Monthly Archives: Kwiecień 2012

W sidłach

Krajem co kilka lat wstrząsa kryzys finansowy, doprowadzający państwo niemal do bankructwa. Obywateli z dnia na dzień zaskakują podwyżki o 100 czy 200%. Kobieta wybrana na prezydenta w świetle jupiterów kradnie miliony dolarów z kieszeni podatników i w ciągu jednej kadencji zwiększa swój majątek ponad tysiąckrotnie. A następnie wygrywa wybory i zostaje wybrana na drugą kadencję, deklasując politycznych rywali. To jest właśnie Argentyna.

Argentyna była kiedyś potęgą. Eksportowała surowce, zaopatrywała ćwierć świata w żywność i była dziesiątą gospodarką świata. Do dziś zresztą należy do G20, co w obecnej sytuacji jest już tylko śmieszne.

Na łasce mafii

Obecnie krajem rządzą syndykaty biznesowe. Syndykat producentów soi, firm transportowych, producentów yerba mate, właścicieli autobusów.

Policja jest tak skorumpowana i wszechwładna, że może okradać obywateli w białych rękawiczkach. Do domu naszego znajomego włamali się przestępcy. Ukradli dwa rowery, laptopa, ipody i mnóstwo elektroniki. Mieli pecha, bo tej nocy nie poprzestali na jednym napadzie, a sąsiedni dom zatrudniał prywatną ochronę. Wpadli. Przyjechała policja, zawinęła kolesi i skradzione rzeczy jako dowód przestępstwa. I co okazało się następnego dnia rano? Na komisariacie połowa fantów „zaginęła”, a policja niedwuznacznie daje do zrozumienia, że lepiej za bardzo nie doszukiwać się brakujących kosztowności, bo przecież „wszyscy wiemy, gdzie kto mieszka, ponieważ policja strzeże bezpieczeństwa obywateli”.

Cristina Kirchner jest urzędującym prezydentem od 5 lat. Za jej kadencji trwa największy projekt asfaltyzacji dróg w Patagonii oraz modernizacji tras ekspresowych w całym kraju. Tysiące kilometrów i miliardy dolarów. Kto buduje Rutę 40 i połowę innych tras w tym kraju? Prywatna firma pani prezydent. Rządowa lewa ręka daje, prywatna prawa chowa do kieszeni. Czy kogoś to bulwersuje?

Na pewno nie Argentyńczyków. Oni mają swoje igrzyska. Rząd wykupił prawa do transmisji ligi argentyńskiej, którą żyje cały kraj i pokazuje wszystkie mecze, 24 godziny na dobę w ogólnodostępnym kanale pod hasłem „Futbol para todos” – futbol dla wszystkich. W Buenos Aires, skupiającym ok. 1/3 populacji tego 40-milionowego kraju jest także kino pod hasłem „Cine para todos” z biletami za pół darmo, a raz na jakiś czas kraj objeżdżają ciężarówki z dotowanym mięsem, również „dla wszystkich”.

Co nasze to nasze

Wodę z mózgu w Argentynie, pięknie robi się też Malwinami. W całym kraju nie ma chyba miasta, gdzie nie byłoby pomnika poświęconego wojnie o Malwiny i wszechobecnych instytucji domagających się odebrania Brytyjczykom Falklandów. Lud zjednoczony wokół wspólnej sprawy łatwiej przymyka oko na skandale korupcyjne zapełniające dalsze strony gazet.

Ostatnio Argentyna przebiła się nawet do polskich nagłówków prasowych. Chodzi oczywiście o nacjonalizację YPF, czyli lokalnego giganta paliwowego, który w ramach prywatyzacji lat 90. sprzedany został hiszpańskiemu Repsolowi. Dzika prywatyzacja z czasów prezydenta Menema to jeszcze większe skandale finansowe niż obecnie. Szwajcarskie konta argentyńskich polityków puchły od milionów dolarów, a strategiczne sektory wypływały w obce ręce. Na ironię zakrawa fakt, że Cristina Kirchner sama głosowała za sprzedażą YPF Hiszpanom przed kilkunastoma laty, gdy zasiadała w parlamencie.

