Monthly Archives: Maj 2011

Dżungla dla początkujących

W Borneo zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Przez dwa tygodnie widzieliśmy tu więcej dzikich zwierząt niż przez całą dotychczasową podróż.  Dzikie orangutany, małpy długonose, ryby chodzące po plaży, rekiny, olbrzymie żółwie, ławice dwumetrowych barakud czy owadożerne rośliny.

Charakterystyczny nos oraz duze brzuchy sprawily, ze nosacze sundajskie przez miejscowych od wiekow nazywane sa "Orang belanda" czyli "Holendrami"

Charakterystyczny nos oraz duży brzuch sprawiły, że nosacze sundajskie przez miejscowych od wieków nazywane są "Orang belanda" czyli "Holendrami"

O orangutanach zachodniego Borneo i nurkowaniu na Sipadanie – uchodzącym za najlepsze nurkowisko na świecie postaramy się napisać kilka słów ekstra, bo obie te rzeczy okazały się jednymi z największych atrakcji jak do tej pory.

Owadożerny dzbanecznik czeka na swoją ofiarę

Owadożerny dzbanecznik czeka na swoją ofiarę

A dzisiaj kilka zdjęć z niezwykłego Parku Narodowego Bako. Bako to dżungla dla początkujących. Po parku można chodzić kilka dni na własną rękę, kolorowe szlaki są równie łatwe w nawigowaniu jak w polskich Tatrach i z pewnością jest to turystycznie najlepiej oznaczone miejsce w całej Azji. Nie zmienia to jednak faktu, że park jest wyjątkowo dziki, turystów tu niezbyt wielu i nie trudno chodzić cały dzień, nie napotykając nikogo.

A po drodze lasy namorzynowe z ich niezwykłymi mieszkańcami, dżungla przechodząca wprost we wspaniałe klify i plaże oraz przede wszystkim małpy długonose. Zwierzęta te okazały się zdecydowanie najciekawszymi przedstawicielami małp, jakich dotychczas spotkaliśmy.

Komu odbiła palma

Całe malezyjskie Borneo przejechaliśmy oczywiście stopem. Zabawa ta trwała pełne 4 dni i pozwoliła nam lepiej zrozumieć ten region. Spośród wszystkich 15 czy 20 osób, z którymi się zabraliśmy, niemal wszyscy zajmowali się przemysłem olejowo-palmowym. Co drugi ma plantację palm olejowych, jeden jest strażnikiem na farmie, inny sprzedaje kombajny do zbierania owoców palmy olejowej, a jeszcze inny prowadzi szkółkę z młodymi palmami.

Lasy namorzynowe i plaze Bako

Lasy namorzynowe i plaże Bako

Przez calutkie malajskie Borneo jak okiem sięgnąć ciągną się tysiące plantacji palm. Ale nie ma się czemu dziwić. Palma ta owocuje co dwa tygodnie i pozwala na zbiory owoców 20-25 razy w roku. Malezja jest światowym liderem w produkcji oleju palmowego, a miejsce tropikalnej dżungli północnego Borneo w większości zajęły już plantacje palm.

Jedyną osobą, która zabrała nas na stopa, a nie zajmowała się przemysłem olejowo-palmowym, był pracownik platformy wiertniczej u wybrzeży Borneo. Bo właśnie ropa była do niedawna głównym źródłem przychodu dla tego regionu.

Mlody makak plazuje sie w Parku Narodowym Bako

Młody makak plażuje się w Parku Narodowym Bako

Wszystko tylko nie to

W drodze przez północne Borneo, przejechaliśmy też przez niezwykły kraik, który mocno zapadł nam w pamięć. Brunei okazało się dokładnie tym, czego się nie spodziewaliśmy. Jeden z najbogatszych krajów Azji żyje niemal wyłącznie z ropy naftowej wydobywanej z dna morza. Nie ma tu więc ciśnienia na wycinkę dżungli, a mniejsze drogi biegną niemal przez dziewicze lasy. Spodziewaliśmy się zindustrializowanego Dubaju u wybrzeży Borneo, a trafiliśmy do niewielkich wiosek, gdzie czeka się tylko na sezon owocowy.

