Monthly Archives: Luty 2012

Zając i żółw

Po Patagonii podróżuje się wolno. Bardzo wolno.

A jak podróżuje się, gdy w regionie trwa strajk generalny, nie kursują żadne autobusy, a na przestrzeni ponad 1000 km we wszystkich miejscowościach kończy się paliwo? Z pewnością podróżuje się pięknie.

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Przecież na tym piachu za 30 lat przebiegnie z pewnością jasna długa prosta, szeroka jak morze...

Gdy zmierzasz na południe Chile, w większości jedziesz piękną autostradą. Dziś zresztą inaczej się nie da, bo kilka lat temu rząd przyznał Hiszpanom koncesję na budowę płatnej autostrady, która zajęła miejsce dotychczasowej trasy szybkiego ruchu. Więc jeśli chcesz przemierzyć 1000 km ze stolicy na południe, musisz wyszperać w kieszeni jakieś 500-600 zł. Płatna autostrada to obecnie JEDYNA droga na południe.

Ale dygresje i politologiczne ciekawostki odłóżmy na bok i odpowiedzmy sobie na pytanie, co dzieje się, gdy po fascynacji ośnieżonymi wulkanami środkowego Chile i pięknem Regionu Jezior uda Ci się wreszcie opuścić cywilizację i wyruszyć w kierunku Patagonii.

Na początku kończy się asfalt. A chwilę dalej zaczyna się przygoda. „Carretera” to po hiszpańsku autostrada. I to w zasadzie tyle, co droga ta ma wspólnego z autostradą. Po pierwsze żeby na nią wjechać, trzeba dwa razy przeprawiać się promem, z czego raz 4 godziny przez fiordy meandrujące wśród wulkanów. Teraz Carretera zaczyna się na dobre. Jak u Hitchcocka. Najpierw jest trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu. Cztery lata temu wybuch wulkanu Chaiten zrównał miasteczko leżące u swojego podnóża z ziemią, przykrywając je warstwą popiołów i błota. Do dziś sterczą tu kikuty drzew przykrytych schodzącymi z gór laharami i dachy domostw zagrzebanych w błocie.

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Wulkan Chaiten, nawet po 4 latach, wciąż daje czadu, lepiej niż EC Siekierki. A miasteczko, niczym Feniks za pieniądze podatników, powoli odradza się z popiołów

Rzut beretem dalej, czyli jakieś dwa dni drogi później z pobliskich andyjskich szczytów zaczynają zwieszać się lodowce. Nierzadko, jak w przypadku Ventisquero Colgante zaczynają zwieszać się w sposób wyjątkowo widowiskowy, urywając się w powietrzu w polodowcowej dolinie zawieszonej.

Szutrowa droga na której nie sposób przekroczyć 60 km/h, chyba przez grzeczność nazywana autostradą, wije się wśród gęstej chilijskiej puszczy, co i rusz wyzierając strzelistymi na kilka kilometrów, postrzępionymi iglicami południowych Andów.

Poranek pod Cerro Castillo

Poranek pod Cerro Castillo

Los chciał, że nasza wizyta w chilijskiej Patagonii zbiegła się akurat idealnie ze strajkiem generalnym. Dwa tygodnie temu zaczęło się od, słusznych skądinąd, pretensji miejscowych rybaków, którzy mają za złe rządowi centralnemu, że przyznaje koncesje na połowy międzynarodowym korporacjom, które masowo odławiają patagońskie wody, nie zostawiając niemal nic dla miejscowego przemysłu. Ale do rybaków szybko dołączyły inne grupy zawodowe z długą listą żądań i masową akcją pod hasłem „Twój problem jest moim problemem”. Jak Carretera Austral długa i szeroka co kilkaset albo i kilkadziesiąt kilometrów wyrosły blokady na drogach, które wstrzymują ruch i co kilka godzin przepuszczają samochody prywatne. Ale wyłącznie prywatne. Żadnych autobusów ani ciężarówek z żywnością czy paliwem. Porty i granica argentyńska też zostały odcięte, więc dziś benzyny prawie już nie ma, a jedzenie też zależy jak się trafi.

Chilijska Samoobrona w akcji

Chilijska Samoobrona w akcji

Co to oznacza dla przeciętnego wagabundy, który stopem przemierza kraj? Po pierwsze, że na drodze wyrosła mu 5 razy większa konkurencja, która przyciśnięta brakiem autobusów też przemieszcza się stopem. I po drugie, że jeśli ma szczęście, to minie go dziennie 5 czy 8 samochodów.

