Monthly Archives: Sierpień 2011

Navigare necesse est

Było piękne sierpniowe popołudnie, gdy oczyma wyobraźni widzieliśmy już bezkresne równiny Australii. Palące słońce pustyni, zielone łąki i miliony owiec. Dzikie krokodyle i pyszne lokalne wino sączone z uroczymi mieszkańcami.

Ze słodkich rozmyślań wyrwało nas jedno krótkie „Masz wiadomość”. Zaproszenie od właściciela jachtu poszukującego załogantów do pomocy w żeglowaniu po Pacyfiku było dla nas równie niespodziewane co fascynujące. Decyzja o wyjeździe na Fidżi zapadła w 20 sekund, czyli mniej więcej tyle, ile zajęło przeczytanie maila, w którym nasz kapitan szkicuje orientacyjny kurs: Fidżi – Vanuatu – Wyspy Salomona. Później północne wyspy Pacyfiku, Archipelag Marshalla, prawdopodobnie Japonia i Alaska.

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Dzikie plaże, bezludne wyspy, lazurowe laguny - ahoj Pacyfik!

Proste życie żeglarza, nieodwiedzane wyspy, połowy tuńczyka na kolację, okazjonalne rozgrywki z lokalnymi dzieciakami w nogę, snorklowanie na rafach, pływanie z delfinami – te sprawy. Miesiąc, dwa, może sześć. Zobaczymy jak bardzo spodoba się jemu i nam.

Po przeczytaniu maila odtańczyliśmy zaimprowizowany na szybko taniec maoryskiego wojownika, którego nie powstydziliby się rugbyści All Blacks ani żadne plemię łowców głów.

Śladami Jamesa Cooka

Jakiś tydzień wcześniej, na Bali w antykwariacie znalazłem piękną książkę – „Dzienniki pokładowe” z trzech okołoziemskich wypraw Jamesa Cooka, które zrealizował pod koniec XVIII w. Bez wahania pamiętniki zajęły zaszczytne miejsce Annapurny Maurice’a Herzoga, który przywlókł się z nami w to miejsce aż z Nepalu.

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Pustynia Pinnacles w Zachodniej Australii - piękny zwiastun australijskiej przygody

Relacje pokładowe Jamesa Cooka – odkrywcy wschodnich wybrzeży Australii w założeniu miały umilać nam długie wieczory spędzane na odludnych australiskich pustkowiach w naszym ruchomym domu o napędzie 4×4.

Nic jednak z tego. Póki co, tygodniowy pobyt z australisjką rodziną w Perth, okazjonalne skoki z kangurami po Zachodniej Australii i szybki przeskok do Sydney. Tu 2 dni u Magdy i Przemka, u których raczylismy sie polskimi specjalami, a których losy podczas podobnej podrózy dookola swiata jeszcze przed wyjazdem sledzilismy z zapalem.

No i w drogę!

Rozmyślania i relacje Jamesa Cooka z pierwszego opłynięcia Nowej Zelandii, pionierskich spotkań z Melanezyjczykami na Fidżi czy odkrywania wybrzeży Vanuatu, będą nam towarzyszyć na Oceanie Spokojnym, niemal na tej samej trasie, którą kilkakrotnie pokonał ten wielki odkrywca.

Niech toczy się beret

Kilka dni temu Justyna w komentarzu zastanawiała się, gdzie rzuci nas beret. Okazuje się, że beret nie tylko przykrył wszystkie nasze dotychczasowe plany i poczynania ciepłym moherkiem, ale zaczął także toczyć się w zupełnie niespodziewanym kierunku.

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

Z okazji naszego przybycia, do centrum Perth przypłynęły nawet dzikie delfiny

A zatem żegnaj Australio nim na dobre otworzyłaś przed nami swoje podwoje. Witajcie odległe wyspy, nieodwiedzane laguny, lazurowe atole oraz niezbadane rafy. Ahoj James Cook!

Witaj przygodo.

.

Reklamy

Indonezja – informacje praktyczne cz. 3

A dziś, kończąc wreszcie wątek indonezyjskich informacji praktycznych, o tym, ile kosztuje życie na tym końcu świata, co ciekawego można tu zjeść i jak to się stało, że na indonezyjskiej wsi poprowadziliśmy lekcję polskiego.

Przykładowe ceny

Na początek obalmy mit. Wbrew temu, co można wyczytać na forach i co wydaje się niektórym quasi-podróżnikom, Indonezja jest tania. Nasze średnie dzienne wydatki przez 3 miesiące wyniosły 85 zł na dwie osoby!! Kwota porównywalna z każdym innym krajem Azji Południwo-Wschodniej. I to bynajmniej nie dlatego, że siedzieliśmy w miejscu, bo odwiedziliśmy niemal pół kraju, który jako się rzekło, mały nie jest. I raptem 10 dni nocowaliśmy na CouchSurfingu.

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nurkowanie z mantami - jedna z licznych podwodnych atrakcji Parku Narodowego Komodo

Nieporozumienie w kwestii tego, że Indonezja jest droga najczęściej wynika z faktu, że ludzie mają mało czasu, a chcą zobaczyć kawał świata i przejechać odległość znacznie większą niż z Portugalii do Finlandii. Lub wykupują wycieczki (na Bromo – 100 zł, na Komodo – 200 zł, itp.). Wszystko to można zrobić taniej i lepiej.

Przelicznik waluty: 10 tys. RPH – 3,3-3,4 zł

Prom Pelni Makasar – Surabaya – 230 tys. (24 h)

Prom Pelni Balikpapan – Palu – 140 tys. (10 h)

Prom lokalny Ampana – Wakai (Togeany) – 40 tys. (4 h)

Autobus Yogyakarta – Surabaya – 60 tys. (6 h, obiad gratis)

Autobus Mataram – Bima – 150 tys. (12 h, obiad i prom z Lombok na Sumbawę gratis)

Pociąg Yogyakarta – Probolingo (3 klasa) – 30 tys. (12 h, raz dziennie o 7:30)

Autobus lokalny Probolingo – Banyuwangi – 25-30 tys. (5h, przez Jember 7 h)

Autobus lokalny Gilimanuk – Denpasar – 25 tys. (2 h, na Bali wszystko droższe)

Kijang: Tanjung Selor – Berau, Makasar – Bira, Poso – Ampana i wszystko inne na dystansie ok. 200 km lub 3-5 godzin jazdy – 50 tys. (Kijang to samochód prywatny pełniący funkcję grupowej taksówki, a raczej minibusa, bo zabiera zazwyczaj 8-10 osób. Nazwa pochodzi od najpopularniejszego modelu Toyoty Kijang, ale równie dobrze może to być Isuzu Panther, jakiś Datsun, Daihatsu albo cokolwiek innego, co ma żółte tablice).