Takie a nie inne odczucia na temat Brunei to głównie zasługa niecodziennych stopów, z którymi przejechaliśmy ten kraj. Bo Brunei to także pierwsze państwo, które oglądaliśmy wyłącznie zza samochodowej szyby i nie wydaliśmy w nim ani złotówki.

Drobne przeszkody na szlaku w dzungli

Drobne przeszkody na szlaku w dżungli

Z miejscem tym wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Przejechanie 200 km z Malezji do Malezji zapewniło nam 10 nowych pieczątek w paszporcie. Brunei to śmieszny kraik, rozerwany malajskim klinem na pół. I jakby jeszcze tych 8 pieczątek wjazdowo-wyjazdowych było mało, Malajowie też mają ciekawe przepisy.

Malezja jest krajem federacyjnym, a stany Sarawak i Sabah, które w całości zajmują malajskie Borneo, są na tyle autonomiczne, że nawet Malajom wbijają pieczątki wjazdowe i wyjazdowe. W ten oto sposób w ciągu jednego dnia ubyło nam całych 2 stron w paszporcie. A po przejechaniu kilkunastu krajów na takie rzeczy zaczynamy zwracać coraz pilniejszą uwagę…

O Sipadanie bedzie nastepnym razem, a na zachete - zolw i podwodny wagabunda

O Sipadanie będzie następnym razem, a na zachętę - żółw i podwodny wagabunda

I pomyśleć tylko, że właśnie udajemy się do indonezyjskiej części Borneo, która jest zdecydowanie bardziej dzika, zawsze trudniej dostępna i rzadziej zaludniona. Będzie się działo.

.

No ale, zgodnie z obietnicą, jeszcze więcej Bako.

Park Narodowy Bako, Borneo, Malezja

.

Reklamy

Narkotyki Złotego Trójkąta

Czasy gdy karawany opium przemierzały pogranicze Laosu, Tajlandii i Birmy już dawno minęły. Dziś jedynie nie uważana za narkotyk, rosnąca w każdej laotańskiej wiosce marihuana przypomina o historycznym dziedzictwie. Ale prawdziwie uzależniające właściwości w tym regionie ma co innego.

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południoowo-Wschodniej

Birma to zdecydowanie najciekawszy etnicznie region Azji Południowo-Wschodniej

Jeszcze na przełomie lat 80-tych i 90-tych Złoty Trójkąt był najważniejszym ośrodkiem produkcji opium i jego pochodnej – heroiny na świecie. Do niedawna Birma była globalnym liderem i w 1996 r. produkowała ponad 2,5 tys. ton tego narkotyku. Jeszcze 30 lat temu Laos, Tajlandia i Birma odpowiadały łącznie za 70% wyprodukowanej na świecie heroiny. Od tamtego czasu wiele jednak się zmieniło, udział Złotego Trójkąta w światowej produkcji heroiny zmniejszył się do 5% i w głównej mierze został zastąpiony przez Złoty Półksiężyc z Afganistanem na czele.

Chiny na ratunek

Z narkotykowego biznesu jako pierwsza wyszła Tajlandia, stawiając na przemysł turystyczny. Z kolei Laosowi i Birmie w głównej mierze pomogły Chiny. Przemierzając Laos i Birmę, niemal na każdym kroku widać, że Chińczycy wykupują je na potęgę. Między innymi inwestują miliony dolarów w plantacje kauczukowców, zapewniając tym samym jako taki zarobek lokalnym mieszkańcom. Ale spyta ktoś, dlaczego Chinom tak bardzo zależało na wytępieniu opium, które przecież w głównej mierze trafiało do Stanów i Europy?

Myśląc o Chinach, zawsze trzeba mieć na uwadze jedno. Przy wszystkich swoich wadach, naród ten jest niesłychanie wprost dalekowzroczny. Chińczycy niemal niczego nie robią w perspektywie krótszej niż 20 lat. Zapewne mając na uwadze bogacące się na potęgę chińskie społeczeństwo, władze bały się powtórki z historii.

