Monthly Archives: Październik 2011

Jak smakuje kava

Po 51 dniach spedzonych na Vanuatu, opuszczamy ten niesamowity kraj. Sposrod wielu pasjonujacych kwestii, ktorymi nie zdazylismy sie z Wami podzielic, jedna zajmuje miejsce szczegolne. Ta rzecz to kava.

Ten artykul mial powstac juz poltora miesiaca temu po spedzeniu tygodnia na Tanie. To tam po raz pierwszy pilismy kave, a jak mielismy sie wkrotce przekonac, nigdzie indziej rytual spozywania tego napoju nie jest tak niezwykly i niezmieniony od wiekow.

Mistycyzm i slina

Dawno dawno temu kava zarezerwowana byla wylacznie dla wodza i starszyzny wioskowej. Z biegiem czasu, starszyzna uznala jednak, ze kava, jako srodek rozluzniajacy i uspokojajacy, moze lagodzic obyczaje. Decyzje o puszczeniu kavy w wioskowy obieg przyspieszylo zapewne pojawienie sie alkoholu wraz z europejskimi odkrywcami. Alkohol powodowal zwady i potegowal agresje.

Kava, podobnie jak wiele innych dobrze znanych acz nieslusznie zabronionych substancji, wyzwala stan beztroski, poskramiajac jednoczesnie sklonnosc do agresji. U jednych wyzwala euforie i pobudza elokwencje, u innych wzmaga sennosc. Z doswiadczenia dodam, ze po 7-8 czarkach sennosc wzmaga raczej u wszystkich.

Dzis na calym Vanuatu kave pija wszyscy. Ale nie na Tanie.

Tu kava zarezerwowana jest wylacznie dla mezczyzn, a jej spozywanie to mistyczny rytual. Korzenie kavy najpierw trafiaja do dzieci. Te starannie zuja obrane pedy az do uzyskania jednolitej papki zapychajacej cale usta.

Zucie kavy to najlepszy sposob na wyzwolenie kawalakton odpowiedzialnych za lekkie dzialanie psychotropowe. Korzen kavy w smaku przypomina nieco zucie imbiru z pieprzem, a w zasadzie nawet bardziej galezi wierzbowych z odrobina imbiru i pieprzu. Po kilku minutach zucia usta, jezyk i cale gardlo zupelnie dretwieja i kavowa papke nalezy wypluc na specjalnie w tym celu przygotowana szmate. Tak przygotowana papka zalewana jest miarka wody, ktora po ustaniu sie i przecedzeniu przez szmate trafia do kokosowej czarki i jest gotowa do serwowania.

Na Tanie kave pija sie wylacznie w Nakamalu. Nakamal to z lokalnego jezyka „Miejsce calkowitego Spokoju”. Dla zapewnienia takowego, wstep do Nakamalu maja wylacznie dorosli mezczyzni. Tu po kolei kazdy z uczestnikow wieczoru otrzymuje polowke kokosa napelniona kavowym ekstraktem i udaje sie kilka krokow na strone na chwile zadumy. Szepcze kilka slow do przodkow i wychyla cala czarke w kilku lykach.
Ziemisty napoj rozchodzi sie po trzewiach, juz na poczatku powodujac odretwienie jezyka i krtani. Po kilku sekundach sytuacja wraca do normy, a przyspiesza to rytual odchrzakiwania i plucia calym dobrem nagromadzonym w zatokach.

Trzeba przyznac, ze kava na Tanie jest mocna. Nawet jak na Vanuatu. Podobnie jak na innych wyspach, najlepiej spozywac ja na pusty zoladek. Po dwoch czy trzech czarkach takiego napoju, nogi placza sie jak prezydentom w Charkowie i zupelnie nie reaguja na sygnaly z bazy.

Po kilku pierwszych kolejkach przychodzi pora na wspolny posilek. Zazwyczaj gotowany yam i maniok, grillowane taro, jakas zielenia w zalewie kokosowej.

Rozwazna i romantyczna

Gdy wodz jednej z wiosek na Tanie zapraszal mnie i kapitana na kave, w jego oczach malowala sie pewna niezrecznosc. Jak zaprosic przybyszow na wieczorny rytual, nie urazajac kobiety?