Ojek (motor – taksówka) – 5-10 tys. w mieście do 5 km. 20-30 tys. poza miastem (z Banyuwangi na Ijen, itp.)

Bemo (minibus w mieście) – 4-6 tys. w zależności od miasta

Hotele – 50-60 tys. za dwójkę (w zasadzie wszędzie można znaleźć coś w tej cenie. Nawet w Kucie na Bali poza lipcem i sierpniem. Przez 3 miesiące tylko 4 razy za hotel zapłaciliśmy 100 tys. za dwójkę. W Rantepao w Tana Toraja, 3 razy na Bali – w Kucie o 10 w nocy, na Nusa Lembongan i w Ubud, a także w mega-turystycznym Rutengu na Floresie. W większości przypadków były to jednak najlepsze hotele, w jakich spaliśmy w Indonezji – z pysznym, obfitym śniadaniem, prawdziwym prysznicem i siadaną toaletą – prawdziwa rzadkość i atrakcja sama w sobie. W Rantepao mieliśmy nawet ciepłą wodę – jedyny raz w Indonezji.) Przypominam: 50 tys., czyli 17 zł za dwójkę, nierzadko z herbatą i pączkiem na śniadanie!

Wynajęcie motoru – 30-70 tys. (w zależności od wyspy, na Bali o dziwo najtaniej, na Floresie najdrożej)

Wejściówka do Borobudur / Prambanan – 130 tys. (studencki 65 tys. – niech żyją wieczni studenci!)

Jedzenie – 5 – 10 – 15 tys. (patrz rozdział: Jedzenie)

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Borobudur i jego piękne płaskorzeźby

Jedzenie

Doprawdy nie wiem, skąd bierze się mit, że jedzenie w Indonezji jest niedobre. Może niewyrafinowane, mało różnorodne, ale niedobre na pewno nie!

Przez pierwsze 6 tygodni (Derawan, Borneo, Celebes, Togeany) niemal codziennie jedliśmy PRZEPYSZNĄ ŚWIEŻĄ rybę morską z zestawem surówek, ryżem, nierzadko darmowym świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Danie takie to koszt 15-25 tys. od osoby. (Ja po prawdzie jadłem ją na zmianę z równie pysznym, zawsze świeżym, smażonym lub grillowanym kurczakiem na chrupko – 10-20 tys.)

Faktem jest, że w Indonezji, szczególnie w dusznych, zatłoczonych miastach w ciągu dnia ciężko zjeść świeżo przygotowane mięso czy rybę. W większości knajp jedzenie jest przygotowywane rano, a następnie przez cały dzień stoi zimne wystawione za szybą (lub lekko ciepłe – nagrzane od słońca). Takie dania w ciągu 90 dni jedliśmy tylko kilkanście razy, niemal wyłącznie na Jawie i Nusa Tengara, czyli od Bali po Flores. W takim przypadku zazwyczaj można jednak zamówić ryż smażony z jajkiem, który przyrządzą świeży na miejscu (5-12 tys.).

Do tego w kraju tym rządzą przepyszne przekąski, szczególnie wieczorową porą:

Terang Bulan („Księżyc w pełni”) – indonezyjskie naleśniki na grubym cieście, coś jakby krzyżówka gofra z naleśnikiem. Faszerowane bananami, orzechami, czekoladą, serem i czymkolwiek chcesz – 8-12 tys. Zjesz jednego i zapomnij o kolacji. Zawsze bierz dwa – będziesz miał na śniadanie!

Martabak – naleśnik bliższy naszym wyobrażeniom, ale za to z jajkiem, cebulą i szczypiorkiem, czasem również mięsem. Pycha za 8-12 tys.

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Suszenie ryb na pomoście na Derawanie

Ciekawostki i zachowania

Indonezja nie jest trzecim światem. Ludzie zarabiają tu co prawda 300 zł miesięcznie, ale wśród młodych ludzi rządzą portale społęcznościowe. Prawie wszyscy na Facebooku mają po 500-3000 znajomych i nie przepuszczą białemu poznanemu w autobusie czy na promie, aby nie wymienić się kontaktami.

Co za tym idzie, świetnie funkcjonuje tu Couch Surfing. Ludzie spragnieni są kontaktu z obcokrajowcami i chętnie słuchają opowieści z dalekich krajów, dzieląc się wiedzą o Indonezji (pomijam przygodne kontakty i niezliczone prośby o zdjęcie). Couch Surfing w Yogyakarcie okazał się jednym z ciekawszych do tej pory, a CS pod Makasarem to nasz pierwszy kanapowy pobyt na wsi. I od razu wśród pól ryżowych, gdzie w lokalnej szkole poprowadziliśmy lekcję angielskiego / polskiego.

Język indonezyjski jest najłatwiejszy na świecie. Doprawdy nie wiem, dlaczego Zamenhof zamiast wymyślać jakiś bezużyteczny twór nie zajął się propagowaniem indonezyjskiego. Nie ma czasów, rodzajów ani odmian. Wystarczy poznać 9 cyfr i cztery przyrostki, aby nauczyć się liczyć do miliona. Nie ma żadnych wyjątków! Po tygodniu na Borneo, gdzie angielski nie istnieje, bez problemu dogadywaliśmy się na temat mieszkania, jedzenia, cen i przejazdów. Po 3 na temat rodziny, dzieci i pogody, a po miesiącu coś o sobie, naszej podróży, ich pracy, itp. Na Borneo, Celebesie i wschodnich rubieżach Nusa Tengara bahasa indonesia to konieczność.

Każda wyspa w Indonezji to osobny kraj. Wszędzie inny język, ludzie raz ciepli raz chłodni. Warto o tym pamiętać i przestawiać się psychicznie, przekraczając kolejne „kraje”. Postawę bojową należy przybrać jedynie na Jawie i Bali.

