Monthly Archives: Kwiecień 2011

Podróż za jeden uśmiech

Zachęceni autostopowymi przygodami w Birmie i przejechaniem w ten sposób połowy Tajlandii, postanowiliśmy na dobre przywrócić do łask podróże za jeden uśmiech. Prawdę mówiąc, kraj na autostopową rezurekcję wybraliśmy sobie raczej średni, bo Laos z pewnością nie jest samochodowym rajem.

Niemniej jednak na stopa udało nam się przejechać calutki kraj, od Pakse aż po Huay Xai. Udało się ku naszemu własnemu zaskoczeniu, bo w górskich rejonach prowincji Luang Prabang czy Udomxai, a w szczególności na odcinku do Luang Nam Tha niemal nic nie jeździ.

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Przez calutki Laos z północy na południe biegnie "trzynastka" pełniąca tutaj funkcję autostrady

Śmieszna sprawa, ale w Laosie trudno złapać stopa, dopóki nie wyjdzie się poza obręb cywilizacji. Instytucja autostopu jest tu niemal nieznana, ale po oddaleniu się od ostatnich wioskowych chałup szybko ktoś się zatrzymuje – najczęściej z ciekawości lub pchany buddyjską chęcią niesienia pomocy.

Przejechanie ponad 1600 km zajęło nam łącznie 6 dni, czyli raptem o jeden-dwa dni dłużej niż pokonanie tej trasy autobusem. Oczywiście jak zwykle największym atutem podróżowania na stopa okazali się ludzie. Jechaliśmy m.in. z brytyjskim saperem, który rozbraja amerykańskie bomby sprzed 40 lat czy laotańskim katolickim księdzem – jednym z zaledwie kilkunastu w tym buddyjskim kraju. Rozładowywaliśmy ananasy i przyglądaliśmy się uzyskiwaniu zezwoleń na prowadzenie plantacji kauczuku w tym komunistycznym kraju.

Na pace z ananasami

Na pace z ananasami

A teraz zapraszamy na krótką relację z dwóch całkiem ciekawych przejazdów.

Powypadkowe Luang Prabang

Na początek autostopowo bezowocna czterokilometrowa przebieżka za miasto, gdzie zabudowania się przerzedzają i jest szansa na złapanie jakiegoś kierowcy na litość. Niestety nie tym razem. Ruch pojazdów nietraktorowych jest znikomy i przez pierwsze pól godziny na drodze udało nam się zatrzymać jedynie kilka płatnych busów.

Jak zwykle w takich przypadkach zaczynamy więc odprawiać szamańskie praktyki, telepatycznie rozmawiać z kierowcami, a następnie już otwartym tekstem z ich matkami oraz bliższą i dalszą rodziną do trzeciego pokolenia wstecz.

W końcu jest! Laotański rozklekotany TIR, którego kierowca po angielsku nie zna co prawda nawet słowa „hello”, ale uśmiechem jak arabski półksiężyc gotów połączyć sobie uszy. Zainstalowawszy się w kabinie, po piwnych naklejkach szybko rozpoznajemy, że to swojak i łączą nas wspólne zainteresowania. Udaje nam się także ustalić, że wiezie BeerLao prosto do Luang Prabang. Sytuacja wydawać by się mogło idealna. Raptem 200 km, czyli ok. 6 godzin jazdy.

Co tym razem, szefuniu?

Co tym razem, szefuniu?

Przez pierwsze kilka godzin kilometry połykamy jednak zaskakująco wolno, co pół godziny przystając a to na dolanie wody do chłodnicy, płynu hamulcowego do świecącego czystością zbiorniczka czy załatanie nieodgadnionej rury kawałkiem aluminium wyciętym z puszki.

Laotański rwący uszy pop i upały pory suchej działają jednak usypiająco, więc z trudem zwalczamy sen, łapiąc co chwila dziesięciosekundówki.

Nagle ze słodkiego letargu wyrywa nas jednak potężny huk, trzask zbijanego szkła i szarpnięcie kabiną. To chińska ciężarówka, która zahaczyła nas, próbując wyminąć na górskich serpentynach. Całe szczęście kierowca świetnie dał sobie w tej sytuacji radę, opanował naszego wraka i zatrzymał się przy krawędzi drogi, skutecznie blokując jeden pas ruchu na drodze nad przepaścią.