Aby zadoscuczynic choc w jakis sposob zachodniej emancypacji, zaproponowal czarke kavy na wynos, do posmakowania dla Najlepszej z Zon. Ta jednak, swiadoma specyficznego ceremonialu na najbardziej tradycyjnej z vanuatanskich wysp, pospiesznie zrezygnowala z tego zaszczytu.

W jej oczach rowniez malowala sie pewna niejednoznacznosc. Wrodzony bunt przeciw nierownosciom jakby ulegal spokojowi ducha wobec slinotoku miejscowych dzieci. Najlepszej z Zon oszczedzono zatem mistycznej kavy na Tanie.

Na pozostalych wyspach dawala jednak czadu jak najlepszych ogrodnik kopry. Trzeba przyznac, ze mimo ze moga, kobiety rzadko korzystaja z urok delikatnie otumaniajacych wlasciwosci kavy. W ciagu niemal dwoch miesiecy spedzonych na Vanuatu spotkalismy raptem kilka z nich w miejscowych kava-barach.

Kava-bary na wszystkich innych wyspach poza Tana zajely miejsce Nakamali. Tu kave przyrzadza sie wspolnie w duzych, 10-, 15-litrowych wiadrach. Korzenie kavy najpierw mieli sie w maszynce do miesa, zamontowanej na stale w kava-barze. Dalej procedura jest taka sama.

Kava popularna jest niemal na wszystkich wyspach Pacyfiku, a szczegolne znaczenie ma takze na Fidzi. Tam jednak kave najpierw sie suszy, proszkuje i dopiero miesza z woda. Tak przygotowany napoj, mimo ze higieniczny, nie ma nawet polowy uroku i mocy z Vanuatu.

P.S. A tu mozecie obejrzec kilka zdjec z przygotowywania i picia kavy, zobaczyc jak lapie sie tradycyjne czolno na stopa, a takze podpatrzec miejscowych rzezbiarzy przy pracy. Zapraszamy do galerii z Ambrym – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/AmbrymIMalakulaVanuatu?authuser=0&feat=directlink

P.P.S. Na mocy ustawy z 2009 r. o przeciwdzialaniu narkomanii, posiadanie roslin zywych, suszu, nasion, wyci?g oraz ekstrakt z kavy jest w Polsce nielegalne. O tyle to dziwne, ze Vanuatu, Fiji i polowa Pacyfiku eksportuje kave na przyklad do Niemiec czy USA w ilosciach hurtowych. W Stanach, w szczegolnosci na Florydzie miejscowe „Nakamale” szybko zyskuja popularnosc i powstal juz nawet jeden Nakamal sieciowy.

Rzecz w sumie zaskakujaca, bo ziemisty napoj o mocno korzennym smaku da sie przelknac, gdy saczy sie go z wodzem przy ognisku lub pod stzecha w dzungli, ale czy napilbym sie go z wlasnej nieprzymuszonej woli, paradujac w kwiecistej koszuli w Miami?

Zdaje sie, ze bedziemy musieli to sprawdzic…

.

Reklamy

Przystanek Alaska – lotnik

Kilkumiesieczne rozmowy z naszym kapitanem przynosza coraz to nowe rewelacje. Niniejszym kontynuujac watek naszego Wilka morskiego z USA, wprowadzamy nowe urozmaicenie na blogu – Przystanek Alaska, w ktorym prezentowac bedziemy ciekawostki z tego niezwyklego kraju. Wyjatkowo znajdziecie tu rzeczy zwiezle, ktore w sam raz potowarzysza Wam przy porannej kawie, a przed pierwsza sesja na fejsie w robocie.

Dzis rzecz o samolotach i polnocnoamerykanskiej mentalnosci.

Na Alaske przypada najwyzszy odsetek prywatnych samolotow na mieszkanca w calych Stanach, a prawdopodobnie i na calym swiecie. Male samoloty to tutaj nie luksus, a zwyczajny srodek transportu i rozrywka.

Fanem lotnictwa i wlascicielem 3 samolotow w ciagu swojego zycia byl na przyklad ojciec Ricka – wlasciciel malego sklepiku w pieciotysiecznym miasteczku. Nasz kapitan tylko w swoim miescie zna kilkadziesiat rodzin, ktore posiadaja male 2- i 4-osobowe Cesny.

Maly nowy samolot to koszt ok. 100 tys. dolarow, czyli srednie polroczne zarobki przecietnej rodziny. Uzywany moze kosztowac nawet polowe tej ceny.