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Ulu Watu na południu Bali - raj surferów

Na obu tych wyspach rąbią w biały dzień. I bynajmniej nie w białych rękawiczkach. Dworzec Ubung w Denpasarze to zbieranina najgorszych naciągaczy na ziemi. Tylko niewiele lepiej jest w Probolingo pod Bromo. Ceny biletów autobusowych z Bali są przerażające i dużo lepiej jest wyjechać z wyspy lokalnym transportem (20-30 tys. do promu i promem na Jawę (6 tys.) / Lombok (36 tys., 4 h). Z Mataram na Lomboku bilety na Sumbawę i Flores i są dużo tańsze. Jak zwykle, gdy ktoś rozpoczyna rozmowę „Hello, my friend!” i pyta gdzie się wybierasz, wiesz, że najlepiej milczeć jak grób. Zasada numer jeden: Wystrzegaj się przyjaciół.

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 2

Gdy masz już wizę do Indonezji lub udało Ci się przedłużyć dotychczasową i wiesz, jak się poruszać, czeka cię najlepsze.

Co warto zobaczyć

Wszystko. Indonezja jest jednym z bardziej fascynujących krajów, jakie dotychczas odwiedziliśmy. Widoki iście księżycowe, wulkany ziejące siarką, rafy chyba najlepsze na świecie, orangutany na Borneo i Sumatrze, smoki na Komodo, a do tego ludzie czasem całkiem mili.

Na Jawie koniecznie trzeba wybrać się na płaskowyż Ijen z ręczną kopalnią siarki i górnikami pracującymi ponad ludzkie siły. Atrakcja bijąca Bromo, które swoją drogą faktycznie jest tak piękne i nieziemskie jak na pocztówkach i zdjęciach w Internecie. Rzecz, która nierzadko się zdarza. Świątynie Borobudur i Prambanan Angkorowi w Kambodży i Bagan w Birmie nie sięgają nawet kostek, ale jeśli jesteś już w okolicy…

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

Płaskowyż Ijen - kopalnia siarki w kraterze wulkanu

W pobliżu Jogjakarty dużo ciekawsza jest za to okolica wulkanu Merapi. W październiku 2010 roku wulkan ten zanotował jedną z najbardziej gwałtownych erupcji w historii, całkowicie niszcząc kilka wiosek u podnóża, częściowo zasypując Borobudur i poważnie zagrażając Dżogdży. W okolicy, przechadzając się pośród w połowie zasypanych domów i spalonych samochodów, cały czas można z pokorą obserwować niewyobrażalną niszczycielską moc Matki Ziemi.

Bali, jak to Bali, nie ma się co oburzać. Na południu naprawdę świetny imprezowy klimat, porównywalny z Bangkokiem. A do tego tanie pyszne jedzenie i frykasy dla turystów typu szejki owocowe, pizza czy lody. Rzecz nieczęsta i wielce cenna zarówno po wielu miesiącach podróży, jak i dla turysty przyjeżdżającego na wywczas. Z kolei na północy (szczególnie Amed, Tulamben) świetne snorklowanie i wrak z II Wojny Światowej zatopiony tuż przy brzegu. Najlepsze nurkowanie na Bali jest za to w okolicy Nusa Lembongan, gdzie codziennie można pływać z mantami, a od czerwca do października jest spora szansa na spotkanie mola-mola. Jest to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie faktycznie istnieje sezon, w którym można zobaczyć tę niezwykłą rybę. Nurkowanie na Bali w porównaniu do jakiejkolwiek innej wyspy Indonezji (Celebes, Togeany, Komodo, Sumbawa, Papua, Alor) oczywiście nie może się równać, ale nadal może być świetne i na głowę bijące Tajlandię i Malezję (poza Sipadanem).

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Bali - świątynia Ulun Danu na Jeziorze Bedugul

Są co prawda naiwni ludzie, którzy twierdzą, że Tajlandia jest rajem dla nurków, ale kto był w tym kraju i choćby pływał na rafach, raczej nie potrzebuje komentarza. Za to Indonezja pod wodą to chyba największy skarb tego rejonu.

Ale idźmy dalej. Celebes rządzi. Makasar, podobnie jak wszystkie inne duże miasta w tym kraju należy omijać z daleka, ale na prowincji… mniam. Na południu w Birze miejscowi Bugis budują drewniane szkunery tak imponujące, że orkiestra na Titanicu przestaje grać i podziwia w milczeniu. Tuż obok genialne snorklowanie prosto z plaży i nurkowanie (pełno żółwii, rekiny rafowe, często manty i co tylko chcesz). Na północy jedna z największych atrakcji Indonezji – Togeany. Raj na ziemi, do którego chce się wracać w nieskończoność. Tana Toraja mocno turystyczne, ale nadal pasjonujące z wiszącymi trumnami na klifach i kośmi ziejącymi z czeluści jaskiń. Aczkolwiek ciężko liczyć na interakcję z lokalnymi inną niż „one dollar”. Co prawda spotkaliśmy kilka osób, które zakochały się w tym miejscu, poznali przemiłych ludzi, zostali bezinteresownie zaproszeni do domu, trafiali na prawdziwe obrzędy, itp. Być może nie mieliśmy tyle szczęścia.

Borneo tylko jeśli masz duuuuużo czasu. Tanjung Puting na południu to ponoć najlepsze miejsce na Ziemi do podpatrywania orangutanów. Kalimantan wschodni to prawdziwie dzikie Borneo, gdzie przez 3 dni można tkwić w samochodzie w rowie. Tam też czai się jedna z największych atrakcji wyspy – Derawan. Tysiące żółwii, manty, niegroźne endemiczne meduzy, uroczy rybacy i życie w tempie, jakiego się już nie widuje.

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

Bira - piękne i niemal zupełnie puste plaże południowego Celebesu

A ponad połowy kraju niemal nie liznęślimy! Piękna Sumatra, rzadko odwiedzane Moluki, często autentyczna Papua. No i tysiące miejsc, do których nie dociera prawie nikt. Już niemal wybieraliśmy się na takie perełki jak Taka Bone Rate w połowie drogi między Celebesem a Flores, Wakatobi czy Alor ale zawsze nie starczyło czasu albo wizy. Tyle powrotów przed nami…

Klimat

Dobry cały rok. Na różnych wyspach pora deszczowa wypada różnie, ale generalnie zawsze gdzieś jest ładna pogoda. Zresztą jak twierdzą sami Indonezyjczycy, w ciągu ostatnich 5 lat, klimat tak się pozmieniał, że nie sposób coś przewidzieć. Gdy byliśmy w Makasarze w czerwcu, czyli środku pory suchej, dwa razy padał deszcz, który jeszcze kilka lat temu się nie zdarzał. Na Borneo ani razu nie spotkaliśmy deszczy zenitalnych. Padało jedynie trochę, do tego w nocy.