W ten oto sposób nasz nowy rekord czekania na stopa na dalekim południu to 8 godzin, żeby złapać cokolwiek jadącego do granicy argentyńskiej i przejechać jakieś 100 km. I to na głównym przejściu granicznym na południu!

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Wpis już napisałem, hiszpański wychodzi uszami, wspominki odhaczone... nic tylko nuda, Panie

Co ciekawe, większość turystów w tych odległych rejonach to chilijska i argentyńska młodzież. Z dredami, lokalną marihuaną rosnącą na północy poupychaną po kieszeniach, otwartymi sercami i podobnie jak my, wyciągniętymi kciukami.

Wkraczając do chilijskiej Patagonii, 4-godzinną przeprawę promową przekraczaliśmy wraz z holenderskim motocyklistą. Jakież było nasze zdziwienie dwa tygodnie później, gdy spotkaliśmy się w Chile Chico, na przejściu granicznym do Argentyny. Po drodze kilkakrotnie zdawało nam się, że mijaliśmy się na blokadach drogowych czy w chmurze pyłu przy drodze, czekając na nienadjeżdżający pojazd. Niczym zając i żółw.

Carretera Austral to z pewnością najpiękniejsza droga, jaką w życiu przejechaliśmy. Harmonia natury, jaką osiąga ta kraina w rejonie Jeziora Generała Carrery na południowym krańcu drogi jest prawdziwie nieziemska. Andyjskie ośnieżone szczyty schodzą wprost do głębokiego na kilkaset metrów jeziora. Jezioro to jest ponad 17 razy większe niż nasze Śniardwy i ponad pięć razy głębsze niż najgłębsza u nas Hańcza. Położone na granicy Chile i Argentyny jest tak bajkowe, że oba narody postanowiły nadać mu swoją nazwę. Po stronie Chilijskiej nazywa się Generał Carrera, a po argentyńskiej Buenos Aires. W naszym mniemaniu jedno z najpiękniejszych odwiedzonych miejsc.

Lokalne przysłowie ukute na południu Chile mówi „Ten kto spieszy się w Patagonii, traci czas”. Przemierzając Carreterę Austral z Puerto Mont do Chile Chico nie straciliśmy nawet minuty.

.

Ze specjalną dedykacją dla Dyny, Mario i wszystkich innych nowych znajomych w Chile, którzy prośbą, groźbą i wszystkimi innymi dostępnymi środkami domagają się wreszcie zdjęć z Patagonii. Proszę:

.

Carretera Austral, Patagonia, Chile

.

Reklamy

Patagońska pustka

Coś się nie mogę ostatnio zebrać, żeby coś mądrego napisać. Pooglądajcie lepiej zdjęcia z Nowej Zelandii, bo Żona lepiej się spisuje i znowu wrzuciła coś na stronkę. Może jutro coś napiszę..

Na szybko to mogę Wam powiedzieć,  że w chilijskiej Patagonii właśnie skończyła nam się droga, więc przez najbliższe półtora tysiąca kilometrów będziemy brnąć przez Argentynę. I jak dobrze pójdzie, to na końcu kontynentu za kilka dni znów wrócimy do Chile.

.

Abel Tasman i Queen Charlotte Sound, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Najdłuższy dzień życia

Środa – Santiago

Nareszcie zaczynamy przybliżać się do domu. Po 16 miesiącach podróży udało nam się przekroczyć linię zmiany daty. I po raz pierwszy w życiu cofnąć się w czasie. Z Nowej Zelandii wylecieliśmy o 16, a w Chile po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy w południe tego samego dnia. Przy tej okazji postanawiamy przeprowadzić eksperyment biologiczny i przeżyć najdłuższy dzień życia.

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Jakby nie patrzył, to nie żadne filtry ani Photoshop trójka, tylko najprawdziwsze zachody słońca nad chilijskimi fiordami

Wybitnie pomagają nam w tym 2 czynniki. Wygłodnienie filmowe podczas podróży i darmowe Video on Demand na monitorach w samolocie. Tu pierwszy szok kulturowy – wypasione chilijskie linie lotnicze bardziej przypominają Emirates Airlines czy British Airways niż LOT i Aerosvit. Zapowiada się wyjątkowo rozwinięty kraj.