Robimy pranie! Pranie mózgu

Robimy pranie! Pranie mózgu

A jeśli chodzi o YPF, to naprawdę trudno dziwić się argentyńskiej opinii publicznej w 80 albo i 100% procentach popierającej nacjonalizację YPF. Argentyna siedzi na jednych z największych rezerw ropy w obu Amerykach, a co roku wydaje 10 mld USD na import tego surowca.

Inflacja, której nie ma

Jak w tym wszystkim odnajdują się Argentyńczycy? Żyją. Piją mate, chodzą do pracy, jeżdżą na plażę do Urugwaju.

Oszczędzanie nie istnieje, a system bankowy jest kpiną. Banki nie przyznają kredytów, a wszystko, włącznie z mieszkaniami trzeba kupować za gotówkę. Tylko jak kupić mieszkanie w Buenos Aires za 100 czy 200 tys. dolarów gotówką?

Oczywiście tylko za dolary, bo to jedyna stabilna tutaj waluta. Inflacja wynosi przynajmniej 30%, ale to tylko szacunki. Rząd na arenie międzynarodowej zaniża inflację, jak może, a prawdy nie jest w stanie ustalić nawet The Economist, który od niedawna w ogóle postanowił nie publikować informacji na temat inflacji w Argentynie.

Powiedzcie kochani, czego Wam jeszcze brakuje w tym kraju mlekiem, miodem i złodziejami płynącym??

Powiedzcie kochani, czego Wam jeszcze brakuje w tym kraju mlekiem, miodem i złodziejami płynącym??

Aby nie drażnić zbytnio obywateli i utrudnić spekulację, wzrost cen odbywa się skokowo i nierównomiernie. Nie wiem czy ze względu na zmowę syndykatów czy też z powodu jakiś innych trudnych do określenia przyczyn, ale ceny poszczególnych produktów rosną niezależnie od siebie raz na kilkanaście miesięcy. Przykładowo tydzień temu kluczowa do życia w Argentynie yerba mate podrożała z 6-10 peso do 15-25 peso za kilogram.

Tymczasem od kilku tygodni pani prezydent zaklejała niemal całą stolicę plakatami zachęcającymi do spotkania z nią na stadionie jednej z najważniejszych drużyn piłkarskich. „Spotkajmy się i powiedzcie mi, czego jeszcze Wam brakuje w naszym kraju”. Czego brakuje, chciałoby się zapytać? Zacznijmy może od brakujących miliardów dolarów publicznych pieniędzy.

.

Reklamy

Viva mañana!

Wiecie co? Chętnie pisalibyśmy na blogu bardzo dużo. Ale codziennie zajmuje nas tyle rzeczy, że ciężko znaleźć chwilę, żeby coś dla Was naskrobać.

Ostatnie półtora tygodnia przesiedzieliśmy w delcie Parany w takich okolicznościach, że można by o tym napisać książkę, a nie wpis. Ale wczoraj udało nam się wreszcie opuścić to zaczarowane miejsce. Chcemy w końcu zacząć się ruszać na północ, w kierunku mokradeł Estero de Ibera i Iguazu – największego wodospadu na świecie. Ponoć oba miejsca magiczne.

Mieszkańcy delty budują ekodomy. Tu ściana frontowa jednego z domów zbudowana z gliny, piasku oraz siana o konstrukcji wzmocnionej butelkami.

Mieszkańcy delty budują ekodomy. Tu ściana frontowa jednego z domów zbudowana z gliny, piasku oraz siana o konstrukcji wzmocnionej butelkami.

Ale wczoraj wróciliśmy do Buenos i okazuje się, że znowu tu utkniemy. Przynajmniej na kilka dni, a kto wie czy nie na dłużej, bo poszukują statystów i statystek o europejskim wyglądzie do jakiegoś peruwiańskiego filmu kręconego w Buenos…

A dlaczego w ogóle do Was piszemy, skoro znowu nie mamy nic konkretnego do powiedzenia? A no dlatego, żeby Wam się nie nudziło.