Na Togeanach mówią, że najgorsza pogoda jest w październiku-listopadzie, ale choć morze bywa wówczas niespokojne, nadal można walić tam jak w dym. To samo na Bali – w listopadzie i grudniu pada najbardziej, co bynajmniej nie znaczy, że jest zła pogoda! Po prostu przez dwie godziny masz przerwę od żaru lejącego się z nieba.

Słodka małpka?

Słodka małpka?

Autostop

Średni. My przejechaliśmy cały Celebes na trasie Lore Lindu – Poso – Tana Toraja – Makasar (czyli z 1500 – 2000 km) bez problemu, ale na innych wyspach bywa różnie. Na Jawie ciężko wydostać się poza teren zurbanizowany, Jawajczycy nie są tak uczynni, jak inni Indonezyjczycy i zawsze najpierw zatrzyma się jakiś tani transport publiczny.

Na Wyspach Południowych ruch samochodowy mały, ludzie biedni i z autostopem nieobeznani. To samo na Borneo. Na Borneo przejechaliśmy co prawda z 300 km, w tym po zaprzyjaźnieniu się z jedną rodziną, z którą razem tkwiliśmy w błocie. Tym samym rodzina wybawiła nas prawdopodobnie od kolejnych kilku nocy w autobusie.

Jeżdżąc stopem trzeba zwracać uwagę na tablice rejestracyjne. Żółte tablice to prywatne samochody przeznaczone do przewozu ludzi – Kijangi. Więc jeśli myślisz, że jedziesz stopem, a na początku nie zapytasz czy to za darmo lub nie ustalisz ceny, to na końcu czekają cię nieprzyjemne przejścia z targowaniem.

.

Ciekawostki

Wulkan Ijen powoli staje się coraz większą atrakcją turystyczną. Część górników w zamian za zdjęcie wyciąga rękę po pięniądze lub papierosy. Jeśli nie chcesz wspierać przemysłu tytoniowego, górnicy równie mocno cieszą się, gdy dostaną batonik czy małą butelkę wody. Ale jako że wody, nawet półlitrowej, ciężko wtaszczyć ze sobą na wulkan więcej niż kilka butelek, warto kupić kilkanaście batoników i rozdawać tym ciężko pracującym ludziom.

Większość mandatów w Indonezji nie przekracza 30 tys. RPH (10 zł) – nawet za przejechanie na czerwonym świetle. Jeśli zatrzyma Cię policja (najpewniej na Bali) i będzie wmawiać ci, że pójdziesz do więzienia, jeśli nie zapłacisz 10/20/50 dolarów, bo nie masz prawa jazdy / dokumentów / ubezpieczenia / kierunkowskazu, itp., nie ustępuj, dopóki nie doprosisz się o wypisany mandat.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Kelimutu i Bajawa, Flores, Indonezja
Flores centralny, Indonezja
Park Narodowy Komodo, nurkowanie, Indonezja
Park Narodowy Komodo, Flores, Indonezja

.

Indonezja – informacje praktyczne cz. 1

Na początek rzecz najważniejsza. Jak duża jest Indonezja?

Otóż Indonezja jest ogromna. Według naszego rozeznania jest to największy kraj, jaki dotychczas odwiedziliśmy. Znacznie większy od Chin i większy nawet od Indii. Jeśli podzielimy Indonezję na 7 makroregionów (Sumatra, Jawa, Papua, Borneo, Celebes, Moluki, Wyspy Południowe), łatwo przekonać się, że żeby poznać je choć pobieżnie, potrzeba około 2 miesiące na każdy z nich. Jakby nie liczyć, daje to w sumie półtora roku.

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

Derawan - miejsce, o jakim marzyłeś

A wierzcie nam, że 2 miesiące na Nusa Tengarę, czyli Wyspy Południowe, albo Moluki to śmiech na sali, a nie szmat czasu. Tak czy siak, trzeba po prostu WYBRAĆ kilka miejsc, które chce się odwiedzić i porzucić mrzonki typu: „Mam 5-6 tygodni, więc zobaczę Jawę, Bali, Celebes i być może zahaczę o Moluki.” Teoretycznie dałoby się to zrobić, odbywając z 5-6 lotów, ale gonitwa byłoby to straszna i żadnej przyjemności z odwiedzanych miejsc. Można przykładowo jechać na Bromo z wycieczką (za 300 tys. RPH – 100 zł), przyjechać do Cemoro Lawang wieczorem, zobaczyć wschód słońca nad Bromo i zawinąć się o 8 rano, pędząc na Ijen albo Bali, jak robi to 80% turystów, ale stracimy wtedy ponad połowę atrakcji.

No ale do rzeczy.

Wiza

Wiza do Indonezji na granicy kosztuje 25 USD i jest wydawana na 30 dni. Do niedawna nie można było jej przedłużyć, co ostatnio się jednak zmieniło, znacznie ułatwiając życie turystom. Niemniej, jeśli tylko mamy czas, dużo lepszym pomysłem jest wiza 60-dniowa do uzyskania w ambasadzie. W różnych krajach z różnymi problemami. Ponoć najłatwiej w Singapurze przez agencję pośrednictwa, co jest jednak dużo droższe niż normalnie. My wizę 60-dniową wyrabialiśmy w Kuala Lumpur (170 RGT – 159 zł, 3 dni), co uchodzi za bardzo trudne. I rzeczywiście sporo osób ma problemy, ponoć głównie jeśli wcześniej było już w Indonezji. Nam o dziwo udało się bez przeszkód, choć, tak jak wszyscy, musieliśmy oczywiście przedstawić bilety wylotowe, których nie mieliśmy. Jak wybrnąć z tej sytuacji, Polaków nie musimy chyba uczyć. Szczególnie jeśli kupili kiedyś w życiu jakikolwiek bilet lotniczy i umieją posługiwać się Photoshopem lub chociaż Wordem czy Paintem.

Nie jest to zresztą wielkie nowum w Azji, bo bilety wylotowe trzeba przedstawić na przykład na granicy Tajlandii, jeśli chcemy otrzymać tzw. „visa on arrival”. Co my również musieliśmy uczynić. Procedura podobna.