Co wiecej, samolot mozna sobie kupic w czesciach jako zestaw Malego Modelarza i skleic samemu. Na takie awionetki nie potrzeba nawet licencji pilota! Zestaw Malego Modelarza to raptem 30 tys. dolarow, a zrobiony wlasnorecznie samolot nie ma zadnych ograniczen w stosunku do pozostalych maszyn dopuszczonych do ruchu powietrznego.

Alaskanie lataja samolotem nad jezioro na weekendzik, na polowanie na okoliczne Wyspy Aleuckie, na piknik w sobotnie popoludnie, a nawet do Anchorage. Podroz z Kenai – rodzinnego miasta Ricka – do Anchorage samochodem to 2-3 godziny. Samolotem 15 minut. Wiec jak twierdzi Rick, rachunek jest chyba prosty.

Prawda??

Ktos wie, co to jest dugong i jak patrzy mu z oczu? Albo jak wyglada lekcja polsko-angielska lekcja geografii w wioskowej szkole na Vanuatu? Zapraszamy do galerii zdjec z Epi – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/EpiVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Raz, dwa, trzy – Jezus!!

Gitarzysta coraz delikatniej glaszcze struny, klawiszowiec stopniowo wycisza kolejne uderzenia i oszalamiajaca do tej pory melodia gospel powoli staje sie juz tylko tlem. Tlum nadal spiewa jednym glosem, ale taneczna i skoczna dotychczas muzyka nabiera bardziej kolyszacego charakteru.

Spiewajaca kobieta za oltarzem ustepuje miejsca mezczyznie w srednim wieku. W zadnej z okolicznych wiosek nie ma tu ksiedza ani pastora, a mieszkancy sami prowadza msze. Mezczyzna za oltarzem to Joseph, miejscowy niby-mechanik, ktemu dzien wczesniej pod przewodnictwem naszego kapitana pomoglismy naprawic generator.

Joseph wstepuje za oltarz i powoli sie rozgrzewa. „Niech Was Bog blogoslawi” – krzyczy kilkakrotnie. „Amen” – odpowiada mu chor gardel za kazdym razem. Co jakis czas ponawia blogoslawienstwo, a nastepnie serwuje danie glowne.

„RAZ, DWA, TRZY” – krzyczy niespodziewanie w trakcie krotkiej przemowy, ze jestemy rodzina. Tlum nie daje sie jednak zaskoczyc i w okamgnieniu wykrzykuje „JEZUS!!!”, podnoszac jednoczesnie w gore zacisnieta piesc. Krzyk ogluszajacy niczym tropikalny grzmot przeszywa duszne tropikalne powietrze tak, ze ciarki dziarsko hasaja nawet po niewierzacych.

Spiewajacy „tlum” w kosciele to niemal wszyscy mieszkancy wioski, ale wcale nie przytlaczajacy legion, a jakies 25 osob. Kosciol z kolei to cztery filary ustawione w niewielkim kwadracie, podtrzymujace cienki blaszany dach. Wewnatrz 3 rzedy lawek i kilka plastikowych krzesel z przodu, a pomiedzy filarami murek wysoki moze na metr.

Msza na Vanuatu to w dwoch trzecich wspolne spiewy. W przerwach wstaje ktos ze starszyzny i mowi, ze mlodzi powinni sluchac rad rodziny i starszych. Ze maz powinien dbac o zone i dzieci. Potem znowu wspolne spiewy przez kilkanascie minut. Wstaje ktos inny i wyglasza krotkie przemowienie na temat prawidlowych relacji miedzy sasiadami w wiosce. Znowu spiewy.

Krakersy i maliny

Joseph ponownie wstepuje za oltarz i oglasza „Modlmy sie”. I wszyscy sie modla. Glosno. Kazdy o cos innego. 25 osob jednoczesnie mowi albo i krzyczy, co lezy im na sercu. Maria obok nas modli sie za syna, ktory uczy sie w stolicy, sasiad po prawej stronie modli sie o dobry polow w przyszlym tygodniu, ktos dalej prosi o przebaczenie. Kosciol rozbrzmiewa kakofonia modlitw.

Podobnie jak wiekszosc mieszkancow, ten proszacy o przebaczenie rodziny, modli sie w jezyku Bislama („Aj askem forgiwnesia…”), ale zrozumienie modlitwy utrudnia raczej odleglosc od mowcy niz nieznajomosc tego najdziwniejszego jezyka, jaki dotychczas spotkalismy.