Już dawno o tym myśleliśmy, bo muzyka i generalnie kultura Ameryki jest tak fascynująca (w szczególności w porównaniu do zazwyczaj kiczowatej, megaogłośnej i tandetnej muzycznie Azji), że kiedyś poświęcimy tej tematyce oddzielne kilka słów.

A póki co polskiej publiczności (prawdopodobnie premierowo) prezentujemy Evę Ayllon – niesamowitą i jedną z najbardziej znanych na kontynencie artystek muzyki afroperuwiańskiej. A więc „Wyciągnij ręce! Wyciągnij stopy! Wyciągnij głowę, jeśli nie chcesz jej stracić!”:

.

.

Trzy kolory: Niebieski

Niedawno stuknęło nam kolejne pół roku w drodze, więc dziś nieco taniego sentymentu i uchylenie rąbka tajemnicy z życia za kulisami podróży dookoła świata.

Czy nie nudzą nas te piękne miejsca? Czy wciąż robią na nas wrażenie cuda świata, które spotykamy na swojej drodze? Czy emocje z nimi związane nie rozwadniają się w natłoku wrażeń? Jak znaleźć w sobie motywację, by wciąż podróżować z pasją?

Faktycznie trzeba przyznać, że natłok wrażeń potrafi przytłoczyć. W długiej podróży niewątpliwie zmniejsza się tolerancja na piękno i niezwykłe miejsca. Ale co zauważyliśmy już dawno, wówczas ludzie wychodzą na pierwszy plan, a ten czynnik prawie w ogóle się nie dewaluuje. A podróżując tak jak my to robimy, często na stopa, włócząc się po przypadkowych miejscach, nierzadko zostając gdzieś nieco dłużej, od czasu do czasu na CouchSurfingu, na swojej drodze spotykamy tak wielu niezwykłych ludzi, że to zawsze robi wrażenie.

Czasem aż dziw bierze, jakie ludzie obierają sobie drogi życiowe. Kilka dni temu jechaliśmy z 19-letnim (!!!) Niemcem, który po odbyciu służby wojskowej, przed decyzją o studiach ruszył w świat, zamieszkał przez pół roku w kibucu w Izraelu, a ostatnio już od kilku miesięcy pracuje w Patagonii jako poganiacz koni w wielkiej posiadłości ziemskiej dla turystów u podnóża Andów. I zostanie tam jeszcze pewnie z pół roku. Kilka dni później wracając z podpatrywania orek na Półwyspie Valdez poznaliśmy dziewczynę, skądinąd też Niemkę, która zajmuje się projektowaniem oświetlenia w teatrach, a raz na jakiś czas wypada w świat na miesiąc czy dwa. Czy ktoś w ogóle słyszał o projektowaniu oświetlenia dla teatrów??

Na kilkakrotnie wywoływanym już Półwyspie Valdes poznaliśmy Ingrid Visser, której życie i pasja do badania orek tak nas zafascynowała, że musimy jeszcze o niej napisać w oddzielnym wpisie.

Pędzenie od atrakcji do atrakcji wyszło nam bokami już w drugim miesiącu podróży, czyli gdzieś w Nepalu. W Azji mocno pchała nas jeszcze do przodu odmienność kulturowa i całkowite zaskoczenia, z którymi spotykaliśmy się średnio co kilka dni. Ale wkrótce zaczęliśmy podróżować dużo wolniej i choć nadal przemieszczając się w zasadzie w kierunku mniejszych bądź większych atrakcji turystycznych, to jednak nie one stały się osią podróży, a właśnie to co pomiędzy nimi. Dziś w naszych historiach i pamięci, to te niecodzienne przeżycia powracają najczęściej, a nie tajskie świątynie, wulkany Indonezji czy fiordy Nowej Zelandii.

