Monthly Archives: Marzec 2012

Trzeci świat

Mój brat, skądinąd zupełnie przytomnie, spytał mnie ostatnio, co to za bieda, że odkąd jesteśmy w Ameryce, nie publikujemy prawie żadnych zdjęć ludzi. Czy nie ma tu ciekawych twarzy? Jakichś Indian? Nowa Zelandia jasne, tam nie spodziewał się Maorysów, ale Ameryka Południowa, Chile, Argentyna? A Ziemia Ognista? Tu przecież muszą być Indianie.

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

Nasz człowiek na końcu świata. Pierwszy znajomy w Ameryce i najlepsza wizytówka swojego kraju. A serce równie płomienne jak uśmiech

W Indonezji, Wietnamie, Birmie, a w szczególności na Wyspach Salomona i Vanuatu rozpuściliśmy Was nieco fotograficzną odmiennością kulturową. Trzeba pamiętać jednak, że globalna wioska pędzi do przodu i żadna zapomniana cywilizacja nie może zostać z tyłu. A przede wszystkim nie chce.

Prawdziwych Cyganów już nie ma

Nawet w kraju tak odmiennym kulturowo jak Vanuatu plemienna dzikość to raczej nostalgia niż rzeczywistość.

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

Na wyspie Tanna na Vanuatu tradycja tętni najmocniej, co wcale nie znaczy, że miejscowi w ręcznie dłubanych kanu nie wolą chodzić w szortach i koszulkach niż w spódniczkach z trawy

I choć z pewnością to najbardziej tradycyjna i pierwotna z kultur jakie odwiedziliśmy, gdzie chociażby wspaniały rytuał picia kavy to codzienność, to Indianie odziani w spódniczki z trawy i zasłaniający sobie penisy liśćmi bananowca rodem z Boso przez Świat Cejrowskiego to bujda na resorach.

Bo niby istnieje jedna czy dwie społeczności pielęgnujące tę tradycję na Wyspie Tana, ale naprawdę ciężko zważyć czy z ich strony to całkowita chęć odrzucenia cywilizacji czy też raczej intratny projekt biznesowy. Zresztą jak rozstrzygnąć tę kwestię, gdy pozwalają się oni filmować ekipom telewizyjnym, takim jak oddział Cejrowskiego, inkasując przy tym 10 000 zł za wejście z kamerą do ich wioski.

Doprawdy żywe zoo birmańskich długoszyich plemion Karen w Mae Hong Son w Tajlandii, pobierające bodajże opłatę 20 czy 30 zł za wejście do swojej wioski to przy Vanuatańczykach z Tany biznesowe przedszkole.

No ale skoro „dziś prawdziwych Indianów już nie ma”, to kto jest? W takim chociażby Chile i Argentynie.

Otóż w takim Chile i Argentynie jest świat w wielu miejscach przynajmniej o dwa kroki do przodu przed Polską i innymi demoludami.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

- Jak tam, Heniek? Niosą się kury? - Niosą, niosą, ale w tym roku całe żyto mi się położyło przez te deszcze.

Czy wiesz, że

Czy wiesz, że nauczyciel z kilkunastoletnim stażem w niewielkim mieście w Chile zarabia 700 tys. peso, czyli lekko licząc przynajmniej 5000 zł na rękę?

Czy wiesz, że kilo najtańszego sera w tym kraju kosztuje przynajmniej 35 zł, a pensja minimalna wynosząca 1200 zł ledwo starcza, by związać koniec z końcem?

Czy wiesz, że rząd Urugwaju zalegalizował niedawno domowe hodowle marihuany na własny użytek?

A wracając do marihuany czy wiesz, że rośnie ona w środkowym Chile i w niższych partiach gór w tym kraju? Niemal jak w Indiach i Nepalu. Także na dziko. A często, jako wciąż tutaj nielegalna, również poukrywana wśród krzewów winnych. Skądinąd, jak twierdzą zorientowani, jest równie dobra co w Laosie.

Kill Bill

Kill Bill

Czy wiesz, że wpisy o marihuanie bezapelacyjnie i nieprzerwanie są najpopularniejszymi wpisami na naszej stronie i żadne inne nie mogą się z nimi równać od ponad roku? Czyżby Prezes miał rację co do Internautów?

Czy wiesz, że układy cenowe w Chile i Argentynie są wyjątkowo nieprzewidywalne i w ogóle nie można ich porównywać do realiów europejskich? Przykładowo przy całej drożyźnie żywnościowej w Chile i Argentynie, działka budowlana w Puerto Varas w Chile, czyli bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo turystycznej miejscowości, takim miejscowym Kazimierzu nad Wisłą jest śmiesznie tania. Za 3 mln peso, czyli nieco ponad 20 tys. zł możesz kupić 5000 m2 nad samym jeziorem z widokiem na ośnieżony wulkan (tak, tak, dobrze kalkulujesz, jest to mniej więcej 4-5 miesięcy pracy przeciętnego nauczyciela).

W Patagońskim raju

A czy wiesz, że w Patagonii, gdzie po ostatnich Indianach słuch zaginął pewnie ze sto lat temu, finansowo życie jest przynajmniej dwa razy prostsze? Zarówno rząd Chile, jak i Argentyny za wszelką cenę stara się promować osadnictwo w tych pięknych, ale jednocześnie zimnych i niedostępnych rejonach. W prowincji Aysen na południu Chile wszyscy zatrudnieni w budżetówce zarabiają 180% pensji z Santiago.