Komunie stanowia krakersy sniadaniowe przelamane na kilka czesci oraz dzban soku malinowego, z ktorego kazdy po kolei pociaga saznistego lyka.

Z kolei po mszy najbardziej niesamowita uczta, jakiej bylismy swiadkami. Kazda z rodzin przynosi jedno danie, a wielki stol przypomina polskie bozonarodzdeniowe zastawy. Wspolny obiad na trawie trwa co najmniej godzine, a przez kolejnych kilka wszyscy wyleguja sie w cieniu, kontemlujac wlasne jestestwo.

Abys dzien swiety swiecil

Niedziela to na Vanuatu dzień wyjątkowy. Rano większość mieszkańców spotkamy w drodze do kościoła, a po 10 wylegujacych sie na trawce przed domem lub na glównym skwerku we wsi. Od poniedzialku do soboty cale wioski pracują w przydomowych sadach, uprawiajac taro, yam, papaje czy lowiac ryby, ale w niedziele w niektorych osadach nawet plywanie w rzece czy na rafach jest niemile widziane.

No i uczty. Na 7 niedziel spedzonych na Vanuatu, piec razy zostalismy zaproszeni do wstępnego swietowania, a 3 z tych spotkan zakonczone byly prawdziwymi ucztami i biesiadowaniem calej wioski.
Kilka dni temu na wyspie Vanua Lava bylismy swiadkami wyswiecania nowego ksiedza. Na te okazje przyjechal nawet biskup w rozowej koszuli, który jak sie wkrótce mialo okazac, jest rowniez doskonalym tancerzem.

Dwugodzinna msza, która tym razem, nie wiedziec czy to przez obecnosc biskupa czy tez 8 innych okolicznych ksiezy, nie miala nawet polowy polotu i spontanicznosci typowych dla vanuatanskich wiernych, byla tylko wiernym odklepaniem formulek na nadwislanska modle.

Ale pozniej rozpoczela sie biesiada.

Homo sum humani

W miejscowosci Sola, bedacej stolica Archipelag Banksa i Torresa, mieszka ok. tysiaca os. Z okazji wyswiecania nowego ksiedza, na wspnym pikniku zgromadzila sie co najmniej polowa mieszkanc wyspy. Bylo wspne sniadanie, leniuchowanie w oczekiwaniu na lunch, przemienia biskupa, wodza, starszyzny wioskowej oraz ksiezy, a takze najwieksza uczta, w jakiej uczestniczylismy na Vanuatu.

Kurczaki w przeroznych sosach, rzadko widywane w tym kraju wolowina i swieze warzywa oraz danie glowne – Lovo – prosie pieczone w calosci w lisciach w bananowca w dole ziemnym zasypanym goracymi kamieniami.

A nastepnie czesc artystyczna i biskup w roli didzeja puszczajacy przeboje w rytmie Jammin’ Boba Marleya. Na trawiastym parkiecie pod gigantycznym drzewem banyan na zmiane a to tance, a to szesciesiecioletnie matrony prezentuja kabaret, parodiujac wspolczesne zespoly rockowe. Co jakis czas, gdy tlum przestaje juz pokladac sie ze smiechu i znow wpada w taneczny szal, porwany chwila i biskup wywija holubce.

Tak wlasnie wygladaja niedziele spedzane z niezwyklym ludem Vanuatu.

P.S. Jak zwykle z SailMaila, wizualna posucha. Jesli macie ochote obejrzec kilka zdjec z najlepszej mszy, w jakiej w zyciu uczestniczylismy, zapraszamy do galerii z Efate, ktora z wrodzona sobie zapobiegliwoscia, z mysla o Was, dodalismy za wczasu – https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/EfateVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.

Wilk z Alaski

Anarchiści, emeryci, wielkie amerykańskie samochody i niszowe studia nagraniowe. Dziś o życiu amerykańskiego budowlańca, czyli opowiemy Wam o naszym kapitanie z Alaski.

Rick ma 44 lata. Przez ponad 20 był biznesmenem. A w zasadzie budowlańcem. A w zasadzie TIRowcem.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

44 lata. Bez adresu zamieszkania, bez samochodu, bez pracy. Pływający dom na oceanie i szczęście na twarzy.