Ale oczywiście ani żadne cuda natury, ani ludzie, ani w ogóle nic innego nie jest w stanie sprawić, byśmy nie tęsknili za krajem, rodziną i znajomymi. Oczywiście, że mamy ochotę wrócić i niemal co drugi dzień rozmawiamy o tym, jak fajnie byłoby usiąść na kanapie u rodziców, zjeść ciasto czy napić się piwka z braćmi przy meczyku. Odwiedzić znajomych, spotkać się z kumplem i porozmawiać o imponderabiliach.

Kilka dni temu w podróży zastały nas już trzecie duże święta z rzędu. Tym razem były one o tyle wyjątkowe, że nie było w ogóle wyjątkowo, a wielkanocny poranek spędziliśmy na stacji benzynowej, przemierzając bezkresną Argentynę.

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Odcienie backpackera, czyli w moim odczuciu tyłopakowacza. Gorzkie, ale często prawdziwe

Pedały w drogę

Fajnie się podróżuje, to fakt. Ale kto podróżował po świecie więcej niż 2-3 miesiące non-stop, wie, że raz na jakiś czas w podróży dobre są zmiany. Po niemal roku spędzonym w Azji jak świeża morska bryza podziałał na nas 4-miesięczny rejs po Pacyfiku. Następnie równie ciekawą odmianą był własny dom na kółkach w Nowej Zelandii przez dwa miesiące.

Ostatnio w Ameryce Południowej przez ponad 2 miesiące poruszaliśmy się stopem i fajnie było odświeżyć autostopowe emocje z Tajlandii, Laosu czy Malezji. Ale stop potrafi męczyć. Trzeba przyznać, że w większości samochodowych rozmów nie wychodzi się poza utarty schemat podróżniczo-rodzinny.

Przez jakiś czas w Patagonii na poważnie rozważaliśmy kupno koni. Jednocześnie w tejże Patagonii napatrzyliśmy się na prawdziwych hardkorowców pedałujących przy huraganowym wietrze, w deszczu czy mrozie i początkowo trochę pukaliśmy się w głowę. Ale wkrótce pomysł mocno dojrzał i postanowiliśmy, że z Buenos Aires, ewentualnie Paragwaju wyruszymy na dwóch kółkach aż do Kolumbii.

Więc miało być dosyć tej gejowizny i miała zacząć się Nowa Era. Era Pedałów. I pewnie na dobre już by się zaczęła, gdybyśmy nie postanowili zamieszkać przez jakiś czas w delcie Parany. Zatem kilka tygodni przygotowań i rozmyślania na temat rowerowej eskapady odkładamy na półkę, bo ostatnio nakręciliśmy się bardzo na pobyty stacjonarne. Już nie możemy doczekać się rozstania z cywilizowaną Ameryką Południową i poznawania życia na wyżynach Boliwii czy w kotlinach Peru.

Mieć czy być

Odkąd Fromm zastanawiał się nad jednym z najważniejszych pytań dotyczących naszej egzystencji, niewiele się zmieniło. Podróż przez skrajności poszczególnych kontynentów pozwala czasem spojrzeć na te rzeczy z dystansu. Cztery miesiące na Pacyfiku wśród roześmianych dzieciaków bawiących się w wioskach i ludzi, którzy często nie posiadali nic więcej niż podarta koszulka na plecach dało nam do myślenia, gdy dotarliśmy do Auckland i innych dużych miast.

Szczególnie szokujące wrażenie zrobiła na nas Ushuaia owiana sławą miasta na końcu świata. W centrach handlowych tłumy biegają w poszukiwaniu rzeczy, których nie potrzebują. Ze sklepowych wystaw wylewają się przedmioty, nie warte nawet ćwierci swej ceny. Ktoś pędzi z nowym płaszczem niemal w tym samym kolorze, co przed rokiem. Automat muzyczny drze się wniebogłosy. Na najwyższym piętrze rozwrzeszczane dzieciaki wciągają hamburgery i walą krzesłem o podłogę.

Kilka lat temu Francuska ZAZ śpiewała „Chcę miłości, radości i dobrego humoru. To nie pieniądze uczynią mnie szczęśliwą. Zostaw swoje uprzedzenia i chodźmy razem poszukać wolności”. Czy się z nią zgadzamy? Chyba jeszcze nie jesteśmy pewni. Ale nadal szukamy.