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile

Grill dla 30-osobowej rodzinki, czyli witamy na zjeździe rodzinnym w Chile.

A na Ziemi Ognistej nie ma podatków. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie. Dodatkowo w Argentynie prawo zapewnia WSZYSTKIM zatrudnionym przynajmniej dwukrotne zarobki.

Esperar to po hiszpańsku czekać. Policjant w argentyńskiej Esperanzie zarabia 8000 peso argentyńskich miesięcznie czyli ok. 6000 zł na rękę. Esperanza liczy może ze 2 tys. osób i naprawdę jedyne co można robić, to czekać. Wydarzeniem sezonu są tu zazwyczaj wypadki z udziałem guanako, które 3-4 razy do roku wybiega na drogę i kończy rozmaślone na masce wypasionego pick-upa.

Witaj w domu

Ale pieniądze na bok. Czemu w ogóle zacząłem pisać ten wpis, a argentyńskie wino wciąż odciąga mnie od sedna? Ludzie.

Chile i Argentyna to zdecydowanie najbardziej podobne kraje do Polski, jakie odwiedziliśmy. Często bardziej rozwinięte, nieco droższe, może ludzie więcej zarabiają, ale cywilizacyjnie jesteśmy wyjątkowo podobni.

Studenci jak zwykle bez pieniędzy uwielbiają podróżować, a w szczególności chodzić po górach. W wakacje na Carreterze Austral atmosfera dzięki przyjezdnym z Santiago i Argentyny jest jak w pociągu do Włodawy. Nawet jeśli ich nie stać, to stopem, albo na rowerze wyjeżdżają na kilka tygodni do niedalekiej prowincji albo sąsiedniego kraju. W metropoliach pracownicy korporacji i lokalnych firm z niecierpliwością czekają na piątek, żeby na spokojnie napić się piwa i ewentualnie wyskoczyć nad morze do Villa del Mar albo Bahia Blanca. W lato grillowanie. Nazywają to tutaj asado, ale to przecież zwyczajny polski grill. Ale powiedz tylko jakiemuś Argentyńczykowi, że jadłeś świetne asado w Chile! Umarł w butach. W Chile? Przecież oni nic nie wiedzą o asado!

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

A bimber z jabłek się pędzi w drewutni. Kopie aż miło.

Na chilijskiej wsi podobieństwo jest tak uderzające, że gdyby przetransportować tu mojego dziadka, to zorientowałby się pewnie dopiero po kilku dniach. Mogą być strzeliste topole, mogą być i wierzby. Domy zupełnie identyczne.

Na podłogach linoleum albo skrzypiące deski, nad zlewem kalendarz z wyrywanymi kartkami i przepisami, których nikt nigdy nie użyje. Kredensy z czasów Pinocheta, niemal zupełnie jak od Gierka, których zdaje się tylko ideologiczne wahadło wychylone było w przeciwne strony. Nawet szklanki wewnątrz dzwonią w tym samym rytmie. Aż dziw, że wódki tu nie piją. Ale bimber pędzą. I to jaki! Z jabłek, gruszek, wiśni, czereśni i czego tylko chcesz.

Na ścianach święte obrazki, Jezus z promieniującym sercem i Ostatnia wieczerza szeroka na półtora metra. A już zupełnie rozwali Cię zapach kaflowej kuchni opalonej drewnem.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Naprawdę zupełnie jak w Polsce.

Lazurowe jeziora i ośnieżone wulkany regionu Los Lagos. Zupełnie jak w Polsce.

I nie wiem czy to te kaflowe kuchnie, rum i pisco lejące się strumieniami w Santiago i co drugim innym mieście, polska mentalność, grillowanie czy czekanie na piątek i weekendowe plany w korporacji, ale choć nigdy byśmy tego nie przypuszczali, Chile to pierwszy kraj, jaki odwiedziliśmy podczas tej podróży, w którym moglibyśmy zamieszkać.

.

Chcecie zdjęcia rdzennych Indian z Chile? Oto one:

.

Los Lagos i Puerto Varas, Chile

.

Reklamy

Wieże bólu

Zazwyczaj jak już zbierzemy się, żeby napisać o jakimś wyjątkowym miejscu, to zasypujemy Was kupą ochów i achów. Dzisiaj idziemy pod prąd. I to jak.

Bo w naszym mniemaniu osławione Torres del Paine wcale nie jest aż tak niesamowite, jak zwykło się zachwycać.

Przereklamowana Biblia plecakowicza, czyli Lonely Planet podaje, że Torres del Paine to najprawdopodobniej najbardziej niesamowity park narodowy Ameryki Południowej. Więc w sezonie tłumy walą tu jak szalone, a na szlakach niemal że tłok. A marketingowa maszyna Wielkiego Babilonu musi się kręcić. Przy budce strażnika możesz nawet złapać minibusa, który za jedyne 18 zł podrzuci Cię 6 km do rozpoczęcia szlaku.

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

Masyw Torres del Paine. Nie wygląda na ponad 120 km chodzenia, prawda?