Szkody nie były duże, ale i tak przyszło nam czekać ponad 2 godziny na przyjazd przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej. W tym czasie mijały nas dziesiątki tirów i autobusów z przeraźliwym trąbieniem, a my przynajmniej w połowie przypadków byliśmy pewni, że ten już z pewnością zepchnie nas w przepaść.

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

W razie czego, będzie przynajmniej gdzie się zdrzemnąć

Byliśmy gdzieś na zboczu góry, lało, wiało i nagle laotańskie lato okazało się wyjątkowo zimne. Od razu skreśliliśmy ewentualność łapania kolejnego stopa. Zresztą poczuliśmy się jedną drużyną z naszym kierowcą, przeciwko trójce Chińczyków, z których jeden był sprawcą wypadku. Atmosfera gęstniała, a my byliśmy gotowi do obrony sprawiedliwości przed chińskim okupantem.

Skończyło się jednak pokojowo, a dalsza podróż przebiegła już bez większych przygód, nie licząc mgły, podczas której widoczność z rzadka przekraczało 5 metrów. Nasza ciężarówka tocząc się 5 km na godzinę, niemal jak Costner w Bodyguardzie poruszała się raczej na słuch niż wzrok, co chwila budząc wszystkich mieszkańców efektownym klaksonem.

Do Luang Prabang dotarliśmy po 12 godzinach jazdy.

Wymagające (nie tylko lingwistycznie) Luang Nam Tha

Dziś poprzeczka postawiona naprawdę wysoko. 340 km z Luang Prabang do Luang Nam Tha minibusy pokonują w 10 godzin (za horrendalne 15 USD od osoby!!), a po tej górskiej trasie niemal nic nie jeździ. My jednak, zachęceni naszymi dotychczasowymi autostopowymi sukcesami, a także pchani chorobliwą myślą domknięcia autostopowej pętli przez cały Laos, postanowiliśmy zaryzykować.

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

Wyciągnięty kciuk może i działa w Tajlandii, ale w Laosie lepiej trzymać się bardziej widowiskowych technik

W pewnym momencie, na opustoszałej górskiej drodze musieliśmy imać się już naprawdę desperackich trików. Po ponad godzinie oczekiwania, podczas której minęły nas może ze 3 pojazdy, porzuciliśmy tradycyjnie wyciągniętą rękę. Chińskich biznesmenów udało mi się zatrzymać, już z daleka wybiegając na drogę i wykonując widowiskowe pajacyki.

Przejechaliśmy z nimi ponad połowę drogi i była to przejażdżka jedna z ciekawszych jak do tej pory. Porozumiewaliśmy się wyłącznie po chińsku i polsku, więc wziąwszy pod uwagę tradycyjną chińską domyślność i bystrość umysłu, dobre pół godziny zajęło nam wytłumaczenie, skąd jesteśmy i dowiedzenie się, że oni pochodzą z Yunnanu. Ale za to po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni na przepyszny chiński obiad, podczas którego jak zwykle nie zabrakło niecodziennych przysmaków Państwa Środka. Dziś dominowały smażone wieprzowe jelita z warzywami. Dodatkowo jeden z Chińczyków autentycznie szedł po rekord ciepłowni EC Siekierki, podczas 4 godzin jazdy wypalając ponad 2 paczki fajek. A wszystkie je upychał do wyjątkowo fantazyjnej cygaretki, której nie powstydziłby się Hans Landa.

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Tradycyjny chiński stół obrotowy, a co najmniej drugie tyle potraw oczywiście w drodze

Druga połowa drogi też bardzo ciekawa, ale o tym innym razem, bo Word już dawno sygnalizował osiągnięcie limitu znaków.

Na zachętę tylko próbka:

Jedziemy z Laotańczykiem, który zaciekawił się parą obcokrajowców przy drodze. Po ustaleniu skąd i dokąd zmierzamy, a także liczby dzieci i żon, od pół godziny pielęgnujemy spokój wewnętrzny. Widząc mijany słupek drogowy, postanawiam przełamać ciszę:

Luang Nam Tha, saam hałi sip kilo – uderzam w gadkę. Luang Nam Tha, 310 km.

– Dobrze! Ty mówić po laotańsku. Daleka droga.

Rytualna wymiana uśmiechów i jedziemy dalej.

Luang Nam Tha, song hałi dżet sip kilo – zagajam znowu godzinę później, ale na zbyt wiele mnie nie stać. Luang Nam Tha, 270 km.

