Monthly Archives: Styczeń 2012

Na huśtawce

Nie oszukujmy się. Dobra dziewczyna, a w szczególności żona musi umieć pewne rzeczy, a w innych powinna być przynajmniej dobra. Niewątpliwie jedną z obowiązkowych umiejętności musi być zdolność popadania w emocjonalne skrajności, aby było ją można stale pocieszać.

Moja żona na przykład, jako że jest nie tylko dobra, ale Najlepsza, także i poruszanie się na huśtawce nastrojów opanowała do perfekcji i od skrajnej euforii do rozpaczy bez większych trudności potrafi wywahnąć się w 16 sekund. Ale przychodzą takie momenty, że emocjonalna karuzela rozkręca się na tyle, że zgarnia nawet skały wulkaniczne.

Piątek, godz. 18, euforia – zmierzamy do Auckland. Żuk pędzi po autostradzie 76 na godzinę, szyby furkoczą, wycieraczki z trudem rozmazują roztrzaskane komary, a my rozpamiętujemy wczorajsze przejście w Parku Narodowym Tongariro – dla nas z pewnością jedne z najpiękniejszych widoków całej Nowej Zelandii.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Mt Ngauruhoe, czyli tolkienowska Góra Przeznaczenia i centrum dowodzenia Mordoru. I pomyśleć, że Frodo wdrapał się na szczyt.

Myślami wybiegamy już do Ameryki Południowej, do której lecimy w najbliższą środę. Chilijskie pustynie, lodowce Argentyny i co najmniej pół roku w rytmie latynoskiej maniany. Cudownie.

Powoli witamy się także z merkantylistyczną gąską i liczymy setki dolarów, które zarobimy na sprzedaży Żuka. Kupiliśmy go fartownie za 1800 dolarów, a wart jest co najmniej 3 – 3,5 tysiąca. Zdaje się, że odbijemy sobie nie tylko za benzynę, ale na przyjeździe do Nowej Zelandii możemy jeszcze zarobić. Jeszcze dziś wieczorem umawiamy się z dwoma zainteresowanymi parami.

Sobota, godz. 15, rozpacz – zaczynamy tracić nadzieję. Sezon turystyczny w lutym powoli się kończy, wyjeżdżających zatrzęsienie, a przyjeżdżających jak na lekarstwo. Z Internetu nikt nie dzwoni, pół dnia spędziliśmy na giełdzie, gdzie Żukiem za 3 400 nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą, a wczorajsi oglądający też nie są przekonani. Zresztą trudno im się dziwić. Na dzisiejszej giełdzie turystycznej vanów było ze 20, a kupujących dwóch.

Konstatacja do dalszych przemyśleń: Ludzie nie są głupi. Sprzedał się van zdecydowanie najlepszy za 4200 (wart spokojnie 5,5 tys. dolarów, sam bym go wziął, gdybym właśnie przyjechał) i zdecydowanie najtańszy totalny grat za 2300. Turystyczne vany okazują się dobrem wysoce elastycznym cenowo. Adam Smith miał rację.

Rekonesans w Internecie pozwolił ustalić plan awaryjny. W Nowej Zelandii zatrzęsienie firm oferujących odkupienie samochodu turystom postawionym pod ścianą terminala odlotów, tzw. „cars for cash”. „Hinduscy biznesmeni”, nazywani przez nas poufale „siniakami” chętnie odkupią naszą zajefurę za 400-1000 dolarów.

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Całe szczęście darmowe Wi-Fi w bibliotece w Auckland działa nawet po godzinach

Sobota, godz. 23, euforia – na pocieszenie dwa wina. Świat od razu nabiera rumieńców. Van i srebrniki tracą na znaczeniu, a nasze głowy zaprzątają inne myśli. Ach, jak cudownie byłoby znów pożeglować. Wypatrywać Obłoku Magellana, wsłuchiwać się w szum wiatru zuchwale nadymającego się na żaglach i pływać z delfinami.