To zresztą drobiazg. Park znajduje się na końcu chilijskiego świata, ok. 120 km od Puerto Natales, co sprawia, że zdzierczy bilet powrotny do niego kosztuje 80 zł. Wejście do parku kolejną stówkę, a po przejściu słynnego W większość osób najczęściej wraca promem, który za przewiezienie kilkanaście kilometrów na drugą stronę jeziora także nalicza 80-90 zł. Więc już na wstępie robi się prawie 300 zł. Do parku można próbować dojechać stopem, ale nam udało się tylko w jedną stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, Torres jest całkiem ładne. Można nawet powiedzieć, że bardzo ładne. Ale co z tego, skoro liczba niewygód związana z tym parkiem sprawia, że naprawdę trudno się nim szczerze nacieszyć. A jeśli już, to jest to radość przez zaciśnięte zęby.

Po własnych śladach

Ale tak naprawdę to nie ceny są tu największą niewygodą. W Chile i Argentynie już dawno przyzwyczailiśmy się, że namiot w dzikiej głuszy albo prywatnym ogródku przemiłych Patagończyków jest naszym najlepszym przyjacielem. 20 kilo na plecach też można przedźwigać przez tydzień po 8 godzin dziennie.

Rzecz w tym, że Torres del Paine nie zachwyca niczym szczególnym. Nam najbardziej doskwierała tu monotonia krajobrazu. Szlaki ułożone są w taki sposób, że chodzi się po nich w tę i z powrotem. Więc maszerujesz wzdłuż jednego jeziora przez 15 km, czyli co najmniej 4-5 godzin. Następnie idziesz wzdłuż doliny kolejne 10-15 km, żeby zobaczyć wreszcie góry, a następnego dnia rano musisz wrócić tą samą drogą.

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Jak Feniks z popiołów. W tegorocznych pożarach spowodowanych nieuwagą bądź głupotą jakiegoś turysty niemal połowa parku została doszczętnie zniszczona

Maszerujesz głównie w lesie, bo w parku niemal cały czas chodzi się na wysokości 200-500 m. Ale nie po płaskim. Dwieście metrów w górę, sto pięćdziesiąt w dół, sto w górę, dwieście w dół. I tak w kółko. Niestety oznacza to także, że w Torres del Paine nie ma ani jednego miejsca, w którym góry podziwia się tak, jak chyba wszyscy lubią najbardziej. Z góry.

Patrzę z góry i widzę chmury

Jest jeszcze jeden czynnik, który może bardzo skutecznie zakłócić radość z Torres del Paine. Podobnie jak i cała Patagonia, miejsce to jest wyjątkowo kapryśne pogodowo.

Jeśli wybierasz się do Torres del Paine, szczerze radzę – koniecznie dobrze przestudiuj prognozę pogody. Mówią, że pogody w Torres del Paine nie da się przewidzieć, ale zdaje się, że to bujda. Spośród dziesiątek stron meteorologicznych, znaleźliśmy jedną, na której prognoza dla parku sprawdziła się w 100%. I to na 5 dni do przodu! Co do joty.

Z widokiem na wieże Torres

Z widokiem na wieże Torres

A pogodę mieliśmy całkiem niezłą. Przez 3-4 dni słoneczko, ewentualnie częściowe zachmurzenie, miejscami typowy dla Torres del Paine wiatr, który stara się przewrócić Cię wraz z dwudziestokilowym plecakiem, a przez dwa dni mżawka i świat w chmurach. Tak się niestety złożyło, że chmury wypadły akurat, gdy dotarliśmy do doliny, w której znajdują się słynne wieże Torres. Czekaliśmy jeden dzień w deszczu, ale nie zobaczyliśmy nawet ich cienia.

Gruby portfel albo ciężki majdan

Chodząc po Torres del Paine przez 6 dni zrobiliśmy w sumie ponad 120 km. Dużo i niedużo zarazem. Półtora roku temu na genialnym wprost trekingu w nepalskich Himalajach przeszliśmy niemal tyle samo w identycznym czasie, wspinając się do tego na wysokość niemal 5000 m., a prawie się nie zmęczyliśmy. Dlaczego?

Bo Himalaje to przyjemność. Nocleg w schronisku kosztuje 10 zł, a często jest za darmo pod warunkiem, że na miejscu zamówisz pyszny obiad za 10-15 zł. Nie musisz niemal nic ze sobą targać, często nawet śpiwór nie jest potrzebny, bo dostaniesz kołdrę i 3 koce. Wieczorem można nawet walnąć niedrogie piwko na kilku tysiącach metrów, które jakiś niesamowity Szerpa w pocie czoła wtargał na przełęcz.

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

Piękny masyw Los Cuernos, podziwiany, jak wszystko zresztą - z dołu

A tymczasem w Chile? Albo masz wszystko własne, albo jesteś nadzianym gringo po pięćdziesiątce. Zapewne Niemcem albo Amerykaninem.

Łóżko w schronisku to koszt 20-25 tys. chilijskich peso, czyli jakieś 150 zł za osobę. Wypożyczenie śpiwora 30 zł za dobę. Posiłek w schronisku – 40-50 zł. Kemping z ciepłą wodą – 35 zł za osobę. Dla klasy backpackerskiej pozostają porozrzucane po parku co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów kempingi darmowe z dostępem do rzeki zasilanej przez lodowiec. I gotowanie na własną rękę.

Dziadowski bicz

Wyjeżdżając z Torres del Paine niemal 2 tygodnie temu obiecaliśmy sobie, że napiszemy o tym miejscu gorzki wpis.