Czy ja to ja?

Niby to jasne jak dwa razy dwa. Ale jakiś czas temu włączam komputer, aktualizuje się Picasa i co widzę? Genialny Google pokazuje nam 800-900 zdjęć i pyta czy my to my. Jak on rozpoznał tego kolesia? Do normalnego życia wrócić będzie pewnie wyjątkowo ciężko. Bo tak jak zmienił się na przykład mój wygląd, równie bardzo zmieniła się zapewne nasza psychika.

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

18 miesięcy w podróży, czyli jak mawia Stefan Friedman "za udział wzięli" (m.in.): Leszczu, Johny Bravo, Mokra Włoszka, Leo w rocznicę Titanika, Jesus Christ Superstar, Robinson i Pajac. Jak Picasa w ogóle rozpoznał tych kolesi??

Pamiętacie jeszcze Fernanda? Gdy podróżowaliśmy z nim przez Patagonię niemal tydzień, ni z tego ni z owego zaskoczył nas takim pytaniem:

– Gdybyście jednym zdaniem mieli podsumować waszą półtoraroczną podróż, to co by to było?

– Najlepsza decyzja w naszym życiu – wypaliłem na szybko.

– Podróż uczyniła nas wolnymi – odparła bez zastanowienia Najlepsza z Żon.

I aż mnie zatkało. Bo wtedy to do mnie dotarło. Rozmowa ta miała miejsce już niemal półtora miesiąca temu, ale genialne zdanie mojej żony co dzień dzwoni mi w uszach.

.

I jak co pół roku, filmik:
.

.

tuż tuż

Juz od wielu dni na tej stronie probujemy zamiescic wpis podsumowujacy poltora roku w drodze. Probujemy, probujemy, ale najpierw musimy go napisac. A nieustannie przeszakadzaja nam w tym czynniki zewnetrzne.

Przykladowo dwa dni temu zamieszkalismy na Couchsurfie w Buenos Aires z pewnym Polakiem, zyjacym w Ameryce Poludniowej juz 6 lat w ciaglej podrozy. Przegadalismy caly dzien, pol nocy, a gdy spalismy, nie obudzila nas nawet argentynska policja, ktora przyszla do mieszkania nad ranem zakonczyc awanture i wyrzucic jednego z lokatorow.

A dlaczego nas nie obudzila? Prawdopodobnie dlatego, ze poprzedniego dnia dotarlismy do Buenos Aires z prowincji Rio Negro z pewnym TIRowcem. Jak sie okazuje niewatpliwym kokainistą, bo przejechalismy z nim na stopa 1000 km w 20 godzin non-stop wylacznie pijac mate i przerwy na „siku”.

O tym ze w Wielka Sobote ogladalismy, jak orki wyrywaly z plazy mlode lwy morskie przy komentarzu Ingrid Vissen, ktora spotkalismy na plazy, a Niedziele rozpoczelismy w namiocie na stacji benzynowej YPF mowilem juz na fejsie, prawda?

Myslalem, ze uda sie dzisiaj, ale jest juz czwarta nad ranem, a o 7 wyjezdzamy do delty Parany, gdzie pewien znajomy mieszka na wyspie bez elektrycznosci wsrod setek odnog rzeki, gdzie mozna dostac sie wylacznie kajakiem. Wiec pewnie zostaniemy tam przez kilka dni.

A to zebyscie sie nie nudzili

.

.

Serce tańczy

Nie tak miało być. W zasadzie w ogóle miało nas tu nie być. Już dwa tygodnie temu mieliśmy obserwować orki i słonie morskie na Półwyspie Valdez. Ale wystarczyła minuta i los znów zagrał nam na nosie. Czy my w ogóle opuścimy kiedyś Patagonię?