Daleka droga, to już wiem.

Czekając długie godziny na stopa, myśl nasza zazwyczaj hasa swobodnie i zwykła wybiegać daleko. Dziś na przykład wymyśliliśmy imiona dla naszego przyszłego psa i kota. Będą to Piksel i Hmong.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

Po kilku godzinach jazdy na pace pick-upa każda nowa pozycja wydaje się nadzwyczaj wygodna i jest jak wybawienie. Przez pierwsze pół minuty.

A jakby dzisiejszych autostopowych przygód było mało, wieczorem w Luang Nam Tha natknęliśmy się na Martę i Maćka. To pierwsza para Polaków podróżujących dookoła świata, jakich spotykamy. Są w sytuacji niemal identycznej jak nasza, tylko że właśnie wkraczają do Azji po pół roku w Ameryce Południowej i Nowej Zelandii. Wymianie spostrzeżeń, poradom i śmiechom nie było końca do późnej nocy.

P.S. Co do kota (Hmong – przyp. autora) nie mamy jeszcze stuprocentowej pewności, bo w grę ciągle wchodzi Fudżi.

P.P.S. Jeżdżenie stopem ma jedną wadę. Brak czasu spędzonego w autobusach sprawia, że nie mam kiedy pisać i napoczęte wpisy oraz luźne zdania zaczynają mi już rozsadzać głowę.

.

—————————————

Na zakończenie zapraszamy do galerii z Vientiane i Luang Prabang. A tam  m.in. Mekong w porze suchej, mnisi, kwiat bananowca i pomarańczowy w modzie.

Vientiane i Luang Prabang, Laos

.

Reklamy

Azjatycki Śmigus Dyngus, czyli tajski Nowy Rok

Zawsze byliśmy przekonani, że Lany Poniedziałek to typowo polska tradycja i przyjemny ewenement na skalę światową. Tymczasem dwa tygodnie temu doświadczyliśmy azjatyckiego Śmigusa Dyngusa z okazji Nowego Roku, obchodzonego jednocześnie w Tajlandii, Laosie i Birmie. Trzeba przyznać, że zjada on polską tradycję na śniadanie i mówi do nas Pikuś, Pan Pikuś.

Młodzi bojownicy przemierzają ulice w poszukiwaniu potencjalnych ofiar

Młodzi bojownicy przemierzają ulice w poszukiwaniu potencjalnych ofiar

A Tajowie umieją się bawić. Nowy Rok świętują przez 3-4 dni. Co więcej, dzieci i młodzież rozpoczynają śmigusową rozgrzewkę nawet tydzień wcześniej. Kulminacją obchodów Nowego Roku, czyli Festiwalu Songkran jest trzydniowe masowe lanie wodą.

Podczas Songkran laniu wodą towarzyszy smarowanie twarzy kredą w ramach błogosławieństwa

Podczas Songkran laniu wodą towarzyszy smarowanie twarzy kredą w ramach błogosławieństwa

W Tajlandii podstawowym środkiem transportu jest wielki pick-up. Na co dzień Toyoty Hilux, Nissany Navara i ogromne Isuzu przemierzają ten kraj wzdłuż i wszerz, najczęściej transportując powietrze, jedynie okazjonalnie ładując na pakę zbłąkanych wagabundów. Ale na czas Festiwalu Songkran zmieniają się w opancerzone wozy bojowe, uzbrojone w kilkusetlitrowe beczki wody i armię ochotników, wiadrami rażących wszystko dookoła. Branka do Marines nie ma żadnych reguł i bierze wszystkich od sześcioletnich neofitów po pamiętających wojnę w Wietnamie brodatych weteranów.

I tak, co najmniej przez 3 dni...

I tak, co najmniej przez 3 dni...

Zdarzyło się akurat, że w tym czasie przemierzaliśmy cały kraj, zmierzając z Laosu do Malezji. Co więcej, korzystając z tajskiej cywilizacji, na nieszczęście przyszło nam do głowy wysłać akurat paczkę do Polski. Nieświadomi niebezpieczeństwa oraz co gorsza faktu, że przez 3 dni nie pracują żadne urzędy, ponieśliśmy dotkliwą klęskę w wojnie z azjatyckimi tygrysami.

Nowy Rok świętuje transport prywatny i publiczny

Nowy Rok świętuje transport prywatny i publiczny

.