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

Morze lodu, czyli dzień sam na sam z Lodowcem Grey

I tak narzekam, narzekam i zaczynam się zastanawiać. Czy Torres del Paine naprawdę jest takie złe? Trochę się człowiek upodlił, fakt, ale przecież o to w górach chodzi, prawda? A że nieco nas przemoczyło i przemroziło przez 2 dni? Cóż, tak bywa…

Ale mimo wszystko przez pół dnia maszerowaliśmy wzdłuż lodowca Grey, który naszym zdaniem swoim ogromem i spokojem przyćmiewa wszystko inne w tym parku.

Podziwialiśmy turkusowe jeziora lodowcowe i typowo patagońskie góry o szczytach poszatkowanych przez tysiąclecia geologicznej walki ziemi i wody.

Chilijczycy, jak zwykle zresztą, w schroniskach są mili i chętnie służą choćby gorącą wodą do termosu dla strudzonego wędrowca. A często także interesującymi pogaduchami.

Być może mieliśmy po prostu zbyt wysokie oczekiwania do „Najbardziej niesamowitego miejsca w Ameryce”? A może po prostu 6 tygodni podziwiania patagońskich niezwykłych krajobrazów na Carreterze Austral czy argentyńskiej prowincji Santa Cruz rozpuściło nas jak dziadowski bicz?

.

Czas leczy rany. Majtki już dawno nam wyschły, chmury się rozwiały, a zdjęcia zostały. Może w Torres nie było aż tak źle? Zresztą oceńcie sami.

.

Torres del Paine, Chile

.

2+2=5

Czyli jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii, jak legalnie pracować i inne informacje praktyczne.

W Nowej Zelandii zima za pasem, a i o nas słuch już dawno tam zaginął. A jednak w naszym poobdrapywanym netbooku jak zwykle widnieje kupka rozpoczętych i rozgrzebanych wpisów, które prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wśród nich jeden może się jednak okazać bardzo ważny dla braci podróżniczej, więc mimo, że dawno i nieprawda, to jednak wziąłem się na sposób i między pingwinem a flamingiem na patagońskiej Ziemi Ognistej, wyskrobię kilka słów o własnym aucie na antypodach.

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Żuk jak marzenie, czyli własne 4 kąty, kuchnia, transport i wszystko w jednym

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że własne auto w Nowej Zelandii to sprawa banalnie prosta i wyjątkowo godna polecenia.

Patrząc na mapę z europejskiej perspektywy, Nowa Zelandia wydaje się niewielka. Gdy jednak przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się, że zarówno Wyspa Południowa jak i Północna mają ponad 1000 km długości. Dodatkowo wzdłuż niemal całej Wyspy Południowej ciągnie się łańcuch gór wysokich na trzy do czterech tysięcy metrów, rozdzielający tę krainę na wilgotne, deszczowe wybrzeże zachodnie i  skąpane w słońcu równiny wschodnie.

Kampery na wypasie i życie w autobusie

Podróżując po Wyspie Południowej w sezonie turystycznym ma się wrażenie, że więcej jest tu kamperwanów niż zwykłych samochodów. Firm wypożyczających kampery są setki, a wachlarz dostępnych aut rozciąga się od wielkich kilkutonowych kolubryn, po kolorowe minibusy z przestrzenią wewnątrz zoptymalizowaną na miarę Ikei. I mały van jest według nas chyba najlepszym rozwiązaniem. Pali zazwyczaj mniej niż 10 l na setkę, a masz komfortową sypialnię, kuchnię i salon w jednym.

Nowozelandczycy w szczególności lubują się w wielkich, prawdziwie komfortowych kamperwanach, których reklamy zapełniają nie tylko magazyny podróżnicze, ale i zwykłe czasopisma codzienne. Spotkaliśmy też co najmniej trzy rodziny, które posiadały stare autobusy, niczym polskie Autosany, przerobione na kamperwany, w których mogłoby spokojnie zamieszkać pół drużyny piłkarskiej.

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Widok z Mt Charles na Półwyspie Otago

Samochody są tanie. Bardzo tanie. Mały kilkunastoletni kampervan w Nowej Zelandii kosztuje 2500-4000 dolarów nowozelandzkich, czyli 6-11 tys. zł. A zdarzają się megaokazje. Naszego Żuka kupiliśmy za 1800 dolarów od właściciela drobnej firmy remontowej. Samochód był zupełnie pusty w środku, bo wcześniej przewoził głównie farby i drabiny, ale kosztem może 30 dolarów i dwóch dni pracy przerobiliśmy go na cudo warte ponad 3-3,5 tys. dolarów. To że sprzedaliśmy go jedynie za 2800, wynikało jedynie z presji czasu.

Rejestracja samochodu w Nowej Zelandii jest dziecinnie prosta i zajmuje 10 minut. Odbywa się na poczcie, gdzie podajesz numer nadwozia i mówisz, kto jest nowym właścicielem. Kosztuje bodajże 9 dolarów. Nie potrzeba nawet umowy kupna, nie ma żadnych podatków ani przeszkód. W zasadzie, jeśli zna się numer nadwozia, to można by zarejestrować na siebie czyjś samochód bez wiedzy właściciela. Tylko po co? Za granicę i tak nim nie wyjedziesz.

Koniec jest bliski, Chrystus Cię kocha

A jak wyposażyć surowy samochód, zdobyć materace, kołdry, poduszki, prześcieradła, talerze, garnki, sztućce, pokrowce, a nawet stoły i krzesła? A wszystko to za jakieś 30-50 dolarów? To proste. Wystarczy wsłuchać się w głos Boga.

