów morskich z łatwością można przekonać się, wchodząc do najnowszej galerii z Argentyny, gdzie prawie wszystkie można obejrzeć z bliska.

.

Półwysep Valdez, Patagonia, Argentyna

.