Jako nastolatek pracował na budowach w Anchorage i rodzinnym Kenai na Alasce. Szybko zorientował się, że zarobi znacznie więcej i do tego nie będzie musiał mieć nad sobą szefa, gdy zostanie podwykonawcą. Gdy skończył 20 lat, postawił wszystko na jedną kartę. Zapożyczył się, gdzie mógł i kupił wysłużoną ciężarówkę.

„Piękny początek kariery” z ironią rzucali wszyscy dookoła, bo ciężarówkę kupił od bankrutującego podwykonawcy w średnim wieku. Woził asfalt, budując drogi w centralnej Alasce, przewoził piach i transportował kontenery.

„Kontrakty na budowach przez długie lata były spełnieniem moich marzeń” – mówi. „Nigdy indziej nie poznałbym naszego kraju tak dobrze. Brałem kontrakty w najbardziej niegościnnych rejonach Alaski, namiot, sprzęt kempingowy i jechałem odkrywać. I jeszcze mi za to płacili.”

Praca na Alasce daje spore możliwości. W większości branż pracuje się tylko przez 6-7 miesięcy, bo od października do marca biznes zamiera. Szczególnie w budownictwie. W pół roku Rick zarabiał jednak co najmniej 150 tysięcy dolarów, więc przez 6 zimowych miesięcy mógł sobie pozwolić na piwko przed telewizorem.

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Polsko-amerykańska lekcja na Epi na Vanuatu

Powoli realizował się jego amerykański sen. Miał 5 samochodów, skutery śnieżne, dom w mieście i nad jeziorem. Kolekcję strzelb i rewolwerów odziedziczył po ojcu, z którym chodził polować na łosie. Żył jak na amerykańskiego budowlańca przystało, więc mimo że zarabiał krocie, po 20 latach pracy nie miał żadnych oszczędności.

Zawsze pociągała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze, basie i bębnach. Któregoś roku z dnia na dzień urządził studio nagraniowe u siebie w domu. Trzy wygłuszone pomieszczenia, systemy niezależnie rejestrujące 24 ścieżki muzyczne i kilka ton elektroniki. Kilka miesięcy spędził na uczelni w Arizonie, ucząc się, jak skleić to w całość i jeszcze tej samej zimy zaczął nagrywać amatorów. Przez kilka następnych lat, głównie zimą nagrywał undergroundowych wykonawców z Alaski – od punkowych przecinaków po pianistów klasycznych. Trzeba przyznać, że kolekcji autorskich płyt na naszej niewielkiej łodzi nie powstydziłaby się niejedna wytwórnia.

Marzenie z dzieciństwa

Po kilkunastu latach w budowlance Rick stracił zapał do wyjazdów na daleką północ i przewożenia żwiru z miejsca na miejsce. Przyszedł czas, gdy i zimowe sesje nagraniowe w domowej wytwórni musiały ustąpić ambitniejszym planom.

Mając 10 lat, Rick jak co roku wyjechał z rodzicami na wakacje na Hawaje. Gdy przechadzał się po marinie w Honolulu, jego wzrok przykuł kadłub łodzi, z którego nagle wynurzył się jakiś facet. Potem jeszcze przez wiele dni, podobnie jak my przed kilkoma miesiącami, oszołomiony był faktem, że w łodzi mieści się nie tylko człowiek, ale cały pełnowymiarowy dom. Wówczas postanowił, że też będzie miał taki dom.

Po kilkudziesięciu latach pracy ni z tego ni z owego przypomniał sobie tę scenę i nagle go olśniło.

Za 30 tysięcy dolarów kupił rozlatujący się jacht z 1975 roku. Dołożył co najmniej 2 razy tyle i praktycznie zrobił go od nowa. Zbudował wielki ogrzewany namiot przed domem, w którym przez dwie zimy pracował po kilkanaście godzin dziennie, tworząc dzieło sztuki. Dziś na co drugim postoju podpływają do nas właściciele innych łodzi, z ciekawością wypytując o ten piękny jacht. „Jeśli kiedyś się ożenię, to najprawdopodobniej właśnie z tą łodzią” – mawia.

Na Alasce sprzedał wszystko. Skutery śnieżne, dom, samochody. Jego ukochanego Jeepa, po cichu odkupiła od niego matka i teraz trzyma go dla niego w garażu. Z trudem uzbierał 150 tysięcy dolarów i uznał, że powinno wystarczyć mu to na 2-3 lata na morzu.