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

Poznaj najnowsze trendy w kołdrach haftowanych, zobacz 40 inspirujących wzorów, których nie możesz przegapić w tym roku i przede wszystkim dowiedz się, kto zdobył Nagrodę Główną na targach Rajah!

W Nowej Zelandii, kraju, w którym każdy człowiek mający przynajmniej pół mózgu i jeden sprawny palec u nogi może w tydzień znaleźć pracę, a dwa lata się dorobić, by godnie żyć, odsetek społecznych nieudaczników jest na tyle wysoki, że zaradne społeczeństwo stara się ich wspomagać, jak może. Podobnie jak w Australii, niemal w każdym średniej wielkości mieście jest co najmniej jedna Armia Zbawienia, a także sklepy z rzeczami za dolara i tzw. „Charity shop”. W bogatym społeczeństwie, w którym przeciętna rodzina kupuje nowy zestaw garnków, bo w tym roku wyszła nowa kolekcja, stare oddaje się dla potrzebujących. Czyste, ładne i bezpieczne rzeczy zalegają regały „Charity shopów” obok setek winyli z lat 60 czy 70, za które dałaby się pokroić połowa kolekcjonerów.

Na marginesie dodam, że w Nowej Zelandii są przynajmniej dwa magazyny (AUTENTYCZNIE MAGAZYNY WYCHODZĄCE CO MIESIĄC CZY KILKA MIESIĘCY), które przedstawiają WYŁĄCZNIE najnowsze trendy w kołdrach. Są także np. targi kołder, gdzie projektanci prześcigają się w nowinkach technicznych i stylistycznych.

I pomyśleć, że na zupełnie nieodległych Wyspach Salomona, na których pomoc przecież rokrocznie łoży Nowa Zelandia i Australia, ograbiając je jednocześnie z surowców mineralnych, ludzie na co drugiej wyspie proszą o koszulkę, bo po prostu ich nie mają. Ale to taka tam dygresja nie na miejscu. Do meritum.

Gdzie kupić i sprzedać

Najlepiej mieć szczęście, a samochód kupić ze sprawdzonego źródła. Od znajomego mechanika albo znajomego znajomego. My tak zrobiliśmy i jeśli ktoś chciałby kupić auto w Christchurch, to możemy polecić znajomego mechanika.

Ale jeśli nie masz takiej możliwości, dobrym rozwiązaniem są giełdy. W Auckland najlepsza giełda to Car Fair  odbywający się w każdą niedzielę nieopodal toru wyścigów konnych. Jest jeszcze sobotnia Auckland City Car Fair , ale to nowy wynalazek skrojony specjalnie dla turystów. Lokalni zazwyczaj nie znają tego miejsca, więc więcej pod koniec sezonu tu sprzedających niż kupujących. Takie miejsca jak Backpackers Car Market  w Auckland czy Christchurch warto rozważyć tylko sprzedając samochód, bo jest tam potwornie drogo (można zarobić) i dużo lewych aut, które nieświadomym i spieszącym się turyściakom próbują opchnąć cwani pośrednicy.

Dobrym pomysłem jest z kolei obejście hosteli w dzielnicy turystycznej i poszukanie prywatnych ogłoszeń. Sporo turystów wyjeżdżających z kraju, zostawia swoje ogłoszenie na tablicach informacyjnych właśnie w tanich hostelach. Sprzedając samochód i my tak zrobiliśmy i po 3-4 dniach otrzymaliśmy kilka telefonów. Niestety samochód był już sprzedany.

Bo tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, czyli czasu. Warto dać sobie nieco więcej czasu na sprzedaż. My, standardowo jadąc na optymistycznej fali, zaplanowaliśmy zaledwie 5 dni (w tym 3 dni długiego weekendu) i mało brakowało, a mogło być krucho. W ostatecznym rozrachunku wyszło nam zatem, że samochód mieliśmy zaledwie 6 tygodni, plus tydzień na sprzedaż. I powiedziałbym, że to jest właśnie czasowa granica opłacalności kupna samochodu. Na krócej polecam autostop.

Pozostaje jeszcze Gumtree czy TradeMe, czyli lokalny odpowiednik naszego Allegro. Tu warto dodać, że samochód z przebiegiem 250-350 tys. km, to jak określił nasz znajomy mechanik „jeszcze dziecko” i przejedzie pewnie drugie tyle.

A jeśli nie pojedzie?

Mechanicy w Nowej Zelandii nie są aż tak strasznie drodzy, jak się spodziewaliśmy. Jeśli dobrze poszukać oczywiście. W Auckland zrobiliśmy na przykład sporo napraw (wał napędowy, uszczelnienie wydechu, przeciekający zbiornik z płynem do sprzęgła), a za wszystko zapłaciliśmy 250 dolarów.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Koszyk turysty, czyli Chleba naszego powszedniego nie żałuj nam Panie Budget.

Dość popularne są też szroty. W niewielkim w sumie Invercargill były 4, a na jednym z nich dostaliśmy akumulator za 40 dolarów (nowy 80-150).