Miejski wojownik z bronią najnowszej generacji

Miejski wojownik z bronią najnowszej generacji

Szybko jednak opatrzyliśmy rannych, przegrupowaliśmy jednostkę w Bangkoku i w dwuosobowej grupie szturmowej wyruszyliśmy razić niewiernych. Niczym Mourinho otrzepaliśmy bitewny pył po porażce i znacznie mocniejsi oraz wyposażeni w wodoodporną obudowę udaliśmy się do kwatery głównej wroga – na Khao San w stolicy.

O ile w mniejszych miastach Songkran przybiera różne oblicza i czasem zna litość dla białych twarzy, to w Bangkoku nie obowiązują żadne wojenne konwencje. Tajowie z wrodzoną uprzejmością pragną bardzo gorąco przywitać turystów, zatem wiaderko wody, niczym barejowska wuzetka, jest obowiązkowe. Ulice w tych dniach przemierzają wyłącznie miss mokrego podkoszulka.

Mudżahedini w akcji

Mudżahedini w akcji

.

——————————————————————

W swoim czasie pisaliśmy, że w czasie podróży czas biegnie jakieś cztery razy wolniej, a każdy dzień w drodze to co najmniej pół tygodnia w domu. Czas lokalny nie ułatwia nam zadania i jeszcze bardziej miesza nam w głowach. W ciągu ostatniego pół roku Nowy Rok świętowaliśmy już 4 razy. Nepalski w Katmandu, zachodni w Wietnamie, chiński w Birmie, a teraz tajski. Tym samym z hukiem rozpoczęliśmy właśnie rok 2555.

.

Wesołego jajka

Wszystkim blogoczytaczom, wszystkim znajomym i rodzinie życzymy udanych, radosnych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych.

Wesołego jajka

Wesołego jajka

Nas Wielkanoc zastała w Kuala Lumpur, gdzie akurat gościmy na Couch Surfingu u muzułmańskiej rodziny malajskiej. Dzisiaj ugotowaliśmy im jajka ze szczypiorkiem, a jutro będziemy się lać.

P.S. W lokalnym hipermarkecie udało nam się nawet dostać majonez „Western Style”. Nie jest to może Babuni ani nawet Kielecki, ale i tak jedna z najlepszych rzeczy, jakie jadłem od pół roku. Kupię chyba jeszcze ze dwa słoiki przed wyjazdem na Borneo.

My gotowanie wielkanocnych jaj rozpoczęliśmy już 2 tygodnie temu w gorących źródłach w Tajlandii

My gotowanie wielkanocnych jaj rozpoczęliśmy już 2 tygodnie temu w gorących źródłach w Tajlandii

.

Z pamiętnika podróżnika – laotańska dzikość serca

Mam tego dość.

Właśnie dziś, po dwóch tygodniach pobytu w Tajlandii, wjechaliśmy wreszcie do Malezji. Tymczasem w świecie wirtualnym cały czas tkwimy w Laosie i nie zanosi się, żebyśmy szybko się stamtąd wynieśli. Wobec tego postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki.

Ilość zaprzeszłych wpisów, uznanych przez UberKomisję za niezbędne, którymi wprost musimy się z Wami podzielić, z trudem zredukowaliśmy do 7 (słownie: SIEDMIU!!!). W najbliższych dniach będziemy więc w Was naparzać jak poparzeni, przynajmniej dopóki nie dogonimy własnego cienia.

A zatem na początek kilka kartek z pamiętnika.

21.03 – Tat Lo

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Mały myślwy i jego łup - cykady, gotowe do obróbki cieplnej

Kontynuujemy motocyklową pętlę po Płaskowyżu Bolaven. Poranny wypad motorem z Tat Lo na odległy o 10 km wodospad Tat Sung z nawiązką zrehabilitował przereklamowaną atmosferę Tat Lo.

Po drodze wszyscy witają radosnym „Sabajdi”, a u szczytu pory suchej niemal całkowicie wyschnięty wodospad okazał się nie lada atrakcją. I co najważniejsze gdy przechadzaliśmy się po krawędzi „wodospadu”, obserwując przepastne wyrzeźbione przez wodę klify, dołączyli do nas mali myśliwi.