Brytyjscy handlarze śmiercią

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Takiemu nie podskoczysz (Laos - wioska Akha)

Na przełomie XVIII i XIX wieku Brytyjczycy mieli nie lada problem. Sprowadzając z Azji Południowo-Wschodniej i Chin przyprawy, herbatę czy jedwab, przywozili do Orientu wyroby bawełniane i parę innych towarów. Mimo wszystko w handlu zagranicznym powstawała coraz większa luka, więc kilku wybitnych generałów wpadło na świetny pomysł. W chińskich portach Anglicy zaczęli rozdawać, a następnie sprzedawać próbki narkotyków, uprawianych od wieków w Indiach. Zanim Chińczycy połapali się w czym rzecz, mieli u siebie miliony uzależnionych. W 1830 roku było ich już 12 milionów. Licząc, że wciąż nie jest za późno, Chiny nałożyły wysokie cła na wszystkie sprowadzane towary i rozpoczęły walkę z narkotykami.

Niestety było już za późno. Brytyjczycy pod byle pretekstami rozpoczęli Pierwszą a następnie Drugą Wojnę Opiumową. W ciągu niespełna 20 lat wymusili na Chińczykach przekazanie Hong Kongu, otwarcie większości chińskich portów na zachodnie towary i przede wszystkim zalegalizowanie handlu opium. Śladem Brytyjczyków poszli Francuzi, Amerykanie i Rosjanie, wkrótce doprowadzając Imperium Chińskie do bankructwa i w znacznej mierze czyniąc podwaliny pod późniejszą rewolucję Mao Zedonga.

Summa summarum Brytyjczycy zalali Chiny opium, ostatecznie uzyskując nadwyżki w bilateralnym handlu z Chinami, a w Państwie Środka w 1880 roku było ok. 30-40 mln uzależnionych.

Swoją drogą to ciekawe, że opium, które w XIX w. Brytyjczycy na masową skalę rozprzestrzenili w Złotym Trójkącie, aby móc sprzedawać je do Chin, po niemal 100 latach obróciło się przeciw Cywilizacji Zachodu, zalewając Europę i Stany.

Prawdziwe dziedzictwo Złotego Trójkąta

Ale jako się rzekło, echa narkotykowej przeszłości pogranicza Laosu, Tajlandii i Birmy dawno już przebrzmiały. Dziś serce regionu bije turystyką i poza nazbyt cywilizowaną Tajlandią oferuje prawdziwy skarb – bogactwo etniczne.

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

Publiczna łaźnia w północnym Laosie

W samym tylko północnym Laosie żyje 39 plemion, a wioski Akha, Lahu, Yao i Hmongów ciągną się we wszystkie strony.

Trzeba jednak się spieszyć. Już dziś w uważanym przez niektórych znanych podróżników za położone w dzikiej dżungli Muang Sing, miejscowego szamana najłatwiej spotkać w kawiarence internetowej, gdzie recepty do wiosek Akha wysyła najpewniej na komórkę.

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Nastarsza kobieta z rodu Akha - lokalny autorytet i gość honorowy na weselu (I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...)

Darmowe wi-fi w guest-housach za 20 zł za pokój jest standardem, a słynny rynek, na którym onegdaj gromadziły się kolorowe mniejszości etniczne wymieniać towary, jest już tylko cyrkiem.

Ale autentyczne wioski istnieją. Co prawda miejsca bez elektryczności nie udało nam się znaleźć, ale w bardziej odległych miejscach dumni Akha, skryci Hmongowie i Yao w szerokich czapkach wiodą życie niemal jak przed wiekami. Dotrzeć do nich nie jest jednak łatwo, bo jeśli jakaś wioska jest już zaznaczona na mapie, to raczej nie ma tam czego szukać. Trzeba po prostu wypożyczyć motor (najlepiej terenowy) i ruszyć przed siebie.