Od początku wymyślił, że będzie pływał z załogą, bo to dwa razy więcej zabawy.

Westsail '75 - wydanie 2011

Westsail '75 - wydanie 2011

Anarchiści i emeryci

Pływanie z załogą, jak sam twierdzi, pozwoliło mu zwiedzić Europę bez opuszczania Pacyfiku. Przez ponad dwa lata na morzu miał 12 załogantów, z tego dwie pary. Z większością z nich spędził po kilka miesięcy, więc Europę zna lepiej nie tylko niż George Bush, ale pewnie i większość Sekretarzy Stanu.

Wśród jego załogantów był Tobias – 24-letni niemiecki anarchista, który chciał zlikwidować pieniądze oraz własność prywatną i wiódł życie tułacze po świecie. Do Polinezji Francuskiej przypłynął z Rickiem z San Diego. Wcześniej przez pół roku w Ameryce, przejechawszy cały kraj, wydał tylko 30 dolarów. Żył zupełnie za darmo, odbierając wieczorami resztki w restauracjach, śpiąc na trawnikach lub Couch Surfingu, uprawiając tzw. „dumpster diving” i tego typu atrakcje. 30 dolarów zainwestował oczywiście w browar.

Był Jon – dumny i roześmiany Bask, który przez 6 miesięcy przeżeglował z Rickiem pół Pacyfiku od Tahiti po Nową Zelandię. Hiszpanii nie tolerował do tego stopnia, że w finale Mistrzostw Świata kibicował Holendrom, a w Urzędach Imigracyjnych w odwiedzanych krajach z trudem powstrzymywał się przed podarciem własnego paszportu. Jon podróżował dookoła świata, ale dość nietypową trasą. Jachtostopem przeżeglował z Wysp Kanaryjskich przez całe Karaiby, Panamę, aż do Nowej Zelandii i dalej zmierzał na zachód.

Była i Delfine – 62-letnia (słownie: sześćdziesięciodwuletnia) Brytyjka, która wcześniej przeżeglowała jachtostopem niemal cały świat. Żeglarskie rzemiosło znała jak mało kto, a po pokładzie uwijała się jak fryga. W jej rękach żagle tylko furczały, a lokalnym mieszkańcom Pacyfiku piekła ciasta i nawiązywała z nimi kontakt jak typowa polska babcia.

Było także siedmiu innych typów od Finlandii, przez Paryż aż po Seattle, z których każdy mógłby zapełnić nie tylko skromny akapit, ale konkretny reportaż.

Strachy na lachy

Przed zaokrętowaniem się na Freestyle mieliśmy pewne obawy co do tak długiego pobytu we troje na ograniczonej przestrzeni. Kilka miesięcy w jednej kabinie, a najdalsze miejsce, w którym można poszukać samotności, to dziób statku oddalony o parę metrów.

A co jeśli koleś okaże się ciężkostrawnym typem, z którym nie będzie o czym rozmawiać? Albo pogada się miło przez kilka dni, a później notorycznie będzie zapadać martwa cisza?

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Jak mawia nasz kapitan "Where the coconuts don't grow, don't go!", czyli w wolnym tłumaczeniu "Miejsca, gdzie nie uświadczysz kokosa, omijaj z ukosa!"

Tymczasem okazało się, że codzienne wieczorne rozmowy nie są nawet odrobinę mniej wciągające niż 2 miesiące temu, a moje plany, że na łodzi będę miał więcej czasu na pisanie i czytanie szybko rozwiały się jako sen złoty.

Kończąc ten tekst przed kilkoma minutami, zagaiłem do Ricka:

– Nie zgadniesz, jaki artykuł właśnie napisałem…

– Dajesz.

– To historia twardego faceta z Alaski. Przez wiele lat był budowlańcem. Miał 5 samochodów, w wolnych chwilach nagrywał punkowe kapele, ale potem sprzedał wszystko, zbudował łódź i od 2 lat pływa po Pacyfiku, żywiąc się głównie rumem i kokosami.

– Piękna historia. A przynajmniej obiecująco się rozpoczyna.

I to jest właśnie Rick.

.