Przedłużenie wizy

Dla niektórych i 60 dni to mało. Wizę można przedłużyć niemal w każdym dużym mieście (np. Palu, Makasar, Balikpapan, Denpasar, Yogyakarta, Surabaya, Jayapura). Wizę 60-dniową można przedłużać 6 razy, za każdym razem o miesiąc po 250 tys. RPH. Wizę 30-dniową jeden raz w tej samej cenie. W różnych miastach z różnymi problemami. Generalnie mówią, że im dalej na wschód i od cywilizacji, tym trudniej i drożej. Choć nawet cywilizowany Makasar słynie z urzędniczej chciwości i wymuszania łapówek. Ba, nawet na Bali urzędnicy przyzwyczajeni są do dodatkowych zastrzyków gotówki, bo większość przedłużania odbywa się za pośrednictwem agencji w Kucie, które pobierają characz od turystów i dla spokoju ducha dzielą się nim z urzędnikami. Dwóch turystów, których spotkaliśmy na Celebesie przedłużało wizę na Bali samodzielnie, nie chcąc zapłacić 10 USD ekstra, ale ostatecznie po 2 tygodniach oczekiwania i tak się złamali.

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

Jogjakarta na Jawie, w której można podziwiać takie oto tradycyjne tańce jawajskie, słynie na cały kraj jako miasto artystów, pisarzy i tancerzy. Ba, nawet ulicznych punkowych pieśniarzy tu nie brakuje!

My chcieliśmy być twardsi, ale nie dano nam szansy. Przedłużanie wizy w Yogyjakarcie to błahostka. Trwa 3 dni, a urzędnicy nie tylko nie oczekują łapówek, ale nawet krzywo patrzą na pytania o przyspieszenie procedury. Jedyną niedogodnością przedłużania wizy w Yogyakarcie (podobnie jak w każdym innym mieście) jest fakt, że do Urzędu Imigracyjnego trzeba jeździć co najmniej 3 razy. Najpierw składamy kompletny wniosek, za 2 dni przyjeżdżamy płacić, a kolejnego dnia robią nam zdjęcie, pobierają odciski palców i odbieramy wizę. Na Bali i w niektórych innych miastach tę procedurę urzędnicy starają się jeszcze wydłużyć, zmuszając do oddzielnego dodatkowego przyjazdu w celu zrobienia zdjęcia i odcisków.

Ostatnio słyszeliśmy, że przedłużyć wizę można bez problemu także w Surabayi na Jawie, ale to jest już informacja z drugiej ręki, więc nie możemy z całkowitą pewnością jej potwierdzić. Z kolei na Celebesie bez problemu można wizę przedłużyć w Pare-Pare.

Ważne! Starając się o przedłużenie wizy 60-dniowej trzeba mieć sponsora / opiekuna. Musi to być Indonezyjczyk, który na specjalnym formularzu zobowiąże się do pokrycia naszych ewentualnych długów i pomocy w poszukiwaniu nas, jeśli postanowimy znikniąć w kraju. Nie jest to więc sprawa błaha. Nie wiedzieliśmy o tym niewdzięcznym warunku, ale na szczęście przyszła nam z pomocą nasza Couch Surferka w Yogyakarcie. Zdaje się, że posiadanie „sponsora” nie jest warunkiem koniecznym do przedłużenia wizy, ale jak wygląda procedura bez takiego poręczenia, nie możemy zagwarantować.

Dlatego wybierając miejsce do przedłużenia wizy dobrze jest zdecydować się na miasto, w którym jest co robić, a wokół niego nie brakuje atrakcji. Trudno o lepszy wybór niż Yogyakarta. 3-5 dni to idealny czas na miasto, pogrzebane w popiole wioski wokół wulkanu Merapi czy Borobudur i Prambanan.

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Świątynie Prambanan - obok Borobudur najbardziej okazały starożytny kompleks świątynny w Indonezji

Ciekawostka. Jeśli nie możesz przedłużyć wizy w Dżogdży, strasz ich. W Indonezji od kilku lat istnieje tutejsze CBA, o nazwie KPK. Instytucja niewiele robi, ale może dużo, więc wszyscy się boją i wszędzie wiszą ostrzeżenia o karach za korupcję (do 5 lat i 50-250 mln RPH – niewyobrażalne tutaj pieniądze). Więc jeśli znasz choć trochę indonezyjskiego (po dwóch miesiącach nawet małpa by się nauczyła), spisuj nazwiska, wołaj dyrektora, wyciągaj telefon i dzwoń do KPK.

A jeśli szkoda Ci czasu i nie brzydzisz się łapówkami, zawsze (prawie) możesz dać ekstra 100 tys. RPH (35 zł) i wizę przedłużą Ci pewnie bez problemu.

Transport

Jak na te odległości, ceny w normie. Między wszystkimi wyspami można poruszać się promami, więc mitem jest twierdzenie, że w Indonezji trzeba latać. Fakt faktem, prom z Surabayi na Jawie na Papuę płynie 5-6 dni (600-700 tys. RPH w trzeciej klasie – 210-250 zł), a z Bali na Alor czy Timor 3-4 dni (330 tys. RPH – patrz cennik wszystkich promów z Bali), więc latanie czasem jest rozsądnym rozwiązaniem. Na promie są bardzo tanie stołówki, gdzie obiad można zjeść za 10 tys., więc z głodu na pewno nie zemrzemy. Prędzej z nudów. A jeśli nie rozłożymy karimaty na pokładzie, tylko wybierzemy wygodne łóżko na jednym z pokładów wśród kilkuset pasażerów, być może również przez uduszenie od dymu tytoniowego.

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Ponad metrowe tukany z mieszkańcami północnego Celebesu żyją za pan brat. I nie potrzeba do tego nawet Parku Narodowego

Latanie nie jest dużo droższe od promów (500-900 tys.). Na popularnych trasach czasem może być nawet tańsze (Makasar – Surabaya, Manado – Jakarta czy Surabaya). Najtańszym przewoźnikiem jest Lion Air i Air Asia. Dobre ceny miewa też czasem Merpati, Garuda czy Batavia. Nie wiem, jakim sposobem, ale o dziwo bilety tańsze niż na stronie internetowej można dostać w agencjach turystycznych. Wyjątek stanowi Air Asia i Lion Air, ale i to zawsze warto sprawdzić.

Autobusy długodystansowe bardzo wygodne – klimatyzowane (ok. 80-200 tys. za 8-12 godzin jazdy). Lokalne to typowy standard azjatycki, czyli duszno nie do zniesienia, śmierdzi, kury pieją, a w dymie papierosowym można powiesić worek z kapustą, na którym akurat siedzisz.