Marihuana popularna od wieków

Dziś jedynym wątłym echem narkotyków Złotego Trójkąta jest marihuana, która w szczególności w Laosie jest dostępna łatwo, tanio i prawie wszędzie. Mimo że oficjalnie, podobnie jak opium, jest zakazana, to władze niespecjalnie się nią przejmują. Do górali z mniejszości Hmong i Akha rząd puszcza wręcz oko, dając im pewien immunitet na ten specyfik popularny od wieków.

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

I naprawdę tego już synku nie chcesz? (ponoć)

W niemal każdej wiosce Akha, oprócz tradycyjnych wyrobów, miejscowi oferują przyjezdnym także lokalne zioło. (Ponoć) marihuanę sprzedaje się tu jednak nie na gramy, a na garści. (Ponoć) w nieturystycznej wsi w okolicach Muang Sing taka 10-gramowa garść kosztuje ok. 3 zł. W centrum miasta, gdzie przyjezdne z okolicznych wiosek baby, przechadzają się wśród licznych turystów, oferując te same bransoletki i wyroby, taką samą garść dostaniemy (ponoć) już za 10-15 zł.

Co więcej, kupując marihuanę bezpośrednio w nieodwiedzanej wsi Akha, bez pytania o cenę wręczając babie 3 zł, (ponoć) można narazić się wręcz na śmieszność. Zdziwienie z powodu jawnego przepłacania będzie (ponoć) jeszcze większe, gdy turysta odda babie pół garści wybitnego zioła, bo i co ma zrobić z taką jego ilością…

Parcie na szkło

Parcie na szkło

Podobnie jak w Nepalu czy północnych Indiach, także w Laosie konopie indyjskie rosną w stanie dzikim i wśród miejscowych górali popularne są od wieków. Ludzie mający porównanie wyrobów z Nepalu i Laosu, twierdzą jednak, że marihuana w Laosie jest znacznie mocniejsza, ale równie lekka i naturalna.

Ponoć.

.

—————————————————————-

Ciekawostki wydłubane w Muzeum Narkotyków w Sop Ruak w północnej Tajlandii:

W 1898 r., czyli 2 lata przed wynalezieniem Aspiryny, niemiecka firma Bayer opatentowała inny lek, w którym pokładała wielkie nadzieje. Nazwała go Heroina, bo według wstępnych badań był heroiczny jak superbohater i nie powodował uzależnienia.

Legalne przychody rządu Tajlandii z handlu opium w 1944 roku sięgnęły 60 mln bahtów i stanowiły 21% budżetu.

Ogólnie według nas Hall of Opium, czyli Muzeum Narkotyków w Sop Ruak to jedna z najciekawszych atrakcji, jakie widzieliśmy w Tajlandii. W całości wykute we wnętrzu góry, gromadzi fantastyczne informacje o narkotykach od starożytnej Mezopotamii po wojny z kartelami i najnowocześniejsze fortele przemytników. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają naprawdę przenieść się w czasie i zrozumieć historię narkotyków.

.

A na koniec jeszcze więcej (naprawdę autentycznych) Akha.

Wioski Akha, Muang Sing, Laos

.

Z życia mnicha

To nie będzie zwykły artykuł o buddyjskich mnichach. Chciałem napisać o porannych modłach, chodzeniu po jałmużnę o świcie, medytacji i kosmicznym spokoju, którym emanują mnisi niemal podczas każdej rozmowy. Ale zamiast tego będzie to artykuł o tym, dlaczego w Birmie to właśnie mnisi poprowadzili rewolucję przeciwko dyktaturze i jak to się dzieje, że w Tajlandii obcy nam ludzie notorycznie zostawiali zapalony samochód z kluczykami wewnątrz pod naszą opieką.

Klasztorny spokój

Klasztorny spokój

Zacznijmy od tego, że w buddyjskim kręgu kulturowym każdy mężczyzna musi choć raz w życiu zostać mnichem. W zasadzie nie ma oficjalnego przymusu i nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma, a wszyscy przywdziewają pomarańczowe szaty z niekłamaną dumą. Mężczyźni, a raczej młodzi chłopcy chętnie wstępują do zakonu na krótki czas, gdzie znajdują wyciszenie, zapoznają się z naukami Buddy i przygotowują do wkroczenia w dorosłe życie. Większość z nich wstępuje do Nowicjatu na kilka tygodni, ewentualnie kilka miesięcy. Dziś rzadko kto zostaje mnichem na dłużej niż rok. Oczywiście poza tymi, którzy po Nowicjacie wybierają drogę profesjonalisty.