Pięć najnowszych hitów filmowych bez zmrużenia powieki później rozgaszczamy się u naszego CouchSurfa – Agustina. I z miejsca drugi szok kulturowy – Ameryka Południowa wie jak się bawić. O piątej nad ranem, po ponad 30 nieprzespanych godzinach od wylotu z Auckland m.in. potrafimy już odróżnić bachatę od merengue, na wylot znamy Pisco – tradycyjny lokalny alkohol i posiadamy głębokie przeświadczenie, że brazylijskie biodra są najgorętsze ze wszystkich. To się nazywa najdłuższy dzień życia.

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Konie bojowe, wozy opancerzone, gaz i armatki wodne, czyli chilijscy karabinierzy prowadzą konsultacje społeczne na temat płatnych studiów ze studentami w Santiago - nasz drugi dzień w kraju

Sobota – Melipilla

Językowy dramat. Gdy na lotnisku podczas kontroli paszportowej urzędniczka nie znała nawet słowa po angielsku, myśleliśmy, że to przypadek.

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Na chilijskiej wsi rządzi i wymiata mate. A myślałby kto, że takie rzeczy tylko w Argentynie

Okazuje się jednak, że nasz Couchsurfingowy gospodarz to chyba jedyna osoba mówiąca tu w języku lengłydż. W obliczu nadchodzącego półrocza latino nauka idzie nam zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich odwiedzonych krajów. Kupić, sprzedać, jeść, spać, liczebniki, koszty, osoby, czasy.

Po wizycie w rodzinnym mieście Augustina powoli zaczynamy dukać sobie autostopową drogę przez kraj.

Poniedziałek – Valparaiso

Nic to, że stolica chilijskiej bohemy urzekła nas klimatem i sztuką ulicy. Nic to, że zdążyli nas już okraść na ponad 100 dolarów (całe szczęście tylko tyle), uszczuplając tym samym nasz ciężko wypracowany nowozelandzki zysk na Żuku.

Najważniejsze, że dziś zupełnym przypadkiem udało mi się znaleźć sandały w tym kraju klapkowiczów i adidasowców! Po bolesnym rozstaniu z ukochaną i ciężko wysłużoną przez 9 miesięcy podróbką Tevy z Indonezji, odwiedziliśmy chyba wszystkie sklepy trekingowe w Santiago. Zdruzgotany zamówiłem już nawet Teviki z USA i gdyby nie totalna beznadziejność e-baya pewnie nawet wysłałbym je do znajomego w Chile a nie do Polski, gdzie będą musiały jeszcze trochę na mnie poczekać.

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

Surrealizm na ulicy, czyli wielki ptak, dziwak i vagabunda w obcierających do krwi klapkach

W każdym bądź razie sandały mam. I to jakie! Prawie ładne, niemal do pary i na prawą nogę bardzo wygodne. Generalnie noszę 44-45, ale już w Azji przywykłem, że taka numeracja poza światem zachodnim jest szerzej nieznana. Gdy na witrynie w Valparaiso wzrok nasz przykuł wybijający się rozmiarem półotwarty 43, już witałem się z gąską.

Ale to co nastąpiło później możliwe jest chyba wyłącznie w Ameryce Południowej. 43 owszem jest, skądinąd prawie nie za mały, ale tylko prawy. Nikt nie potrafi wyjaśnić czy prawy został wyprodukowany wyłącznie jako pokazowy, czy lewego nigdy nie było, czy też Zaginął w Akcji niczym Chuck Norris. Grunt że kolejny dostępny numer to 41. I tak w promocji do promocji za jedyne 20 zł mam prawy 43 i lewy 41, stopa może nareszcie swobodnie oddychać, a Ameryka na dobre otwiera przed nami swoje podwoje.

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Piątek – Puerto Varas

Trzy dni autostopowej przygody, 1200 km dalej, czyli nie przymierzając tyle co z Krakowa do Stambułu i udało nam się przejechać zaledwie jedną czwartą tego najbardziej wykręconego topograficznie kraju na świecie. W słowniku hiszpańskim zaczynają już się przecierać co popularniejsze strony, a my dotarliśmy wreszcie do naszej nowej chilijskiej rodziny.