Pociągi tylko na Jawie w trzech klasach. Klasa pierwsza i druga rzędu 200-300 tys. z Surabayi do Yogyakarty, więc poza zasięgiem przeciętnego zjadacza ryżu przyjeżdżającego z plecakiem. Za to Klasa trzecia to tylko 25 tys. RPH (tak, tak, 8 zł za 7 godzin niebywałej przygody). Ten sam pociąg jedzie z Yogyakarty aż do Probolingo, więc dla wytrwałych z pewnością jest to najlepszy sposób na dotarcie pod Bromo (30 tys. RPH, 12 h). A na pokładzie piosenki, chodzące stragany, przepiórcze jaja, salaki, banany, żonglerzy, kuglarze i co tylko chcesz. Warto przejechać się choć jeden raz. Ale warto też wziąć ze sobą wachlarz i mały ręcznik do wycierania potu.

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały :)

Panorama Bromo o wschodzie słońca - widok faktycznie równie imponujący jak na wszystkich pocztówkach (choć trzeba przyznać, że Bromo z całej trójki na zdjęciu jest akurat najmniej okazały) 🙂

W miastach wszędzie kursują bemo (inna nazwa to „angkot”), czyli minibusy na tysiąc pasażerów (3-6 tys. RPH za przejazd). Jeśli jednak stać Cię, żeby wydać dodatkowe 2 złote, warto zastanowić się czasem nad wspomożeniem beczakowców. „Becak” to miejscowe ryksze, wśród których konkurencja jest niebywała, a popyt nierzadko żaden. Właściciel rykszy robi 1-5 kursów dziennie, czyli czasem zarabia tylko 5 zł.

W Azji nie można uratować wszystkich, ale można redystrybuować dochód tam, gdzie potrzeba.

.

Ciekawostka

W Indonezji palą jak nigdzie. W autobusach, na promach, w urzędach. Palą nawet 10-letnie dzieci. W związku z tym wszyscy proszą o papierosy. Jeśli nie szkoda Ci ich zdrowia, można kupić paczkę i częstować ludzi pracy. Będą wdzięczni i z chęcią pozwolą zrobić sobie zdjęcie.

Jeśli natomiast próbujesz podciąć nogę rakotwórczych gigantów, jak niżej podpisany (przez jakiś czas pracowałem dla tytoniowego kowboja, więc teraz odpokutowuję złą karmę), równie dobrze można ludziom pracy rozdawać słodycze. Sprawdza się to szczególnie dobrze na Ijen, gdzie robotnicy w kopalni siarki są przemili, będąc jednocześnie jednymi z najciężej pracujących ludzi, jakich spotkaliśmy.
.
A o tym co warto zobaczyć, ile kosztuje życie w Indonezji i dlaczego tak tanio, a także pozostała garść ciekawostek już w najbliższym odcinku.

.

——————————————————————

P.S. Gdy przebijasz się autobusami i promami z Floresu na Bali (40 h – łącznie 250 tys. rupii), naprawdę masz dużo czasu. I stąd te informacje praktyczne, które okazały się na tyle przydługie, że trzeba było je rozdzielić na 3 części. W ten sposób w najbliższych dniach będą Was zalewać praktykalia, które miejmy nadzieję, że nie dość że Wam pomogą, to jeszcze zachęcą do odwiedzenia tego niesamowitego kraju.

.

Zobacz sam, jak piękna jest Indonezja:

Pulau Derawan, Borneo, Indonezja
Kakaban, Borneo, Indonezja
Wyspy Togian, Celebes, Indonezja
Podwodny świat Celebesu, Indonezja

.

Słodko-gorzki

Zapyta ktoś czy Indonezja przez 3 miesiące pobytu tutaj nam się nie znudziła? Co sądzimy o jej mieszkańcach, co do których opinie są tak skrajne, jak w rzadko którym kraju?

Łyżka dziegciu

Zatem dziś po dziesiątkach peanów ku indonezyjskiej czci, jakie zdążyliśmy napłodzić przez ostatnie 90 dni, danie słodko-gorzkie. Bo trzeba przyznać, że to smak, który w Indonezji spotyka się nad wyraz często.

W Indonezji można spotkać niesamowicie ciepłych i gościnnych ludzi. To fakt. Ale faktem jest również, że w porównaniu do większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, w żaden sposób nie można mówić o „indonezyjskiej gościnności”.

Na Filipinach trzeba zapierać się nogami i rękoma, żeby wywinąć się od dziesiątków zaproszeń do domów na niezliczone fiesty, chrzciny, urodziny, śluby albo stypy. Wieczorami na plaży pali się ogniska i wystarczy, że przechodzisz w pobliżu, a już wyciągają w Twoim kierunku butelkę rumu, nęcą pieczoną rybą i po raz kolejny możesz zapomnieć, że wreszcie będziesz miał jakiś wieczór dla siebie.

W Malezji można przejechać calutki kraj stopem, włącznie z bezkresnym Borneo, odwiedzając niemal wszystkich kierowców w ich domach i będąc kilkanaście razy zapraszanym na obiad, niejednokrotnie do wykwintnych restauracji.

W Tajlandii bywa podobnie. Co więcej, Tajowie są tak nadopiekuńczy, że czasem bywa to aż onieśmielające. Dbając o buddyjską karmę, chęć niesienia pomocy i szerzenia dobra, gotowi są nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć Cię w odpowiednie miejsce, abyś tylko przypadkiem nie musiał długo czekać. Pokażą też okoliczne atrakcje, przedstawią rodzinie i znajomym.

W Birmie ludzie zamknięci w kraju bez dostępu do informacji ze świata nie tylko wiedzą mnóstwo o prawie każdym kraju, ale są naprawdę ciekawi, skąd jesteś, co u ciebie słychać i jak ci się żyje. I z prawdziwą pasją słuchają wszelkich relacji ze świata i wrażeń z ich rodzinnego kraju.

W Nepalu można dostać zapalenia pęcherza od ilości wypitych herbatek ze sklepikarzami, handlarzami i zwykłymi ludźmi.

Tymczasem w Indonezji, trzeba to niestety powiedzieć, w znacznej większości wszyscy chcą sobie tylko zrobić z Tobą zdjęcie. Jak z małpą. I nawet nie to jest takie smutne. Bo w Indiach też wszyscy chcą sobie zrobić zdjęcie z „białym”. Nawet jeszcze bardziej niż tutaj. Rzecz w tym, że w Indonezji interesuje ich tylko fota z misiem i do widzenia. A zdjęcie z białą kobietą najchętniej z ręką na jej ramieniu. Albo jeszcze gdzie indziej, jeśli tylko pozwoli. I na koniec jeszcze jakieś niedwuznaczne pokrzykiwania, śmieszki, itp.