W poszukiwaniu nirwany

Co ciekawe buddyjskie klasztory są pewnego rodzaju instytucją otwartą. Wstąpić w szeregi mnichów można kilkakrotnie i wcale nie jest to rzadka praktyka.

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Parasol od słońca oraz misa i torba na jałmużnę to jedyny dobytek buddyjskich mnichów

Często po latach już dorośli mężczyźni odnawiają śluby Nowicjatu, po raz kolejny przywdziewając pomarańczowe szaty. Nasz znajomy 30-letni Taj, w zakonie był już 3 razy. Najpierw 8 tygodni, po kilku latach 4, a ostatnio podczas urlopu w pracy wstąpił znowu na 15 dni. Wynika to też po części z szacunku, jakim cieszą się mnisi w buddyjskich krajach. Ich życie zawsze jest skromne, nie robią nic na pokaz, wyrzekają się wszelkiego dobytku, a utrzymują wyłącznie z jałmużny.

W rejonach wiejskich oraz małych miasteczkach nawet w dzisiejszych czasach codziennie o świcie mnisi wyruszają ze swoim jedynym dobytkiem, czarną porcelanową misą, na obchód po okolicy. W Tajlandii, Laosie, Kambodży, a w szczególności Birmie ludzie masowo wylegają wówczas przed domy i sklepiki, ofiarowując mnichom ryż i prostą strawę w zamian za błogosławieństwo. Często nawet dla postronnych laików ma to niemal mistyczny wymiar.

Karma, czyli budowanie przeznaczenia

Buddyzm w zasadzie nie jest religią. Jest raczej jak droga, którą jej wyznawca podąża przez życie. Ma być filozofią życiową, a nie zbiorem gestów, które zapewniają gładkie przejście do wieczności. Czasem doprawdy ciężko w to uwierzyć, obserwując, z jaką czołobitnością buddyści biją pokłony przez posągiem Buddy. Sęk w tym, że Budda zabronił swoim uczniom czcić kogokolwiek, z sobą w szczególności. Na szczęście niektórzy wyznawcy faktycznie traktują pokłony wyłącznie jako rytuał, który pozwala im się skupić.

Karmazynowy myśliciel

Karmazynowy myśliciel

Tak czy inaczej buddystów cechuje niespotykany wręcz spokój. Jednym z najważniejszych założeń tej religii-filozofii jest karma. Tu nie ma odpuszczania grzechów, rozgrzeszania ani podobnych wymówek. Postępujesz źle, a zło wróci do ciebie. Prawdopodobnie ze zdwojoną siłą. Zabijasz zwierzęta? W następnym wcieleniu będziesz jednym z nich. Kradniesz? Czeka cię nieszczęście. Jeśli nie za chwilę, to w kolejnym życiu. „Zła karma” nigdy nie zostanie ci odpuszczona. Ewentualnie możesz ją odkupić zdwojonymi wysiłkami na rzecz „dobrej karmy”, ale nie jest to łatwe i zajmuje lata.

Jak to obrazowo ujął jeden z mnichów w Laosie, gdy uderzasz stół, stół uderza też Ciebie. Karma zawsze wraca.

Batman forever

Batman forever

Taka filozofia towarzyszy ludziom przez całe życie, więc w buddyjskich krajach raczej nie trzeba obawiać się o bezpieczeństwo. W Tajlandii niemal 2,5 tys. km przejechaliśmy stopem. Podczas licznych podróży standardem było, że kierowca wychodził do sklepu na stacji, zostawiając włączony samochód pod naszą opieką, a na koniec przynosił jeszcze colę i bułki. Któregoś razu, gdy oprócz kluczyków kobieta zostawiła także kilkaset złotych wetknięte przy skrzyni biegów, poczuliśmy, jak napełnia się dobra karma ludzkości.