Wieczorem otwieram maila w oczekiwaniu na szczęśliwego nabywcę Żuka, a tymczasem wita mnie codzienny newsletter z Find a Crew. Patrzę i co widzę? Ziomek w Brazylii na gwałt poszukuje dwójki chętnych do pomocy w przeprowadzeniu jachtu przez Atlantyk do RPA. Ciekawe…

Niedziela, godz. 10, rozpacz – Strach poważnie zaczyna mościć się w nogawkach i zagląda w najczarniejsze zakamarki duszy. Od ponad dwóch godzin wyczekujemy na zbawienie na największej giełdzie w kraju i powoli przygotowujemy się do wprowadzenia oferty specjalnej na Żuka. Ruch zdecydowanie większy niż wczoraj, ale i vanów ze czterdzieści.

Co gorsza ostatnio Żuk zaczął wydawać koszmarne dźwięki przy zmianie biegów. Myśleliśmy, że powoli kończy się sprzęgło (jakbym wiedział, o czym mówię…), ale jeden mądrala na giełdzie obejrzał furę i stwierdził, że drive-shaft jest do wymiany. Drive-shaft czyli podłużna rurka pod samochodem, która zdaję się, sprawia, że auto jedzie. Czy to źle? Na pewno nam to nie pomoże…

W międzyczasie udaje nam się „naprawić drzwi”. Przez ostatnie 6 tygodni drzwi pasażera przy otwieraniu wyły nieznośnie jak zarzynana świnia na Vanuatu. Po tym, gdy odstraszyło to parę poważnie zainteresowanych Francuzek, poszliśmy po rozum do głowy i każdy z zawiasów otrzymał łyżkę pożywnego oleju do sałatek. Drzwi chodzą jak nowe. Zaskakujące jak człowiek potrafi być potwornie głupi.

Niedziela, godz. 14, euforia – Żuk sprzedany! Poszedł w dobre ręce. Będzie cieszył parę Brytyjczyków za jedyne 2800 dolarów. Nieźle, tysiak do przodu. Wychodzi na to, że 5 tys. km po Nowej Zelandii przejechaliśmy własnym samochodem zupełnie za darmo, albo jak kto woli 3/4 biletu do Chile mamy gratis.

W nagrodę wino i szejk truskawkowy w Macu.

I już nie będzie placków ziemniaczanych

I już nie będzie placków ziemniaczanych

Niedziela, godz. 17, euforia forte – Brytyjczyk w Brazylii wysyła wiadomość „Replied maybe”. Pora ustalić szczegóły. Szkopuł w tym, że chce opuścić brazylijskie wody 10 lutego. Pytania (w większości retoryczne).

a)   Czy chcemy spędzić Walentynki na rajskich brazylijskich wyspach Ilha Grande i Ilhabela, a następnie przemierzyć Atlantyk na szerokościach geograficznych, gdzie nie wieją już tropikalne pasaty, a zakrada się coraz więcej podmuchów znad Antarktydy?

b)   Czy odpuszczamy Amerykę Południową na rzecz 6 miesięcy wśród małych Murzyniątek i dzikich lwów?

c)   Czy uda nam się przejechać stopem z Santiago do Sao Paulo w nieco ponad tydzień?

d)   Czy warto?

—————————————-

P.S. A jeśli Najlepsza z Żon nie uskutecznia akurat sportu na huśtawce, to z pewnością robi zdjęcia. Na przykład w Mordorze.

.

Tongariro Crossing, Wyspa Północna, Nowa Zelandia

.

Reklamy

Żeby góry żarły

Jakiś czas temu prawie tydzień spędziliśmy na nowozelandzkich fiordach. Wspinaliśmy się na szczyty i przełęcze, testowaliśmy wytrzymałość naszych serc w jeziorach polodowcowych, co dzień ciesząc się słoneczną pogodą, która we Fiordlandzie prawie nigdy się nie zdarza. I pewnie napisalibyśmy kilka słów o bajkowych krajobrazach ze szczytu Key Summit i szlaku Routeburn, albo dlaczego jest przynajmniej jeden powód, by lubić imię Gertruda. Ale nic z tego, nie tym razem.

Bo rzecz nie w tym, gdzie byliśmy, ale kogo można tam spotkać.

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Wdrapujesz się na jakiś szczyt, siadasz, wciągasz czekoladę i nagle słyszysz „No dobra, chłopaki, schodzimy”. Patrzysz – dziadki.