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

"Przepraszam czy mogę sobie zrobić zdjęcie z Panem? Ja i koleżanka, niedźwiedź, Zakopane." Tu akurat w wersji light

Oczywiście są wyjątki i można świetnie trafić. Nas też Indonezja kilkakrotnie zaskoczyła gościnnością. Na Celebesie, w Jogjakarcie, na Borneo. Dużo dobrego słyszeliśmy też o Alorze, Sumbie i Tana Toraja. My w Toraja nie mieliśmy jakiegoś szczególnego szczęścia pod tym względem, ale wiadomo, że zawsze można różnie trafić.

I do tego duma. Duma narodowa.

Zarówno w Birmie, jak w i Nepalu, a przede wszystkim w Wietnamie czy na Filipinach ludzie mają głowy podniesione wysoko. Naprawdę rzadko można spotkać kogoś żebrającego czy wyciągającego rękę po pieniądze za zdjęcie.

Tymczasem Indonezyjczycy, obok Chińczyków, są chyba najbardziej merkantylnie nastawionym narodem w całej Azji. W 9 przypadkach na 10 będą prosić o pieniądze za zdjęcie. Dzieci, gdy zobaczą białego, już od maleńkości biegną za nim z okrzykiem o cukierka albo dolara. Dziś, gdy w małej, zabitej dechami wsi na Bali pytałem o drogę, matka od razu instruowała pięcioletnie dziecko, żeby poprosiło o sznurkową bransoletkę, którą mam na ręku. W tym rzecz.

W żadnym innym kraju nie słyszy się słów „Hello! Money?” tak często, jak tu.

W Indonezji faktycznie trudno wyjść poza relacje turysta-klient. W 90% przypadków, w szczególności w Indonezji Południowej, od Jawy do Floresu, dla rozmówcy jesteśmy głównie zwitkiem banknotów, który zawsze można uszczuplić.

Dodatkowo nakłada się na to jeszcze wyjątkowo denerwująca cecha, czyli chęć zdarcia z każdego tyle, ile tylko możliwe. Strategia spijania śmietanki. I to nie tylko w stosunku do turystów. Gdy Jawajczyk przyjeżdża na Sumbawę i nie zna lokalnej ceny autobusu, konduktor ze stoickim spokojem zedrze z niego jak z turysty podwójną albo i potrójną stawkę. No może niezupełnie jak z turysty, bo Jawajczyk nie da sobie wmówić, że jakiś bilet kosztuje 40 zł.

Beczka miodu

Więc jak to, ktoś zapyta, jakim cudem wytrzymaliście w tym strasznym kraju trzy miesiące??

Otóż Indonezja jest przepiękna. I różnorodna. To tu są jedne z najbardziej imponujących i księżycowych krajobrazów, jakie dotychczas spotkaliśmy. Dzika natura i zwierzęta, których próżno szukać gdzie indziej. Wulkany, stepy, dżungla.

No i morze. Plaże, przy których ani Tajlandia ani tym bardziej Malezja nie mają szans. A pod wodą największe akwarium na świecie. Nie bez kozery, dziesiątki osób, które wynurkowały świat, jak długi i szeroki, uważa, że to tu są najlepsze nurkowiska na świecie.

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Podwodny włóczęga w otoczeniu tysięcy półmetrowych karanksów w okolicy Tulamben, u północnych wybrzeży Bali

Kulturowo całkowity galimatias. Wszystkie możliwe religie, setki języków, a na co drugiej wyspie zupełnie inne rysy twarzy, od typowo azjatyckich po melanezyjskie na wschodnich rubieżach kraju i Papui. Przy tym, w miejscach, gdzie dociera niewielu turystów, np. na Celebesie, ludzie zdradzają szczerą ciekawość i chęć pomocy.

Kto raz odwiedzi Indonezję, z pewnością będzie musiał tu wrócić. Wylatując z tego kraju, gdy spotykasz kogoś na lotnisku, rozmowa dotyczy głównie tego, ile razy byłeś w Indonezji i gdzie udało Ci się dotrzeć.

ILE RAZY. Nie czy Ci się podobało, gdzie teraz lecisz i co planujesz później, ale ILE RAZY tu byłeś i gdzie zamierzasz przyjechać następnym razem. Będziesz raczej wracał do ulubionych miejsc czy szukał nowych perełek? Tropił rzadko odwiedzane miejsca, niezdobyte jeszcze przez masową turystykę, o których słyszałeś od innych zapaleńców czy pielęgnował swój własny raj odkryty gdzieś na końcu świata?

Bo to jest właśnie dylemat, przed którym stoimy i my.

.

Rzut beretem

– Wiesz, kibel jest.

– Z czym znowu??

– Kibel z biletami. Zacząłem szukać lotów przez Pacyfik i faktycznie to już nie to samo, co tu w Azji. Najtańsze połączenia są z Nowej Zelandii, ale bilet do Chile albo Argentyny to nadal 4000-4500 zł w jedną stronę.

– Faktycznie dramat. I nie da się nic taniej? Łodzi oczywiście nie ma?

– Nie ma szans. No i chcemy lecieć w grudniu, czyli przed Świętami albo w styczniu, czyli na karnawał. Nieco taniej byłoby lecieć najpierw do Stanów, ale to nam trochę nie po drodze…

– Stany, Stany, fajowa jazda.. A nie ma jakiś lotów przez wyspy Pacyfiku? Fiji albo Tahiti?

– Do Stanów lata m.in. Air Pacific, czyli narodowe linie Fiji. Za 3500 zł możemy lecieć z Vanuatu albo Nowej Zelandii do Los Angeles z przesiadką. Wiesz, co to oznacza?

– Dwutygodniowa przesiadka na Fiji albo Tahiti??? Faktycznie koszmar. Już nie mogę się doczekać…

– Zgadza się. Ale 2 albo 3 tygodnie w Polinezji Francuskiej, 3 albo 4 w Stanach i lot do Chile też z przesiadką. Najpewniej w Kostaryce albo na Karaibach, czyli kolejne 3 tygodnie zgubione. Jak będziemy tak się wybierać, to w Patagonii skończy się lato, zanim tam dotrzemy.