Pomarańczowy w modzie

Dlaczego buddyjscy mnisi w Tajlandii, Laosie i Kambodży chodzą w pomarańczowych szatach, a w Birmie w czerwonych?

Pomarańczowy w modzie

Pomarańczowy w modzie

Ustalenie tego faktu okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i zajęło nam kilka miesięcy. Wielu mnichów ma własne teorie na ten temat. Niektórzy twierdzą, że pomarańczowy to kolor oświecenia, który Budda przywdział po Przebudzeniu.

Ale co z czerwonym? Zarówno w Tajlandii jak i Birmie rozpowszechniony jest przecież ten sam rodzaj buddyzmu – Theravada, więc nie powinno być różnicy. Okazuje się jednak, że czerwone szaty wywodzą się z Kaszmiru i Tybetu, gdzie kolor ten był najtańszy w uzyskaniu. Budda zawsze był zwolennikiem prostych rozwiązań i chciał, żeby mnisi byli blisko zwykłych ludzi, więc nakazał ubieranie się w najbardziej pospolity i najtańszy kolor – właśnie czerwony. A w Azji Południowo-Wschodniej tańszy był pomarańczowy.

W szarej Polsce pospolitość bordowej czerwieni i pomarańczu może nieco dziwić, ale po wizycie w kolorowych Indiach, gdzie Budda spędził większość życia, łatwiej to zrozumieć.

Birmański uśmiech mnicha

Buddyjscy mnisi niemal zawsze są skorzy do rozmowy. Wyłączając turystyczne enklawy, jak Bangkok, Luang Prabang w Laosie czy Siem Reap w Kambodży, gdzie naprawdę jest przesyt obcokrajowców, w co drugim klasztorze możemy liczyć na bardzo ciekawą rozmowę.

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

Szafranowa rewolucja w Birmie została krwawo i szybko stłumiona. Władze nie podały liczby zabitych, ale prawdopodobnie było ich kilkuset

W szczególności dotyczy to Birmy, gdzie mnisi stanowią intelektualną elitę, a przyklasztorne szkoły zapewniają niezłą edukację i komunikatywny angielski. Przechadzając się po buddyjskich klasztorach w Mandalay czy prowincji Shan, ciężko wykręcić się od zaproszenia na klasztorną herbatę i pogawędki o religii i świecie.

W Birmie, w której za najmniejsze słowo sprzeciwu wobec władz, można dostać kulkę w łeb, 3 lata temu buddyjscy mnisi masowo wyszli na ulice protestować przeciwko reżimowi, który rujnuje kraj. Reżim jak zwykle odpowiedział ostro, zabijając co najmniej kilkuset mnichów i zamykając klasztory. Jeden z mnichów, którego poznaliśmy w Mandalay stracił dwóch najbliższych przyjaciół z klasztoru w zamieszkach. Dziś birmańscy ubecy często kręcą się w pobliżu świątyń, złowrogo zerkając na każdą konwersację obcokrajowców z mnichami.

Odnajdź swoją drogę

Co ciekawe, buddyjscy mnisi, tak w Birmie jak i wszędzie indziej, nigdy nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii.

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas prania znajdzie się czas i na zabawę

Podczas podróży bardzo często musimy tłumaczyć się z naszego ateizmu, szczególnie w katolickim Borneo. W drodze do Cameron Highlands pewien Malaj też nie potrafił nas zrozumieć i za wszelką cenę chciał nawrócić nas na Allacha. Tymczasem buddyści nigdy nie mają takiej presji. A gdy już stwierdzamy, że wierzymy w rozum i ludzi, to uznają nas niemal za swoich.

Jeden z mnichów stwierdził wręcz, że brak religii nie jest zły. Najważniejsze, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. A żyjąc bez religii, zawsze mamy czas na studiowanie przekonań innych ludzi i odnalezienie swojej drogi.

I za to właśnie uwielbiamy buddystów.

.