———————————————————–

P.S. Nasz kapitan, jak każdy szanujący się podróżnik, również prowadzi bloga. Jest to w zasadzie Dziennik Podróży, w którym przeczytać możecie, w jakiej wiosce kto i dlaczego znów zaprosił nas na obiad, co widzieliśmy, snorklując na kolejnych rafach czy jakie mamy problemy na obecnym odcinku rejsu.

Blog ten ma zatem zupełnie inny charakter niż nasz i zawsze na bieżąco możecie dowiedzieć się, co tam u nas aktualnie słychać (a kapitan – tak jak każdy autor bloga – wielce ceni sobie komentarze i opinie niezależnych ekspertów z Polski, więc jeśli tylko macie ochotę, w klawisze walcie śmiało).

.

Szczęśliwego Nowego Roku

Rok, nie wyrok, jak zapewne pomyślała Aleksandra Jakubowska, wysłuchawszy werdyktu w sprawie Afery Rywina (której przecież nie było).

Rok, dwa, a może pięć?

Rok, dwa, a może pięć?

My też lecimy tym tropem i po roku podróży jesteśmy jeszcze w szczerym polu błękitnego oceanu. Nie dość, że nie udało nam się nawet dotrzeć do linii zmiany daty, to od kilku tygodni wręcz zaczęliśmy się cofać.

Po sześciu tygodniach oceanicznej przygody dobrnęliśmy do Espiritu Santo – największej wyspy Vanuatu. Tym samym zbliżamy się do północnych peryferii kraju, a przed nami już za kilka dni na horyzoncie powinny ukazać się najbardziej niedostępne archipelagi Banksa i Torresa.

Bezkresnego przestwór oceanu

Tymczasem przemierzamy kolejne wyspy, a żeglowanie spodobało nam się znacznie bardziej niż się spodziewaliśmy. Kilka dni temu snorklowaliśmy z dugongami na Epi, przedwczoraj naszej łodzi na oceanie znów towarzyszyły delfiny, a jutro wybieramy się na Million Dollar Point – zatokę, w której po II Wojnie Światowej Amerykanie zatopili setki pojazdów opancerzonych i tony sprzętu wojskowego, którego nikt nie chciał od nich kupić.

Cieszymy się więc każdym dniem, dopływamy w zupełnie nieodwiedzane rejony i spotykamy lokalnych mieszkańców, którzy są jednymi z najbardziej otwartych i niesamowitych ludzi, jakich odwiedziliśmy.

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Dugong - przez cały rok i tysiące raf Azji Południowo-Wschodniej nie spotkaliśmy ani jednego, a na Vanutau na co drugiej wyspie pływamy z nimi do upadłego

Właśnie dzisiaj przedłużamy 30-dniową wizę do Vanuatu, która okazała się zdecydowanie zbyt krótka dla naszego Freestyle’u. Zostaniemy tu przynajmniej jeszcze kilka tygodni, a następnie ruszamy na Wyspy Salomona, które zdają się być jeszcze bardziej rozproszone po oceanie, jeszcze bardziej oddalone od cywilizacji i jeszcze rzadziej odwiedzane. Żeglować będziemy zatem przynajmniej do połowy listopada, a kto wie, co potem.

Czas wyborów

Jak zapewne wiecie, nadchodzi czas wyborów. I to wyborów nie byle jakich.

Nasz kapitan płynie do Zjednoczonych Stanów Mikronezji, państwa, o którym nie słyszała nawet większość pasjonatów geografii. Na horyzoncie stany Pohnpei i Chuuk (zobacz na mapie), wspaniałe atole na środku Pacyfiku z dziesiątkami japońskich samolotów zestrzelonych w czasie II Wojny Światowej spoczywających w lagunach. A następnie wyspy Yap, prawdopodobnie ostatnie już miejsce na Pacyfiku, gdzie mieszkańcy nadal chodzą w spódniczkach z trawy, a kobiety dumnie odsłaniają piersi.

Entliczek, pentliczek...

Entliczek, pentliczek...

Tymczasem już namówiliśmy naszego kapitana na Filipiny, na których można by przeczekać sezon cyklonów przez 2-3 miesiące na początku przyszłego roku. Tym samym do Japonii i dalej na Alaskę zamiast przez amerykański Guam wybralibyśmy się przez nieco już nam znany raj na ziemi. Więc kto wie czy zamiast dookoła świata, za kilka miesięcy nie wrócimy znowu do Azji.