Ale przy plecakach raki, czekany, świecą gołe klaty, a każdy mięsień gra jak na wykładzie anatomii. I tak stoisz na przełęczy, jakieś 1500 metrów, tylko Ty i On. Podskórnie czujesz, że masz do czynienia z zawodowcem, ale jak to z niego wyciągnąć? „Dużo się wspinacie?”, „Całe życie”. I nadal błądzisz po omacku.

Całe szczęście chłopaki, spotkaniem rodaków równie zdziwieni co my, zaprosili nas do chaty alpinistów na kolację. Ale tu rozmawiając o dokonaniach też z trudem się czegoś dowiesz. Że Marek to pierwszy Polak, który zdobył McKinley? Że Andrzej Mierzejewski wraz Krzysztofem Wielickim i kilkoma innymi kumplami wytyczał nowe drogi na najwyższych szczytach na Kaukazie i w Afganistanie?

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Widok na Mt Tasman ze szczytu Mt Cook

Wstyd się przyznać, ale o żadnym z nich nie słyszeliśmy. Marek Głogoczowski? Andrzej Mierzejewski? Andrzej Kula? Kukuczka, Wielicki, Rutkiewicz, Cichy – to są nazwiska, które gdzieś dzwonią. Względnie Baranowska czy Morawski.

I dopiero gdzieś pokątnie w anegdotach i historiach przy herbacie, można coś poskładać. Trzydzieści, może 40 lat temu Marek wraz z Leszkiem Cichym zbiegł kiedyś 3 tysiące metrów spod Mont Blanc w 3 godziny. Ot tak, bo chcieli sprawdzić czy dadzą radę.

Gdy późnym popołudniem trafiliśmy na siebie na przełęczy, po kilku godzinach mozolnego marszu dla nas był to już szczyt trekingu na ten dzień. Oni właśnie wracali z okolicznych szczytów po 13 godzinach wspinaczki. Korzystając z ładnej pogody, postanowili się jeszcze powspinać, bo ładnie fiordy widać. Do Nowej Zelandii przyjechali na Mt. Cook – najwyższy szczyt tego kraju, który zdobyli kilka dni wcześniej.

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Chłopaki na szczycie Mt Cook

Marek ma 70 lat, Andrzej Mierzejewski 63. Tacy emeryci. Ale co to za emeryt, co w wieku 70 lat wstaje o 1 w nocy i rusza na czterotysięcznik? Pokonuje lodowce, przeskakuje głębokie na kilkaset metrów rozpadliny i przez 19 godzin wspina się na na najwyższą górę Nowej Zelandii. No tak, ale to emeryt z Zakopanego.

Mam koleżankę z Zakopanego. Kiedyś wraz z kumplami z GOPRu wspięli się, nie, w zasadzie wbiegli na trzy najwyższe szczyty Tatr – Gerlach, Łomnicę i Lodowy. Jednego dnia! Kilkadziesiąt kilometrów odległości i kilka kilometrów przewyższenia. Ale Zakopiańczycy to raczej inna rasa.

Czy Marek jest najstarszym człowiekiem, który wspiął się na Mt. Cook? Pewnie tak. Choć tu nikt statystyk nie prowadzi. Andrzej Kula mówi, że gdy nerwy im puszczają, gdy ściana wydaje się zbyt trudna, przodem puszczają Marka.

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z widokiem na Alpy Południowe i lodowiec Tasman

Z kolei przy stole nie ma takiej sytuacji, żeby Marek czegoś nie dojadł. Od razu widać – człowiek głodny życia. Akurat doskonale go rozumiem, bo w swoim dwuipółkrotnie krótszym życiu też nie zostawiłem okruszka na talerzu.

Andrzej Kula to jeszcze inna bajka. Wizytówka kraju. W ’82 wyemigrował do Australii. Przez 20 lat nie wracał do kraju, a trudno nawet wyłapać obcy akcent, gdy się z nim rozmawia. Dziś w Melbourne buduje maszty do żaglówek regatowych. Co weekend sam ściga się w regatach, lata na kajcie i z utęsknieniem czeka na ten czas, gdy przyjeżdża wspinać się w Tatrach. Ostatnimi czasy w Polsce co roku spędza co najmniej miesiąc. O kraju, górach, żeglowaniu, emigracji, trudnych latach poza domem można z nim rozmawiać całą noc.