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Dialog międzykulturowy, czyli bez Google'a nie istniejesz

Tym razem nie lada wyzwanie. Nikt z gospodarzy ni w ząb po angielsku, więc hiszpański szlifujemy do upadłego. Miniksiążeczka do nauki języka z 1961 roku, zakupiona fartem w nowozelandzkim antykwariacie, okazuje się chyba najlepszym podręcznikiem języka, jaki kiedykolwiek mieliśmy w rękach. Dziś jako sukces dnia zgodnie uznaliśmy fakt, że po 9 dniach nauki bezbłędnie przetłumaczyliśmy m.in. takie oto zdanie: „Wujek lekarza, który przyjedzie pociągiem dziś wieczorem, zgubił wczoraj wszystkie pieniądze”. Czy moje ulubione: „Sprzedałem wszystkie swoje książki i mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić dwie butelki wina”. Choć przyznam, że to ostatnie zupełnie nie przystaje do chilijskiej rzeczywistości, gdzie wyśmienite lokalne wino można kupić za 8-10 zł.

Gdzie nie podoła nasze ubogie słownictwo, jest Tłumacz Google. To co wyrabia ta firma, co i rusz przechodzi nasze oczekiwania. Dziś prowadziliśmy m.in. dyskusje o odnawialnych źródłach energii na różnych kontynentach, obciążeniach podatkowych w Polsce i Chile czy wiadomościach z Polski przebijających się do Chile i vice-versa.

Gdyby Google był partią, to bym się do niej zapisał.

.

A na deser sztuka ulicy w Valparaiso. Uwaga! Jest na co popatrzeć. Witkacy wychodzi z grobu, kot rodem z Bułhakowa pali fajki, B16 atakuje kosmitki, a Van Gogh nie wierzy własnym oczom.

Valparaiso, Chile

.

Na Maxxxa!

Skocz ze spadochronu! Zanurkuj we fiordzie! Popływaj z delfinami! Przeleć się paralotnią nad wulkanem! Wejdź na lodowiec! Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, a najlepiej skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

Wynajmij helikopter, kup samolot, walnij trzy piwa, skocz na rafting na koniu z samolotu razem z foką!

A za wszystko zapłać kartą Visa lub dowolną inną. Niestety taka też jest Nowa Zelandia.

W Queenstown, uchodzącym za turystyczną stolicę kraju rządzi „Combo”. Wszystko jest tu w pakiecie. 10% zniżki na skok ze spadochronu, 20% zniżki przy zakupie dodatkowego lotu paralotnią, a przy zakupie 5+1 dostaniesz lunch z szampanem gratis. I jakieś 1000 dolarów na karcie mniej.

Gdy 13 lat temu nowozelandzki rząd kosztem ponad 100 mld dolarów rozpoczął trzyletnią kampanię promującą turystykę w tym kraju, większość pukała się w głowę. Zyski z turystyki ciężko oszacować, ale wówczas wydawało się, że kraj do zwiedzających musi dopłacać. Dziś już nikt nie ma wątpliwości.

W turystyce pracuje 10% wszystkich zatrudnionych, a prawdziwe zyski, łącznie z zakupem samochodów przez turystów, wydatkami na benzynę czy żywność trudno nawet zmierzyć. Oficjalne dane podają, że turystyka to największy przemysł eksportowy Nowej Zelandii, przynoszący ponad 15 mld dolarów rocznie.

Takiego genialnego przygotowania bazy turystycznej jak w Nowej Zelandii nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. W najmniejszej dziurze zamieszkałej przez 500 osób obowiązkowo będzie Informacja Turystyczna, gdzie dostaniesz 16 darmowych mapek, listę okolicznych atrakcji, a przemiła pani wytłumaczy, gdzie najlepiej zaparkować.

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Zdarza się, że tablice informacyjne na szlakach przekraczają granice absurdu

Trzeba jednak przyznać, że wraz z rozwojem infrastruktury, marketing przechodzi czasem granicę absurdu. Każdy region chce wyszarpać swoją złotą cegiełkę, więc powstają niekończące się listy atrakcji, „bez których Twoja podróż do Nowej Zelandii będzie niekompletna” lub wręcz nieudana.

I tak dowiadujesz się, że bez zdjęcia pobliskiego jeziora, spokojnie mogącego uchodzić za lepszą kałużę, w której odbijają się pobliskie szczyty, Twój album będzie nic nie warty, a bez wizyty w naszej restauracji nie smakowałeś prawdziwej Nowej Zelandii.