Przed kupnem samochód warto sprawdzić. Na giełdach zazwyczaj jest taka opcja i kosztuje ok. 100-150 dolarów i jest oczywiście bez sensu. Najtańszym i jednocześnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie przyspieszonego przeglądu – WOF. WOF robi się zazwyczaj co pół roku albo 3 miesiące. Jest obowiązkowy dla wszystkich aut. Kosztuje ok. 40-60 dolarów, więc w autoryzowanej stacji diagnostycznej za 50 dolarów możemy za jednym zamachem sprawdzić stan auta i i tak przedłużyć obowiązkowy przegląd. Jak dobrze się postarać, a w wybranym samochodzie WOF wygasa np. za miesiąc może udać się namówić właściciela, żeby to on za niego zapłacił.

Podobnie obowiązkowa jest rejestracja samochodu, tzw. REGO. Wydawane na 3 miesiące kosztuje ok. 60-80 dolarów. Ważne REGO musi zapewnić sprzedający.

A może autostop?

Tak jak pisaliśmy, autostop w Nowej Zelandii działa rewelacyjnie. Więc jeśli jesteś tu tylko na kilka tygodni, lubisz czasem zmarznąć, czasem wbić się komuś na chatę, ale głównie poznać epigonów romantyzmu, albo wiecznie żywych hipisów, to można śmiało ruszać w trasę z kciukiem.

Autostop w Nowej Zelandii ma długą tradycję, a był szczególnie kultowy w latach 70. i 80. Teraz jeżdżą głównie turyści, ale zabierają wszyscy. Główna wada to niestety znacznie mniejsza mobilność i niemożliwość dostania się do pięknych, znacznie mniej odwiedzanych półwyspów i rejonów kraju, którą daje własne auto.

Co nas zauroczyło?

Przede wszystkim zwierzaki i nowozelandzkie podejście do nich. Ale o tym już pisaliśmy. Najciekawszy trek to w naszym odczuciu Tongariro Crossing, czyli przejście przez Mordor. Warto zacząć od strony południowej, bo w przeciwnym kierunku po najlepsze widoki będzie się trzeba cały czas oglądać za siebie.

Tongariro

Tongariro

Świetnie wypadają też półwyspy Wyspy Południowej, czyli Otago i Banks. Na Otago warto wspiąć się na Mt. Charles – niewielkie wzgórze, a panorama nieziemska. W okolicy mocno przereklamowanego Queenstown jedynie co jest fajne, to jednodniowy spacer na Ben Lomond. Naprawdę warto.

We Fiordlandzie najbardziej przypadły nam do gustu Siodło Gertrudy i Key Summit. Cały wielki zamęt wokół tzw. „Great Walks”, czyli Keplera, Milford i Routeburn w naszym mniemaniu można spokojnie ominąć szerokim łukiem. Co fajniejsze odcinki można zrobić w ramach jednodniowych wypadów (np. Key Summit), a zamieszanie i cała marketingowa maszyna, która niczym rak toczy to miejsce, jest godna pożałowania.

Za to w każdym mieście, nawet zapadłej dziurze obowiązkowo musi być Informacja Turystyczna. Zawsze rzetelna, pomocna, rozdająca mapki i służąca wszelką informacją. W Nowej Zelandii nie jest potrzebny żaden przewodnik, a w szczególności Lonely Planet.

Z ciekawostek dodam jeszcze może, żeby nie brać za pewnik nowozelandzkiego bezpieczeństwa. I tu zdarza się, że kradną. W szczególności na Północnej Wyspie, gdzie tak się akurat składa, że mieszka więcej Maorysów. W kraju poprawności politycznej rasistów oczywiście nie ma, ale podobnie jak w Stanach i Wielkiej Brytanii i tak kradną głównie czarni.

Praca w Nowej Zelandii

Wiza do Nowej Zelandii jest darmowa, przyznawana na granicy i ważna przez 3 miesiące. Co ciekawe wszyscy myślą, że Polacy nie mogą legalnie pracować w tym kraju. Jak się jednak niedawno dowiedzieliśmy ambasada Nowej Zelandii każdego roku przyznaje jednak 100 wiz pracowniczych Working Holiday Visa, o które należy starać się w Polsce. W ten sposób pozwolenie na legalną pracę jako geodeci otrzymali na przykład Aga i Krzysiek, którzy w swoim czasie zabrali nas w Nowej Zelandii na stopa…

W lato przy zbieraniu owoców (legalnie lub nielegalnie, co jest dość łatwe) można zarobić 13-16 dolarów za godzinę. W legalnej pracy w biurze dwa lub trzy razy tyle.

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Foki i lwy morskie na każdym kroku na Wyspie Południowej

Koszty

Jeśli masz pieniądze, możesz wszystko. Lecieć helikopterem na szczyt góry i wrócić piechotą, wynająć łódź by popływać z delfinami albo skoczyć na spadochronie czy paralotni w co drugim mieście. Jednak Nowa Zelandia jest dlatego piękna, że bez pieniędzy możesz równie dużo.

Nasze średnie dzienne wydatki przez 50 dni w tym kraju wyniosły 37 dolarów nowozelandzkich, czyli 103 zł dziennie. Za dwie osoby oczywiście. Przejechaliśmy ponad 5000 km, na paliwo wydając 900 dolarów NZ. Całe szczęście tej kwoty niemal zupełnie nie odczuliśmy, bo na sprzedaży Żuka zarobiliśmy 800 dolarów.

.

I ostatnia już galeria z Nowej Zelandii. Tym razem z okolic Queenstown i zachodniego wybrzeża.