A zaczęło się od tego, że zasnęliśmy na podłodze w barze. I była to piękna noc. A następnego dnia zasnęliśmy tu znowu. I jeszcze raz. I jeszcze.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Strudzony wagabunda zmierza w kierunku Południowego Lądolodu Patagońskiego. I dobrze Ci radzę, zgugluj sobie to hasło, bo jest zbyt imponujące, żeby o nim pisać.

Ale to był wyjątkowy czas. Miesiąc temu w El Chalten spotkaliśmy przemiłego Couchsurfera tak bardzo chcącego pomagać innym podróżnikom, że przyjmuje gości nawet, gdy nie ma ich gdzie ugościć. Więc spaliśmy po godzinach w barze, który funkcjonuje tylko kilka dni w tygodniu. A El Chalten zaszło nam za skórę. Początkowo wydawało nam się, że to dlatego, że przyjechaliśmy tu z Fernandem i poznaliśmy to miejsce jego oczami.

I gdy wracaliśmy z południowych krańców kontynentu, nieco zdegustowani marketingową sieczką „Końca Świata” w Ushuaii oraz „zaledwie ładnego” Torres del Paine, nasze kroki kierowaliśmy 2000 km wprost na północ. I pewnie wylądowalibyśmy w Puerto Madryn i na Półwyspie Valdez ze dwa czy trzy dni później. Ale jeżdżąc stopem takich rzeczy się nie zaplanuje.

Zresztą realnie rzecz biorąc, w 40-milionowym kraju wielkości Indii, jakie są szanse złapania na stopa kogoś z miejscowości liczącej 2 tys. mieszkańców? I to dwa razy w przeciągu miesiąca! Więc z Rio Gallegos pojechaliśmy ponownie do Esperanzy, tym razem mając nadzieję, że dotarłszy do naszego El Chalten, zatrzemy nieco niesmak Ziemi Ognistej i Torres del Paine.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

A gdy czekasz na stopa na patagońskiej drodze więcej niż 6 godzin, zaczynają nad Tobą krążyć kondory. Normalnie jak sępy na starych westernach.

„Ale tylko na dwa, trzy dni”, mówiliśmy do siebie, porozumiewawczo machając łebkami niczym pluszowe psiaki spod samochodowej szyby. I minęło półtora tygodnia, a magia El Chalten za nic w świecie nie chciała nas wypuścić.

Zresztą nie tylko nas. Miesiąc temu podłogę w barze dzieliliśmy z pewną Amerykanką i Niemką. Jedna wyruszała nazajutrz na północ w kierunku Bariloche i dalej do Boliwii. Druga zbierała się wkrótce do Chile. Nie uprzedziwszy nikogo o niespodziewanym przyjeździe, maszerując do naszego baru, zastanawialiśmy, jak wygląda sytuacja niemal po sezonie, gdy nawet nasz CouchSurfingowy gospodarz, pracujący tu jedynie sezonowo, wrócił już do Buenos Aires. Czy manager baru nas jeszcze pamięta? Gdzie też włóczą się po świecie Elizabeth i Daniela?

I cóż się okazuje? Elizabeth mieszka w barze już od ponad miesiąca. Pod nieobecność pracowników sezonowych, ma nawet własny pokój, a weekendami serwuje drinki za barem. Dwa dni później, włócząc się po okolicy, spotkaliśmy Danielę. Zamieszkała z pewnym Argentyńczykiem, ale „teraz to już naprawdę zaraz wyjeżdża do Bariloche”. I tak kiwaliśmy sobie wszyscy główkami, jak samochodowe psiaki.

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Czasem trzeba wyjechać na drugi koniec świata, żeby nauczyć się polskiej kuchni

Prawy do lewego

I znów zamieszkaliśmy w barze. Dostaliśmy własny pokój, pomagaliśmy ogarnąć huragan po imprezach, zrobiliśmy nawet pierwsze w życiu pierogi.