Przynajmniej 3 razy w Informacji Turystycznej byliśmy świadkami sytuacji, gdy jakaś Chinka lub Japonka uroczyście oświadczała: „Jestem w Mouraki/Oamaru/Te Ananu tylko dziś (względnie jutro) i co mogę tu zrobić?”

Turysta idealny. I od razu dostaje kombo w czapę. „Możesz płynąć promem widokowym już za chwilę, o 16:00 zaczyna się wycieczka do kolonii pingwinów, a jutro mamy lot widokowy nad fiordami w promocyjnej cenie”.

Z widokiem na Queenstown

Z widokiem na Queenstown

Czy to źle? Sam nie wiem. W zasadzie chyba nie. No bo z drugiej strony, my niemal wszystkie naprawdę wyjątkowe atrakcje przyrodnicze tego kraju zwiedziliśmy na własną rękę i za darmo. Informację Turystyczne służą szczerą pomocą także biedakom, a wszystkie szlaki turystyczne były przygotowane fantastycznie. Państwowy Departament Ochrony Przyrody DOC zapewnia tablice informacyjne wszędzie i o wszystkim. Pierwszy kraj, gdzie nie mieliśmy żadnego przewodnika, a byliśmy chyba najlepiej poinformowani.

Plaże Abel Tasman

Plaże Abel Tasman

Przenośne toalety są nie tylko na szlakach, ale nawet na co popularniejszych szczytach. Zawsze czyste i przez 7 tygodni spędzonych w Nowej Zelandii nie zdarzyło się, żeby gdzieś nie było papieru! Nie wiem, jak oni to robią.

Zresztą nie ma się co dziwić. Nowozelandczycy też kochają turystykę. W miastach nie ma sklepów Luis Vittona ani Prady, ale pełno trekingowych. W przeciętnym 20-tysięcznym miasteczku zazwyczaj 4.

Miałem jeszcze napisać dlaczego długo byliśmy pewni, że po popołudniu spędzonym na Przełęczy Gertrudy wśród nowozelandzkich fiordów za 9 miesięcy nasze dziecko nazwiemy właśnie Gertruda (albo zlitujemy się i damy tylko na drugie). I o wielu innych ważnych doznaniach z Nowej Zelandii, ale muszę już lecieć, bo my już dawno w Chile, na południu pogoda zaskakująco świetna i wulkan Osorno właśnie ukazał się zza chmur. Pójdę zobaczyć, co gra mu w trzewiach.

A poza tym nie śpimy po nocach, bo w tym kraju się nie da, a za dnia spokojnie łykamy kolejne tysiące kilometrów w drodze do Patagonii.

Ale zanim na konkretnie o Chile, jeszcze jedna fotorelacja z Nowej Zelandii. Tym razem fiordy:

Fiordland, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.

Nowa zoolandia

Kilka miesięcy temu bardzo chcieliśmy napisać Wam o rzeczy wyjątkowo ważnej, tj. o podejściu do dzikiej przyrody i zwierząt w ogóle w Azji.

Miało być o maltretowanych słoniach w Wietnamie i Nepalu i żeby na nich nie jeździć. Miało być o tygrysach faszerowanych środkami nasennymi na potrzeby fotki z turystami w Tajlandii i żeby Świątynię Tygrysów omijać z daleka. Miało być o psach w Chinach i Indonezji zatłukiwanych bestialsko pałką w restauracjach, żeby ich mięso było soczyste, a adrenalina i stres wydzielane do mięśni zwierzęcia podczas maltretowania zapewniły dobre zdrowie Chińczykom i żeby dwa razy zastanowić się przed zamówieniem kota czy psa w Guangdong.

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Widok płaczącego słonia ujeżdżanego cały dzień przez wrzeszczących turystów i okładanego metalowym hakiem przez właściciela na długo pozostaje w pamięci

Miało być o skorupach chronionych żółwi, które można dostać spod lady na Borneo na pamiątkę i żeby nie chodzić do delfinariów, gdzie delfiny żyją trzy razy krócej niż na wolności i niejednokrotnie popełniają samobójstwa, postanawiając po prostu przestać oddychać. Miało być o płetwach rekina, na które popyt na szybko bogacącym się chińskim rynku rośnie zatrważająco, a setki tysięcy rekinów w Indonezji, na Filipinach i połowie Pacyfiku jest łapanych tylko po to, by odciąć im płetwy i wrzucić z powrotem do morza, gdzie powoli opadają na dno, wciąż żyjąc nim zgniecie je potworne ciśnienie.