West Coast i Queenstown, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Patagonia 4×4

Po dwóch niesamowitych tygodniach przebijania się przez Carreterę Austral – miejsce prawdziwie magiczne, Chile upuszczaliśmy w mieszanych nastrojach. Gorącą euforię miejsca skutecznie gasił przenikliwy do ostatniej gumki w majtkach patagoński deszcz. Z pewnością nie pomógł też dobijający nas już nieco strajk w prowincji Aysen, który całkowicie zablokował dostawy paliwa i sprawił, że na ostatniego stopa do argentyńskiej granicy czekaliśmy bite 8 godzin. I tak staliśmy jak kołki – zziębnięci, przemoczeni, nie mający nawet sił by kląć i zastanawiać się, jaki to będzie ten kolejny pięknie brzmiący kraj – Argentyna.

Andy w okolicach Chalten

Andy w okolicach El Chalten

Przez cały dzień minęły nas trzy samochody lokalnych farmerów, bujających się po okolicznych posiadłościach. Ale jak to zwykle ze stopem bywa, wkrótce karta się odwróciła, po ośmiu godzinach dojechaliśmy wreszcie do granicy, a następnego dnia z marszu złapaliśmy Argentyńczyka z Pico Truncado. Tu plan był prosty. Jedziemy z nim 60 km, odbijamy na najsłynniejszą południowoamerykańską drogę – Rutę 40 i kontynuujemy jakieś 400 km przez patagońskie stepy aż do El Chalten. Ale w samochodzie gadu-gadu, rozjazdu nie widać i zanim się zorientowaliśmy przejechaliśmy krzyżówkę o jakieś 30 km.

– I co robimy?

– No właśnie. Wysiadamy i wracamy 30 km? Czy jedziemy z nim aż nad Atlantyk?

– Nad Atlantyk? Ale to jakieś dodatkowe 300-400 km w jedną stronę. I będziemy musieli przekroczyć Argentynę w poprzek. 2 razy!

– Raz mamy już z głowy. Koleś jedzie prawie na wybrzeże. Wieczorem będziemy na miejscu. Może los chce nam coś powiedzieć.

– No dobra. Przynajmniej zobaczymy, jak Patagonia wygląda od środka. 2 razy! I zrobimy piękną, nikomu niepotrzebną pętlę na naszej mapie.

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

Kładzenie asfaltu w Patagonii postępuje, ale w rytmie latynoskim

****

Wieczorem rozkładając namiot w huraganowym wietrze i deszczu padającym poziomo faktycznie zastanawialiśmy się, co też takiego mądrego chciał nam powiedzieć los.

– Może chciał nas doświadczyć. Jak Hioba.

– A może po prostu powiedzieć, że jesteśmy głupi.

****

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

Aha... Więc tak wygląda prawdopodobnie najtrudniejsza wspinaczkowo góra świata...

– Zatrzymał się! Patrz, jaki wypasiony dżip. Żeby jechał chociaż kilkaset kilometrów… Można by trochę odtajać.

– Hej. Gdzie jedziecie?

– Na południe.

– Na południe – uśmiechnął się nieznajomy – To bardzo szerokie pojęcie.

– Bo i szeroko jedziemy. Jak dobrze pójdzie, to dzisiaj jakieś 400-500 km do San Julian. A jak pójdzie jeszcze lepiej, to następnego dnia drugie tyle do El Chalten.

Tu delikatny uśmiech nieznajomego wydał mi się dziwnie podejrzany.

– Ha. No to wsiadajcie. Dziś jadę do San Julian, jutro do El Chalten, a za kilka dni do Calafate, jeśli Wam to po drodze…

No i poszło jeszcze lepiej niż mogło najlepiej, a w ten sposób zaczęła się nasza patagońska przygoda 4×4.

Nieznajomym okazał się Fernando. Pochodzący z Buenos Aires 62-letni właściciel sporej agencji reklamowej, który wybrał się na krótki tygodniowy wypad do ukochanej Patagonii. Wraz z nim i jego nową Toyotą Land Cruiser przemierzyliśmy pampę w poprzek w okamgnieniu, podpatrując pasące się guanako i szybkobieżne strusie nandu.

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Patagonia 4x4 na pełnym wypasie

Fernando przygarnął nas nie tylko na stopa, ale niemal zaadoptował jak własne dzieci, których skądinąd ma dwójkę w naszym wieku.

Rozmawialiśmy dużo. I wreszcie prawdziwie po angielsku, więc i tematyka nie była ciągle ta sama. Mówiliśmy o życiu, podróżach, krajach, marketingu, codzienności u nas i u nich, polityce, reklamie, filmie, sztuce, dzieciach i tym, co jest w życiu ważne.

W lot łapaliśmy swoje myśli i kończyliśmy rozpoczęte zdania. Godzinami poznawaliśmy argentyńską muzykę czy rozmawialiśmy o Kieślowskim. I w gruncie rzeczy powoli zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo podobni są Polacy i Argentyńczycy.

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

W zachodzącym słońcu od lewej straszy Cerro Torre - 3128 m a od prawej Fitz Roy - 3375 m, słusznie spierające się o miano najtrudniejszej góry świata. Pionowa ściana litego granitu może tu mieć nawet 1300 metrów wysokości

Jednego dnia wybraliśmy się wspólnie na treking w okolicach Chalten, w inne chodziliśmy sami, a spotykaliśmy się na kolację i wieczorne pogaduchy. Któregoś dnia Fernando obwiózł nas po okolicznych estanciach, czyli megaposiadłościach ziemskich, liczących po kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Innego pokazał niesamowitą działkę, którą kupił właśnie pod Fitz Royem.