Manager lokalu – Herman, z zamiłowania jest komunistą. W barze wiszą plakaty uśmiechniętego Che Guevary, a wszystko jest tu wspólne. Bar jest tak genialnie urządzony, że gdyby Herman chciał, zmiótłby konkurencję. Zresztą i on o tym doskonale wie. Ale nie chce. Impreza weekendowa jest tylko w piątki, bo „trzeba się dzielić weekendem z innymi lokalami”. Jeśli on otworzy, to inni nic nie zarobią. Właściciel lokalu chce zatrzymać Hermana za wszelką cenę, więc zgadza się na jego absurdalne warunki.

We wtorki nauka tanga. Herman uczy kilkunastu chętnych. Za darmo, „bo tango powinno być dla wszystkich”. A alkohol sprzedaje się po kosztach kupna, bo to nie jest „prawdziwa impreza”.

Kujawiak to nie wstyd

Kujawiak to nie wstyd

W środy nauka chacarery i innych tańców folklorystycznych. Ot, takie argentyńskie kujawiaki. Sala pełna. Średnia wieku – 22-25 lat. Tańce folklorystyczne tańczą tu prawie wszyscy. Chacareca, escondido, gato, co tylko chcesz. Młodzi chętnie przychodzą uczyć się chacarery, a na imprezie escondido tańczy się równie chętnie co Shakirę. Zresztą podobnie jak w Chile, gdzie narodową cuecę umieją tańczyć absolutnie wszyscy.

Parkiet płonie

Na jedną z imprez, ktoś przyszedł z psem. Otworzyły się drzwi i za właścicielem raźnym krokiem do lokalu wmaszerował typowy, przepiękny, złotowłosy, argentyński mieszaniec, wielkością jak zwykle bardziej przypominający konia niż psa. Zszokowanemu Kanadyjczykowi, z którym akurat rozmawiałem, oczy o mały włos nie wyszły z orbit. Zdegustowany stwierdził, że w Kanadzie czy USA to niemożliwe.

Raczej, że niemożliwe. Ale i to nie jest normalny bar. Niby gra muzyka. Ludzie przychodzą tańczyć. Sprzedaje się piwo i zionący lekarstwem uwielbiany przez Argentyńczyków fernet. Ale nagle leci tango. I w sekundzie za barem nie ma żywej duszy. Herman i Elizabeth wychodzą na  parkiet i już nie liczy się nic innego. Kolejka przy barze zawija się przy schodach, ale nikt nawet słowem nie piśnie, że na piwo czeka już 15 minut.

Cerro Torre - w naszym mniemaniu Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Cerro Torre - Góra gór. W zasadzie to ona była pierwszą i najważniejszą wymówką, by wrócić do El Chalten

Teraz jest uczta dla oczu. Gdy Herman sunie po parkiecie, parkiet płonie. On nie tańczy tanga. On jest muzyką. Stopami przestawia kroki partnerek, a subtelna erotyka spływa po tańczących kaskadą wrażeń.

Można by rzec, że „było mistrzów tanga wielu, ale żaden nie śmie tańczyć przy Jankielu”. On jest urodzony do tanga. Niepokojąco przystojny, z kilkudniowym zarostem, w powyciąganych koszulach. Możemy się nie zgadzać co do Che Guevary i dyskutować o Marksie i własności prywatnej, ale jeśli chodzi o tango, to można tylko patrzeć.

Gdy kiedyś znudzi nam się podróżowanie, kupimy Hermanowi bilet do Polski, zostanie instruktorem You Can Dance i głównym przystojniakiem w tivi, VivaNajpiękniejszym, a ja wezmę 20% jako impresario i zostanę milionerem.

Ewa Bem śpiewała kiedyś, „Wyszłam za mąż, zaraz wracam. Po angielsku wyszłam za mąż”. Mam wrażenie, że z nami i El Chalten będzie podobnie.

.

El Chalten, Argentyna

.

A wiecie, co jest najlepsze? Najlepsze jest to, że ten wpis miał być o tym, jak niesamowite jest El Chalten, jakie świetne trekingi można tu zrobić, jak wygląda Południowy Lądolód Patagoński z bliska i co czuje człowiek, czekając 7 godzin na stopa, w miejscu, gdzie kończy się droga. Ale to może innym razem…

.