W drodze na szczyt

W drodze na szczyt

Na pożegnanie Marek rzucił do nas taternickie „żeby nam ta Ameryka Południowa zażarła!”. Cóż, „Żeby Wam góry żarły!” Ciekawe, gdzie w przyszłym roku będziecie się wspinać.

Odjeżdżając, przepełniało nas jakieś dziwne uczucie. Niby szczęście. Niby radość. I moc. Ale to nie to. I chciało się latać.

Już wiem. To Duma. Duma Narodowa.

.

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Andrzeja Kuli, Andrzeja Mierzejewskiego i Marka Głogoczowskiego. Więcej (naprawdę niesamowitych) kadrów nowozelandzkich Alp możecie obejrzeć tutaj:

Polscy alpiniści na Mt Cook, Nowa Zelandia

.

De gustibus non

Zakończył się (przynajmniej dla nas) konkurs na Blog Roku. Niestety nie udało nam się przebić do pierwszej dziesiątki, z której zwycięzcę wybierze juror.

Co poszło nie tak?

Co poszło nie tak?

Dziękujemy serdecznie wszystkim, którzy oddali na nas głosy, apelowali do znajomych na fejsie i słali nam ciepłe słowa w mejlach. Fajnie się dla Was pisze. Ogromne Blog zapłać.

W nagrodę ładna fotka z rejonu Marlborough na Wyspie Południowej:

Pelorus Sound, Marlborough, Nowa Zelandia

.

Wieje

– Zawsze u Was tak wieje?

– Wieje? Dzisiaj to nic. Najwyżej 40-50 km/h. W listopadzie mieliśmy pierwsze piękne dni, więc wystawiliśmy dziewczynkom trampolinę w ogrodzie. Za parę godzin jemy obiad, patrzę, a pod oknem trampolina zbiera się do startu. Zanim zdążyłem wybiec, przeleciała nad dachem i spadła tuż obok samochodu.

– Dość szczęśliwie trzeba przyznać.. Ładnie wybrała sobie miejsce do lądowania. W Polsce też mamy czasem silne wiatry, ale to raczej w lato, jak człowiek podje kapusty z grochem. Albo fasolkę po bretońsku. A u Was to raczej cały rok… Zagapisz się, to może być klops.

Prognoza na najbliższe dziesięciolecia: Wiatr silny, chwilami porywisty, południowy i południowo-zachodni

Prognoza na najbliższe dziesięciolecia: Wiatr silny, chwilami porywisty, południowy i południowo-zachodni

– Przeważnie. Mówią, że to jedno z najbardziej wietrznych miejsc na świecie. Wieje znad Oceanu Południowego – prosto znad Antarktydy. A propos klopsa. W zeszłym roku sąsiad robił podbitkę ze sklejki pod dachem. Była wyjątkowo piękna pogoda, więc szwagier rozpalił grilla. Przerwa w pracy, piwko i pogaduchy. Suma summarum praca poszła w odstawkę na jutro, a sklejki zapomnieli schować do garażu. W nocy zerwał się taki wicher, że wyczyścił im całe podwórze. Metrowe kawałki sklejki zawisły na drzewach w tamtym lasku.

————————————-

Nowa Zelandia faktycznie należy do najbardziej wietrznych miejsc na świecie. W stolicy – Wellington, położonej na południowym cyplu Północnej Wyspy, przypada 199 dni w roku, w których porywy wiatru sięgają 34 węzłów, czyli ponad 63 km/h.

odlot

Na południowym krańcu Wyspy Południowej jest jeszcze gorzej. Drzewa rosną poziomo, a na klifach wystarczy rozpostrzeć bluzę i można zacząć szybować. Przez Catlins wiedzie Południowa Droga Widokowa. I faktycznie widoki są imponujące. Na wybrzeżu trzeba jednak mocno trzymać kierownicę, bo podmuchy są tak silne, że niejednokrotnie transportowały nam Żuka na sąsiedni pas. Całe szczęście ruch tutaj niewielki, więc czołówkę najłatwiej zaliczyć z testującymi wytrzymałość swoich pancerzyków sześcionogimi kamikadze.

Fale na krańcu Wyspy Południowej

.