Przez tydzień zobaczyliśmy Patagonię oczami Argentyńczyka, który chciał się pochwalić swoim krajem. Bo i ma czym.

WIG 20 czy kurs franka?

WIG 20 czy kurs franka?

Gdy się żegnaliśmy, Fernando po raz kolejny zaprosił nas do siebie.

– To że się spotkaliśmy, to magia. Moja żona i dzieci nie mogą się doczekać, żeby Was poznać. Co i rusz dopytują, co to za wynalazki wziąłem na stopa i przygarnąłem na ten niesamowity tydzień. Za miesiąc, dwa, gdy już skończycie z Patagonią i dotrzecie wreszcie do Buenos Aires, musicie do mnie przyjechać.

– No raczej – odparłem rzeczowo. A Paula się rozpłakała.

Zapowiada się boskie Buenos. Los wiedział, co robi.

Los Tres Vagabundos

Los Tres Vagabundos

.

UWAGA! Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Zdjęcia z argentyńskiej Patagonii są zabójczo piękne. Kto je raz zobaczy, będzie musiał tu przyjechać.

.

Patagonia, Argentyna

.

Pług boży

Są rzeczy piękne. Są zjawiska imponujące. Ale są cuda natury tak majestatyczne, że nie sposób sensownie ich opisać, nie gubiąc się w przesadnej emfazie. Taki właśnie jest lodowiec Perito Moreno.

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno w natarciu

Perito Moreno onieśmiela swoim ogromem. Spływa z południowych Andów 30-kilometrowym jęzorem lodowcowym wprost na czatujących na niego turystów. Bo Perito Moreno jest jakby zaprojektowany by być megaatrakcją. Lodowiec większy niż cała Warszawa od Białołęki po Powsin schodzi z gór do Jeziora Argentino póki nie oprze się o przeciwległe wzgórza, na których z odległości kilkudziesięciu metrów gawiedź podziwia jego ogrom.

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

A raz na cztery, pięć lat robi się coś takiego

I wbrew temu, czego chciałby Al Gore, Perito Moreno nie tylko się nie kurczy, ale cały czas prze naprzód. Z ponadprzeciętną prędkością warto dodać. Średnio 2 metry dziennie. Te 2 metry pozwalają mu czołgać się powoli po dnie i z każdą minutą żłobić mozolnie krajobraz argentyńskiej Patagonii. Przy okazji, co kilka godzin, lodowiec ustępuje napierającej na niego wodzie i urywa sobie od czoła kilkudziesięciometrowe góry lodowe, które z hukiem godnym lepszej sprawy walą się do wody.

Raz na cztery, pięć lat lodowiec dochodzi do ściany. Dosłownie dopełza do przeciwległego Półwyspu Magellana i tym samym odcina część Jeziora Argentino, którego dno żłobi na co dzień. Poziom wody w odciętej części jeziora szybko się podnosi, a tysiące ton wody coraz silniej napierają na lodowiec. Godzina po godzinie woda kruszy lód od spodu. Po kilku dniach udaje jej się wyżłobić tunel. Mija kolejnych kilka dni i lód wreszcie ustępuje. Cała konstrukcja wali się w kilka sekund, a jezioro wyrównuje poziom. Tymczasem lodowiec od nowa z mozołem zaczyna pełzać w stronę Półwyspu Magellana. W XX wieku cykl ten odbył się 17 razy.

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

Tylko pamiętaj, że ściana frontowa jest wyższa niż 20-piętrowy budynek

A czemu lodowiec jest tak imponujący? Może dlatego, że jego czoło jest szerokie na pięć kilometrów, czyli dajmy na to przesuwając się przez Warszawę, każdego dnia miażdżyłoby obszar od Marszałkowskiej do Prymasa Tysiąclecia. Metr po metrze.

Ale urwał!

Ale urwał!

A może dlatego, że ściana frontowa ma ponad 70 metrów wysokości, czyli więcej niż 20-piętrowy wieżowiec. A w zasadzie tylko tyle wystaje jej nad wodę. Bo pod wodą szoruje dno na głębokości ponad 100 metrów, co oznacza, że przykryłby Marriott i Intercontinental w minutę.

Niemal 200 lat temu Louis Agassiz wysnuwając rewolucyjną teorię o globalnych zlodowaceniach obejmujących większość naszej planety, porównał wolno poruszające się lodowce do pługów bożych, które zmieniają oblicze ziemi. Tej ziemi.

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Mija kilka tysięcy lat i zanim się obejrzysz po lodowcu zostaje piękna dolina U-kształtna. Tu dla odmiany w okolicach El Chalten

Żyjąc we współczesnym świecie, często mamy wrażenie, że historia, geografia czy przyroda to obecnie procesy skończone. Wojny to przeszłość, granice się ustabilizowały, góry są tam gdzie są góry, a jeziora na Mazurach. Dzieląc doroczny wypoczynek na narty w Cortinie d’Ampezzo, łódki w Mikołajkach i kite-surfing w Jastarni, umyka nam chwilowość cudów natury, z którymi stykamy się na co dzień. A tymczasem wojna między ziemią i wodą trwa w najlepsze. Zawsze jest jakiś pług.

.

Więcej zdjęć z południowej Patagonii i naszej najnowszej przygody 4×4 znajdziecie tutaj:
.

Perito Moreno, Calafate i okolice, Argentyna

.