—————————————————————-

Ciekawostki, które nijak nie pasują do artykułu:

Tajski mnich, którego spotkaliśmy w Angkorze, nie był pewien czy ma 45 czy 46 lat. Wspólnie sprawdziliśmy w paszporcie i wyszło, że pomylił się o 4.

Mnisi jedzą dwa razy w ciągu dnia. Pierwszy raz tuż po świcie, po zebraniu jałmużny, a drugi około 11 rano. Potem post do następnego świtu. W niektórych klasztorach jada się tylko raz dziennie.

Za to większość czasu w ciągu dnia przypada na recytację Sutr, nazywaną przez mnichów potocznie Pali. Przez ponad 2000 lat nauka wszystkich kazań Buddy na pamięć była jedynym sposobem przekazywania kanonu tej filozofii. Nawet dziś mnisi pozostają żyjącą księgą.

Ze względu na szacunek dla mnichów, nie powinno wywyższać się ponad nich. Dotyczy to także sytuacji bardzo prozaicznych. Gdy kelnerka serwuje posiłek w ulicznej restauracji, do stolika, przy którym siedzi mnich, podejdzie zgięta wpół lub kucając, aby nie przewyższyć go głową.

.

—————————————————————–

W obleganym Luang Prabang, uśmiechnęło się do nas pomarańczowe szczęście. Wybrawszy się o świcie w poszukiwaniu mnichów mimochodem trafiliśmy na doroczne święto jednej ze świątyń. Ponad 2 godziny obserwowaliśmy rytuały i modlitwy, które zgromadziły z pół dzielnicy, ale zaledwie troje turystów (łącznie z nami). Niezwykłe przeżycie.

Starając się unikać typowej w Luang Prabang fotonachalności i ładowania obiektywu mnichom w twarz, raczej bardziej uczestniczyliśmy niż rejestrowaliśmy, ale mimo wszystko coś tam udało się pstryknąć i nakręcić. Zapraszamy na film.

.

.

I kilka fotek w czerwieni i pomarańczu.

.

Z życia mnicha, Birma, Laos, Tajlandia, Kambodża

.

Borneo naszym przeznaczeniem

Spóźniony bodaj pierwszy raz w historii Singapuru autobus, trzy przesiadki na jednej linii metra, a nawet awaria terminalowego busika – żadnemu z wysłanników piekieł nie udało się zaprzepaścić naszego wylotu na Borneo.

Złośliwe czynniki te zapewne sprzysięgły się przeciwko nam w odwecie za wczorajsze łamanie chyba wszystkich możliwych przepisów w tym mieście zakazów – od chodzenia prawą stroną chodnika po kąpiel w basenie na dachu najdroższego hotelu w Singapurze.

Kamienna twarz, pewny krok, odwrócenie uwagi strażników i na basen na dachu Marina Bay Sands wbiliśmy się na krzywy ryj

Kamienna twarz, pewny krok, szybkie odwrócenie uwagi strażników i na basen na dachu Marina Bay Sands wbiliśmy się na krzywy ryj

Do Malezji kontynentalnej, o której jeszcze nic Wam nie napisaliśmy, a także Singapuru oraz pogranicza Laosu i Tajlandii postaramy się wrócić myślami specjalnie dla Was choćby na chwilę. Choć z żalem stwierdzam, że co było, minęło. Zdecydowanie lepiej pisze się na bieżąco.

P.S. Zamiast 2 godziny przed czasem, na samolot zdążyliśmy 15 minut przed odlotem, ale pół godziny po zamknięciu check-inu. Na szczęście onieśmielony naszym urokiem pan pozwolił nam samemu zanieść nasze plecaki piechotą na płytę lotniska.

Witaj Borneo!

Witaj przygodo!

Witaj przygodo!

.

————————————————–

Jak być może wprawny czytelnik raczył się zorientować, po Azji krążymy jak potłuczeni. W Tajlandii, przykładowo, byliśmy już 3 razy, spędzając tam łącznie 6 tygodni. W ramach pielęgnowania wyspiarskiego stylu życia jako wspominek – prosto znad Morza Andamańskiego, galeria z Koh Lanta.

.

Koh Lanta, Tajlandia

.