Niech Cię usłyszą

Drogi blogoczytaczu, oto nadszedł Twój czas.

Być może czytujesz nas regularnie, a być może trafiłeś tu po raz pierwszy, tropiąc jakieś pasjonujące linki w guglach. Może swego czasu znalazłeś tu użyteczne informacje podróżne. A kto wie, może czytając jakiś wpis, zagościł na twej twarzy zbłąkany uśmiech.

Tak czy siak, właśnie rozpoczął się konkurs na Blog Roku 2011, w którym bierzemy udział i my.

Bierzemy udział i my

Jeśli lubisz czytać nasze teksty i oglądać zdjęcia albo po prostu podoba Ci się to, co robimy, nie wahaj się. Zagłosuj na nas.

Wyślij SMS o treści D00154 na numer 7122. W numerze bloga znak 0, to cyfra zero. Pamiętaj, także, aby nie wstawiać w SMS spacji. Koszt wiadomości to 1,23 zł. Ulgę wężowi w kieszeni niech przyniesie fakt, że dochód z smsów idzie na zbożny cel. Głosowanie trwa do godz. 12:00 w czwartek 19 stycznia.

Czytelniku, chwyć za telefon i oddaj swój głos.

.

Science-fiction

Dawno dawno temu była sobie Nibylandia. Jeszcze 100 lat temu Nibylandia była zamieszkana niemal wyłącznie przez rdzennych Niblandczyków. Ale świat rozszerza się znacznie szybciej niż wszechświat i do Nibylandii zaczęli napływać imigranci. Początkowo głównie słynący z zaangażowania robotnicy z Indii sprowadzani do pracy na farmach. Z czasem Hindusi zaczęli sprowadzać rodziny. Jednocześnie w Indiach powoli zaczęła roznosić się wieść o rajskiej, niezatłoczonej Nibylandii, gdzie każdy może zrealizować swój obywatelski sen.

Przybyło jeszcze więcej Hindusów. Z czasem hinduscy imigranci zaczęli odchodzić od pracy na farmach i zajęli się tym, w czym – obok Chińczyków – są chyba najlepsi na świecie. Zaczęli otwierać małe biznesy – sklepy, sklepiki, pralnie, apteki. Mając niewątpliwą smykałkę do interesów, zaczęli także skupować i dzierżawić ziemię. W przeciwieństwie do rodowitych Niblandczyków, których myśl rzadko wybiega dalej niż za jutrzejszy obiad. W pierwszej połowie XX wieku za grosze, a często po prostu za skrzynkę piwa albo hinduskie fatałaszki imigranci wykupili lub wydzierżawili na kilkadziesiąt lat ziemię aż po horyzont.

Po wielu latach spędzonych w Nibylandii doczekali się także obywatelstwa. I prawa wyborczego.

W międzyczasie, niemal niepostrzeżenie, pielęgnując tradycyjny model rodziny 2+12 Hindusi stali się większością obywateli.

I nadszedł wreszcie rok zerowy. Głosami mniejszości, która nie wiedzieć kiedy stała się większością po raz pierwszy wybrano rząd, w którym przeważali Hindusi. I choć premierem został Dr Dobroduszny – rodowity Niblandczyk, to jasne było, że opowiadał się on za zwiększeniem przywilejów dla nowej większości.

To przepełniło kielich, a mleko wylało się wraz z kąpielą. Generał Surowy w okamgnieniu zwołał amię i wyrzucił Dr Dobrodusznego oraz cały jego hinduski rząd na pysk. Świat protestuje, Australia rwie włosy z głowy, Indie grożą bombardowaniem Niblandczyków łajnem wszystkich świętych krów, ONZ wydaje rezolucje 512 przecinek 16, a Brytyjska Wspólnota Narodów zastanawia się czy nie zawiesić niesfornego członka w prawach członka. Ale czy można wyrzucić tak ważne państwo jak Nibylandia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów? Przecież oni tak kochają rugby!

Generał Surowy nie jest jednak Generałem Samo Zło i chce tylko dobra Niblandczyków, więc wkrótce ustępuje i przechodzi na mniej eksponowane stanowisko Ministra Spraw Wewnętrznych, trzymając odbezpieczony pistolet w kaburze. Tysiące Hindusów sprzedają swoje sklepiki i majątki i emigrują do Australii (Nibylandia 2030??).