– Ale Kalifornia. Podoba mi się to słowo.

– Mi też. Będzie i Kalifornia. Ale musimy być w Patagonii w styczniu, najpóźniej lutym. Torres del Paine. Los Glaciares. Pamiętasz, co mówili Elizabeth i Tom w Indiach? Albo Maciek i Marta w Laosie? Zobaczysz, spadną nam kapcie z wrażenia. Później Atakama, Nazca, salary, Gran Chaco…

– A zamiast Polinezji coś naprawdę dzikiego? Vanuatu? Albo chociaż Tonga czy Samoa, hmmm. A może z Australii przez Vanuatu do Nowej Zelandii?

– To jest możliwe nawet bez większych wygibasów. Latają pewnie ze 3 linie.

– A potem do Ameryki Północnej przez Polinezję? Widzę, że z tym Pacyfikiem też dramat. Po samych tych wyspach można by pływać z rok.

– Z kolei do Chile można by lecieć przez Wyspę Wielkanocną. To też w końcu Chile. Boże Narodzenie na Wyspie Wielkanocnej, co ty na to?

– Zmniejszył nam się świat podczas tej podróży. Wszędzie rzut beretem. Oj, tu też będziemy musieli wrócić.

– To co, Los Angeles, Tahiti i Kostaryka? Czy Vanuatu, Tonga albo Wyspa Wielkanocna? Może rzucimy monetą?

– A może beretem?

– Proste, genialne.

.

Rybaka czar

Po przejechaniu niemal tysiąca kilometrów na jednym skuterku i tygodniu spędzonym w drodze, postanowiliśmy osiąść na 3 dni w Riung – niewielkiej rybackiej mieścinie na północy.

Pora dać odpocząć naszym kościom ogonowym, zanim odleżyny zostaną nam na stałe.

Pokój, bracie!

Pokój, bracie!

Riung – już lubimy to miasteczko. Dziś poznaliśmy przemiłych muzułmanów z południowego Celebesu, którzy przyjechali na Flores za chlebem. Dziwna to migracja wewnątrzindonezyjska, bo Flores jest chyba jeszcze biedniejszy niż Celebes. W każdym bądź razie zostawiwszy dzieci pod opieką dziadków, w okolicznych wioskach suszą kokosy na koprę i wysyłają na eksport. Za tonę suszonej kopry, w zasadzie gotowej do przerobienia na wiórki, dostają 500 tys. rupii, czyli 170 zł. Czysty zysk, można by rzec. Pewnie dla amerykańskiego hurtownika albo lokalnych rządowych oficjeli.

Jedni z nielicznych muzułmanów na tej katolickiej wyspie zaskoczyli nas dzisiaj gościnnością, nie często spotykaną w tym kraju. Sami nie jedząc ani nie pijąc, poczęstowali nas ciasteczkami i herbatą. I za nic na świecie nie chcieli się dać namówić na spróbowanie. Już nawet przemknęło nam przez myśl czy aby te ciasteczka zaraz nas nie złożą… Tymczasem strzeliliśmy niezłe faux pas, bo kilka dni temu zaczął się Ramadan.

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Prawie jak wielki zbiornik z farbą, czyli piękny wulkan Kelimutu rządzi

Poza tym Riung też uroczy. Szczyt sezonu, turystyczne atrakcje na Floresie pękają w szwach, a ceny wszędzie napompowane do horrendalnych 30 zł za noc. Tymczasem w naszym hoteliku w lipcu nie było ani jednego gościa, w czerwcu pięciu, w maju czworo. W grudniu zeszłego roku nawet jedna Polka z Łodzi (pozdrawiamy!). W sierpniu jesteśmy pierwsi – miejmy nadzieję, że dobry omen dla naszej gospodyni, gdzie za uroczy pokoik ze śniadaniem płacimy 17 zł.

W jedynej jadłodajni w mieście mamy już nawet wynegocjowaną stawkę obiadową. Za dwie porcje świeżej ryby z ryżem i warzywami płacimy 25 tys. rupii (8 zł), czyli tylko niewiele więcej niż miejscowi.

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

a ja sem netoperek, giganticnyj netoperek

Nie możemy się już też doczekać, gdy za dwa dni wrócimy do Labuanbajo i odwiedzimy naszą garkuchnię u baby, u której stołowaliśmy się przez pierwsze 5 dni na wyspie. Każdego kolejnego dnia patrzyła na nas z coraz większym zdziwieniem, nie mogąc się nadziwić, czemu jeszcze nie zniknęliśmy na dobre z miasteczka, w którym, tak jak niemal we wszystkich innych na tej wyspie, nikt nie zatrzymuje się na dłużej niż 2 dni. I co więcej, nie dość, że uparcie wracamy, to nawijamy do niej po indonezyjsku, wypytując o dzieci i życie rodzinne.

A my po jedną z najlepiej przyrządzonych w Indonezji świeżych ryb z domowym sosem chili i omastą orzeszkową przychodziliśmy codziennie, wracając a to z okolicznych wiosek, a to od waranów z Komodo, a to z kilkudniowego najlepszego nurkowania na świecie.

Gdy nasza baba zobaczy nas po kolejnych dwóch tygodniach, chyba padnie z wrażenia. Kto wie, może nawet lód do soku dostaniemy gratis… Chociaż nie, to raczej nie w Indonezji.

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

Tarasy ryżowe Floresu, obok tych na Bali, są chyba najpiękniejsze w całej Indonezji

No ale zaraz potem, na ostatnie 10 dni w Indonezji udamy się wreszcie na Bali.

Bali. Hasło – wytrych. Wyspa, o której wszyscy mówią i pytają nas przez ostatnie 3 miesiące. Zarówno miejsowi jak i przyjezdni. Miejsce, przez które ledwie przewinęliśmy się w drodze na wschód. Spędziwszy tam 2 noce, Bali już nas zaintrygowało i ku ogromnemu zdziwieniu, nawet przypadło do gustu.

Baliśmy się, że nam się Bali nie spodoba, a tymczasem strach pomyśleć, ale się jeszcze zakochamy w w tej wyspie. I tylko żal, że Ramadan się rozkręca, a my w muzułmańskiej zasadniczo Indonezji z katolickiego Floresu udajemy się na hinduistyczne i hedonistyczne Bali. Ot takie indonezyjskie przypadki.

.

———————————————————-

A co fotograficznie działo się na Floresie? Zobacz sam.

Flores centralny, Indonezja

.