Indonezyjskie graffiti w Dżogdżakarcie

Miało być o wielu podobnych rzeczach, o których nie było, bo na zawsze utknęły w katalogu nienapisanych wpisów.

Ale przy okazji Nowej Zelandii może być o czymś zupełnie odwrotnym, czyli o wzorowym podejściu do dzikiej przyrody. To jak Nowozelandczycy traktują swoje Parki Narodowe, a często nawet zwykłe łąki i klify w okolicy średniej wielkości miast, zasługuje nie tylko na pochwałę, ale i na pomnik.

Pingwiny żółtookie gniazdują kilka kilometrów od Moeraki, a klify, które upatrzyły sobie na siedliska oddzielone są od cywilizacji szczelną siatką. Do zwierzaka można podejść, zajrzeć niemal w oko, ale trzeba uważać, żeby go nie zestresować, bo pójdzie w siną dal.

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Pingwin żółtooki na Wyspie Południowej

Plaże w Catlins ludzie dzielą z fokami i lwami morskimi, ale jeśli akurat w tym sezonie matka wybierze sobie na legowisko wydmy przy ścieżce na plażę, to serdecznie Państwu dziękujemy, przejścia nie ma. Na plażę proszę jechać 500 metrów dalej. Tu mieszka lew morski.

Jeśli na Półwyspie Otago jest miejsce, gdzie CODZIENNIE o zachodzie słońca z łowisk powraca stado 50-100 pingwinów niebieskich, będących skądinąd najmniejszymi pingwinami świata, to owszem, można podejść, popatrzeć, ale nie bliżej niż 10 metrów, żeby maluchów nie denerwować. I broń boże pstrykać foty z fleszem!

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

Przejścia na plażę nie ma. Teraz mieszka tu lew morski.

W zasadzie strażników nie ma, jak by się uparł, pingwinka można by wziąć nawet w rękę, ale przecież mamy „honour system”. Są znaki, tablice informacyjne o cyklu rozrodczym, trybie życia i żeby maluchom nie szkodzić, jeśli łaska. I jakoś człowiek aż boi się przekroczyć tej niewidzialnej granicy między nimi a nami.

Kilka kilometrów dalej na klifach daleko wypuszczonych w morze gniazdują albatrosy. I jest to jedyna kolonia tych ptaków w zamieszkałym świecie. Przepiękne ptaki, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej 3 metry szybują majestatycznie nad oceanem i głowami ciekawskich turystów, a obok znajduje się ośrodek badania i monitorowania ich zwyczajów. Za 40 dolarów można wykupić wycieczkę do gniazd albatrosów i podpatrywać, jak wysiadują jaja i karmią młode, ale można też po prostu stanąć na klifie i czekać aż będą przelatywać tuż nad głowami, dostojnie wracając ze swoich łowisk.

Co ciekawe, wszystkie, ale to wszystkie z wymienionych atrakcji świata zwierząt w Nowej Zelandii można podziwiać za darmo. Żadnych opłat za wejście do rezerwatu, Parku Narodowego, zdjęcie uśmiechniętego pingwina. Czasem tylko skrzynka zachęcająca do wrzucenia dotacji na wsparcie wysiłków konserwatorów przyrody. Aż żal nie dać.

Albatros nad Otago

Albatros nad Otago

Nawet z delfinami w Bay of Islands, na Półwyspie Banks czy Marlborough Sounds można by pływać bez problemu, nie wydając 150 dolarów za wycieczkę, gdyby miało się własną piankę i transport wodny. Proszę wsiąść na żaglówkę i droga wolna.

Podobnie z wielorybami u wybrzeży Canterbury, nieopodal Kaikoury. Wystarczy wskoczyć na łódkę i poszukać swojego humbaka. Tylko ostrożnie, bo może zmiażdżyć łódź!

Czyli jednak można normalnie.

.

A najwięcej dzikich zwierząt w Nowej Zelandii widzieliśmy chyba w prowincji Otago na Wyspie Południowej:

Otago, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia

.