Tymczasem nowy rząd sporządza konstytucję gwarantującą większość w parlamencie Niblandczykom, a po kilku latach premierem w uczciwych wyborach zostaje Generał Surowy. Ale lata lecą i po niemal dekadzie premierem po raz pierwszy zostaje Hindus – Pan Szanowany. Pan Szanowany szybko kończy jak Dr Dobroduszny, a władzę znów przejmuje wojsko, dzierżąc ją twardo po sądny dzień.

Koniec.

———   * * *  ————   * * *  ————   * * *  ————–

Fikcja na żywo

Jak bardzo fikcyjna jest Nibylandia i rok zerowy?

Czy to Stany Zjednoczone 2020? Holandia 2018? Wielka Brytania 2016?

Niezupełnie. To Fidżi 2011.

Dyktatura pod palmami

Dyktatura pod palmami

W ciągu ostatnich 20 lat turystyczny raj na Pacyfiku przeżył 5 wojskowych zamachów stanu oraz kilka pomniejszych nadszarpnięć demokracji. Pierwszy przewrót odbył się już w 1987 roku. Hindusi stali się wówczas większością obywateli, a Dr Dobroduszny, a w zasadzie Dr Bavadra wyleciał ze stanowiska szybciej niż zdążył uformować hinduski rząd.

Od tamtego czasu władzę w kraju co kilka lat przejmuje wojsko, grożąc palcem, prostując sytuację i wycofując się na z góry upatrzone pozycje. Co ciekawe w międzyczasie demokracja działa w miarę normalnie, więc premierzy wyrzucani na pysk skarżą się do Sądów Najwyższych i Apelacyjnych, które na zmianę przyznają im rację bądź gnają, gdzie pieprz rośnie.

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Po przebiciu się przez turystyczną ścianę, okazuje się, że Fidżyjczycy są jednym z najcieplejszych i najbardziej gościnnych narodów na Pacyfiku

Dwa lata temu sprawy zaszły jednak za daleko, a Sąd Apelacyjny wzorem dobrze nam znanych Sądów Lusterkowych i innych Trybunałów uznał, że „wojskowy zamach stanu z 2006 roku był niekonstytucyjny”, w związku z czym trzeba jednak odwołać urzędującego wojskowego premiera.

I co? I Sąd Apelacyjny wyleciał na zbity pysk raz na zawsze, a wraz z nim WSZYSTKIE INNE SĄDY I SĘDZIOWIE. Od 2009 roku wojskowi rządzą na dobre, niczym się nie przejmując i de facto pilnując porządku.

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Relaks na Fiji pierwsza klasa

Niblandzka dyktatura wojskowa przeciętnemu obywatelowi w niczym nie przypomina jednak stereotypowej dyktatury. Nikomu nie dzieje się krzywda, w zamachach nikt nie ginie, Hindusi emigrują, jeśli chcą, a ci, którzy nie chcą, nadal dzierżą ok. 90% gospodarki, której to własności nikt im nie odbiera. Fidżyjczycy polityką raczej się nie interesują i spotkaliśmy tylko jednego, który miał sprecyzowane zdanie i orientował się w bieżących wydarzeniach. Skądinąd popierał on opcję wojskową, która „trzyma kraj żelazną ręką i nie pozwala imigrantom przejąć władzy w nie swoim kraju”. Wielu z nich pamięta jednak, że Hindusi wydzierżawiali setki hektarów na długie lata za naręcze ciuchów czy lampę naftową.

Jeśli chodzi o turystów, to większość nawet nie wie, że krajem rządzi wojsko. Biznes turystyczny jednoczy miejscowych chrześcijan, hindusów i muzułmanów, a pieniądz nie zna religii. Wszyscy jednogłośnie krzyczą Bula!

Ale dyktatura to jednak dyktatura. Prawda? I do tego konstytucyjne ograniczenie praw wyborczych gwarantujące jednej nacji parytet większościowy w parlamencie. Jawna dyskryminacja ze względu na rasę.