Problem tylko w tym, ze wówczas nie odwiedzilibyśmy Nowej Zelandii i Ameryki Południowej. Więc takie oto mamy obecnie dylematy – żeglować w niezbadane czy jechać dookoła świata? Wysiąść na Salomonach i próbować złapać kolejny jachtostop do Australii czy brać to co najlepsze na Pacyfiku??

Głos w tej kluczowej sprawie musimy oddać gdzieś do połowy listopada.

Pół roku w rozkroku

Jak być może niektórzy z Was pamiętają, pierwsze półrocze upłynęło nam od Indii do Laosu. Już po kilku miesiącach i nieplanowanych odskokach na Filipiny czy do Birmy, plan powoli zaczął się sypać.

Fidżi inspiruje

Fidżi inspiruje

Jednak odkąd sześć miesięcy temu przejechaliśmy cały Laos stopem, nasza podróż wkroczyła w zupełnie nowy rozdział. Przez kolejne 2 miesiące pokonaliśmy stopem Tajlandię, Malezję i Borneo, wielokrotnie lądując u naszych dobroczyńców w domach. Równo trzy miesiące spędziliśmy następnie w Indonezji, wspinając się na wulkany, nurkując z mantami czy pomieszkując z morskimi cyganami Bajo, już zupełnie tracąc z oczu zakładany czas podróży. To właśnie wtedy zapadła też ostateczna decyzja, żeby kontynuować podróż bez daty powrotu przynajmniej przez kolejny rok.

Pan i Władca na krańcu świata

Pan i Władca na krańcu świata

Księżycowe krajobrazy Jawy, bezkresne plantacje herbaty Cameron Highlands, nurkowanie w zupie rybnej na Komodo, roześmiane wioski Akha, najlepsza kuchnia świata w Tajlandii, kopalnie siarki w kraterze wulkanu, sterylne miasto przyszłości w Singapurze, oko w oko z żółwiami morskimi na Derawanie, życie w dobrobycie w australijskim stylu, no i jacht. Oceaniczna przygoda, nauka żeglowania, dzikie wyspy i szum oceanu wprowadzają nas w kolejny rok podróży.

Duchowo drugie półrocze też przyniosło sporo nowości. Kupowaliśmy już niemal bilety powrotne do Polski, rozważaliśmy czy nie osiąść na indonezyjskiej wyspie, chcieliśmy przeprowadzać się do Australii, a obecnie kombinujemy, jak zorganizować kilkaset tysięcy, żeby czym prędzej nabyć piękne pływające cacko oceaniczne.

Korzystając zatem z okazji, chcieliśmy złożyć sobie najserdeczniejsze życzenia z okazji pierwszej rocznicy w podróży dookoła świata (półkuli wschodniej??).

I Szczęśliwego Nowego Roku! Amen.

.

———————————————————-

Podczas oceanicznych wieczorów udało nam się także skompilować kolejną superprodukcję pod hasłem Wyszperane z Naszego Wciąż Puchnącego Dysku, czyli materiały nigdy dotąd nie publikowane.

Czuwaj!

.

.

Skandal!

Moi drodzy, doszły mnie niepokojące wieści, że w zamieszczanych ostatnio pozbawionych warstwy graficznej wpisach zniknęły nawet tak lubiane przez nas peesy, które choćby w formie linki internetowej pozwoliłyby się wam przekierować, gdzie powinniście się udać.

A zatem ostatnio miało być tak:

.

P.S. Jak byc moze co bystrzejsi czytelnicy bloga zdazyli sie zorientowac, wpisy dodawane za pomoca poczty radiowej Sail Mail, nieco odbiegaja w formie od tego, do czego zdazylismy was przyzwyczaic. Prowadzenie bloga z pokladu jachtu wyklucza nie tylko wiekszosc polskich znakow, ktorych jak sie okazuje, w kazdym tekscie jest zatrzesienie, ale takze powodujace szeroki opad szczeki fotosy w wykonaniu Najlepszej z Zon, ktorej nota bene przed kilkoma dniami na Pacyfiku hucznie stuknela trzydziecha.

Jednakowoz aby i wielbiciele formy byli ukontentowani, zalaczamy linke do z trudem dodanej galerii z Tany. Niech nasza geba nie ginie!

https://picasaweb.google.com/vagabundos.pl/TannaVanuatu?authuser=0&feat=directlink

.