Ale czy można się Fidżyjczykom dziwić? To nie oni sprowadzili tu pierwszych Hindusów, a Brytyjczycy, którzy skolonizowawszy kraj ponad 100 lat temu zaczęli sprowadzać tanią siłę roboczą do pracy na farmach. Doprawdy trudno turyście rozstrzygać takie dylematy.

A ryby polityką się nie interesują

A ryby polityką się nie interesują

Po zamachu sprzed dwóch lat Komandor Groźny, a w zasadzie komandor Bainimarama zapowiedział, że demokratyczne wybory odbędą się „najpóźniej w 2014 roku”. Ostatnio stwierdził jednak, że w kraju panuje ład i chyba nie będzie takiej potrzeby.

Brytyjska Wspólnota Narodów ostatecznie zdecydowała się zawiesić Fidżi w prawach członka, więc najbliższy kongres nie na Pacyfiku, a najpewniej na Malediwach.

.

6.0

6 stopni w skali Richtera. Dużo to i mało.

Gdy uderzyły pierwsze wstrząsy, zaparkowaliśmy akurat naszego Żuka pod sklepem. Szybka myśl: stoimy nad tunelem metra albo bardzo blisko przejeżdża jakiś superpociąg. Tylko że w Christchurch nie ma metra ani ciężkich kolei!

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

O ile na zewnątrz nawet silne trzęsienie ziemi daje się odczuć niemal wyłącznie jako przejeżdżający blisko pociąg, to wewnątrz budynku wrażenia tego nie można już pomylić z niczym innym. Szyby piszczą, część witryn sklepowych pęka, ściany się trzęsą, a w mieszkaniu ciężko utrzymać równowagę. Ludzie odbijają się od ścian, w pośpiechu próbując opuścić budynki.

Trzęsienie ziemi 23 grudnia było czwartym największym w historii Christchurch. Tak się akurat złożyło, że miało ono swoje epicentrum w New Brighton – dzielnicy, w której zatrzymaliśmy się u naszego Couch Surfa.

Część mostów w mieście zostało uszkodzonych, a połowa New Brighton znalazła się pod wodą. O ile można tak powiedzieć o 20-centymetrowej warstwie wody zalegającej głównie na ulicach i co poniektórych chodnikach. Część miasta została zalana przez wody podskórne, które wraz z płynnym błotem uwolniły się na powierzchnię. W jednym z supermarketów dosłownie pękła podłoga, a po kilku minutach woda sięgnęła kilkunastu centymetrów. Centrum handlowe ewakuowano w jakieś 3 minuty, a przez kolejne kilka godzin pracownicy szczotkami wymiatali wodę i błoto wciąż wypływające na powierzchnię.

I przedświąteczny utarg diabli wzięli

I przedświąteczny utarg diabli wzięli

Jak twierdzą sejsmolodzy trzęsienie wigilijne było w zasadzie wstrząsem wtórnym po najbardziej niszczycielskim trzęsieniu z lutego 2011, gdy zginęło łącznie 181 osób. Straty oszacowano wówczas na 20 do 30 miliardów dolarów, co czyni je czwartym najdroższym trzęsieniem w historii świata. Lutowe trzęsienie miało co prawda zaledwie 6,3 stopni w skali Richtera, ale było dużo silniejsze niż mogłoby się wydawać.

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Kratery z płynnym błotem na chodnikach (liquefaction)

Okazuje się bowiem, że skala Richtera to niemal nieużywana już przez sejsmologów zabawka, pielęgnowana w zasadzie wyłącznie przez dziennikarzy, ponieważ nadal najsilniej otwiera oczy masowej wyobraźni. Jest ona mocno niedoskonała, bo określa jedynie całkowitą ilość energii wyzwolonej podczas trzęsienia. Sejsmolodzy wolą tymczasem inne skale, a najchętniej wskaźniki takie jak PGA, określające przyspieszenie ziemi podczas wstrząsu. Innymi słowy jeśli trzęsienie jest zaledwie średnie, ale trwa chociaż pół minuty, albo nawet 2 minuty, to wyzwoli znacznie więcej energii niż gwałtowne wstrząsy trwające 12 sekund. I tak stało się właśnie w Christchurch w lutym. Przyspieszenie ziemi wyniosło wówczas 2,2 g, czyli było ponad dwukrotnie większe niż w przypadku większości trzęsień o sile 7, a nawet 8 stopni w skali Richtera.

Ale wróćmy do naszego trzęsienia z 23 grudnia. W ciągu całej doby poprzedzającej Wigilię odczuliśmy łącznie ponad 50 trzęsień, z czego aż pięć było silniejszych niż 5 stopni w skali Richtera. I cóż możemy rzec?

Miasto nie jest zrujnowane, nikomu nic się nie stało i jedyne co daje się odczuć, to nadmierna nerwowość. Zapłakani i spanikowani ludzie wydzwaniają do radia, skarżą się, że zawalił im się dopiero co odrestaurowany płot przed domem, a błoto na głównej ulicy sięga już połowy alufelgi. Już 5 minut po trzęsieniu przeleciały nad nami co najmniej 3 helikoptery ratownicze sprawdzające straty i poszukujące rannych. Tym razem na szczęście nikomu nic się nie stało.

Dobrze, że jest 4x4

Dobrze, że jest 4x4

Rozumiem, że lutowa trauma wciąż jest jeszcze żywa. Faktem jest, że zginęło wiele osób. Jednak straty oszacowane na 20-30 miliardów wynikają głównie z tego, że Inspekcja Budowlana nakazała wyburzyć ponad jedną czwartą z 4000 budynków w centrum uznanych za niestabilne (z tego mnóstwo biurowców i międzynarodowych hoteli). Wszystkie domy prywatne położone w promieniu kilkudziesięciu metrów od rzeki także zostały oznaczone jako „czerwona strefa” i przeznaczone do wyburzenia. Tak się akurat składa, że tradycyjnie od dziesięcioleci były to dzielnice willowe na bogatych przedmieściach.

Pewnie słusznie. Nowa Zelandia to bezpieczny kraj i nikt tu nie będzie ryzykował nawet złamaną ręką dla kilku milionów dolarów. I tak zapłaci ubezpieczyciel do spółki ze skarbem państwa.

Spalone domy po wybuchu Merapi z 2010 roku

Spalone domy po wybuchu Merapi z 2010 roku

Nie chcę bagatelizować sprawy. Rzecz tylko w tym, że kilka miesięcy temu spędziliśmy 3 miesiące w Indonezji. Niemal przez tydzień mieszkaliśmy w Dżogdżakarcie na Jawie. Pobliski wulkan Merapi jest prawdopodobnie najbardziej niszczycielskim wulkanem na Ziemi. Jawa podobnie jak Nowa Zelandia, także leży na Pacyficznym Pierścieniu Ognia i co jakiś czas nawiedzają ją silne trzęsienia ziemi. Podczas naszej wizyty w kwietniu mijało właśnie pół roku od jednej z najgwałtowniejszych erupcji Merapi w historii.

Zostają po nich buty i telefon głuchy

Zostają po nich buty i telefon głuchy

Cztery lata wcześniej znajoma, u której mieszkaliśmy na Couch Surfingu została przygnieciona przez metalową konstrukcję dachu, który zawalił się podczas tragicznego trzęsienia z 2006 roku. Przez wiele godzin leżała pół żywa, dopóki nie wyciągnęli jej sąsiedzi. Wówczas w trzęsieniu o sile 6,2 stopni w skali Richtera zginęło niemal 6 000 osób, a półtora miliona straciło dach nad głową.

Tam jednak o Inspekcji Budowlanej ani tym bardziej odszkodowaniach nikt jednak nie słyszał. Pod Merapi popioły także opadają, a ludzie zaczynają odbudowywać swoje wioski.

Erupcja Merapi z 2010 roku zrównała z ziemią wiele wiosek i zmusiła do ewakuacji ponad 400 tys. ludzi

Erupcja Merapi z 2010 roku zrównała z ziemią wiele wiosek i zmusiła do ewakuacji ponad 400 tys. ludzi

Widać zdecydowanie lepiej żyć w Nowej Zelandii niż Indonezji. Przynajmniej pod pewnymi względami.

.

A poniżej zapraszamy do pierwszej, z jak się zanosi bardzo licznych, galerii z Nowej Zelandii. Na początek okolice Christchurch, czyli region Canterbury na Wyspie Południowej.
.

Canterbury, Nowa Zelandia

.