Dzieciaki z 3-metrowymi dzidami polują na cykady, których roje zalegają drzewa w tej części Azji. Trzeba przyznać, że to nie lada sztuka zakraść się do owadów i zanim odlecą, dotknąć je czubkiem kija wysmarowanego klejem. Część owadów można schrupać na surowo, ale większość trafia na patyk i na sprzedaż. Smażone na głębokim tłuszczu cykady to miejscowy przysmak.

22.03 – Paksong

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Ponadstumetrowy wodospad Tat Fan

Dwa przepiękne wodospady – Tat Fan i Tat Yuang. Mimo że mamy akurat niedostatek wody, oba bardzo imponujące.

No i Dżungla. Z braku większych atrakcji postanowiliśmy podejść pod niedostępny Tat Fan jak bliżej się nam się uda.

Udało się na dwa obdrapane łokcie, trzy litry potu i ponadstumetrową przepaść. Ciekawa zapowiedź przed Borneo. Aż mi skoczyło ciśnienie.

A rano kawa z kupy. Ale o tym było poprzednim razem.

27.03 – Vang Vieng

Miasto z turystycznym klimatem. Wbrew naszym oczekiwaniom, tłumy Anglików przyjeżdżających tutaj się resetować, nie odbierają mu jednak wiele uroku. Malownicze położenie wśród krasowych ostańców nad rzeką zapewnia multum atrakcji.

W knajpach non-stop lecą stare odcinki Przyjaciół, a na straganach najlepsze naleśniki i bagietki w całej Azji (dużo lepsze niż w Bangkoku, a nawet Wietnamie).

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Wapienne krasowe ostańce w okolicy Vang Vieng

Niestety od kilku dni pogoda taka sobie, więc nie załapiemy się na tubing. A szkoda, bo mieliśmy nawet ochotę sprawdzić, jak spływa się rwącą rzeką na oponce wśród tłumów, co kilkaset metrów popijając Lao Lao.

28.03 – Vang Vieng

Dziś kilka jaskiń i nowy azjatycki owoc, jaki odkryliśmy towarzysząc miejscowym dzieciakom. Niestety nie udało nam się ustalić nazwy. Z wierzchu jabłko, wewnątrz niby dragon fruit, ale nieco bardziej włóknisty.

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Zrywanie dzikorosnących owoców, nawet na ogrodzonym polu, to chyba nie szaber a kultura zbieracko-łowiecka, nie?

Musimy kiedyś się zebrać i napisać osobny wpis o owocach. Przez pół roku uzbierało się już tego trochę, a to bardzo ciekawa i zupełnie nieznana w Polsce sprawa.

P.S. Vang Vieng jest bardzo urokliwe, ale na tyle turystyczne, że nawet za przejście mostem na drugą stronę rzeki trzeba płacić.

31.03 – Luang Prabang

Relaks, kamienice i obserwacja życia mnichów. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu Luang Prabang okazuje się uroczym miasteczkiem, które mimo że faktycznie nawiedzane jest przez liczne rzesze turystów, nie traci wiele ze swojego kolonialnego uroku. Dziwna sprawa w zasadzie, bo w Si Phan Don, Vang Vieng i tutaj prawie ten sam kejs.

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

Młodzi mnisi przygotowujący się do dorocznego święta jednej ze świątyń w Luang Prabang

W głównej mierze fakt ten Laos zawdzięcza niewiarygodnie wręcz zrelaksowanym mieszkańcom, którzy są prawdziwymi Grekami Azji i choć starają się zarobić parę groszy, to nic na siłę.

„Nie chcesz się targować, to szukaj gdzie indziej”. Nie chcesz jechać taksówką, idź piechotą. Nie chcesz iść na treking, idź sam. Rzecz niespotykana w Wietnamie, Indiach czy nawet Tajlandii.

P.S. Szkoda że równie zrelaksowane jak Laotańczycy nie są laotańskie koguty, z których jeden przez ostatnie 3 dni mieszkał z nami okno w okno i pierwsze próby głosowe miał o 3 w nocy, a od 5 do 8 nadawał już regularną audycję.

Dziś śniło mi się, że zastrzeliłem go z mojej birmańskiej procy, a Pauli, że na obiad był rosół.

05.04 – Muang Sing

Najciekawszy chyba dzień w Laosie. Wyruszając rano na motorze w góry, nie przypuszczaliśmy nawet do jakich niesamowitych wiosek uda nam się dojechać.

Prababcia panny młodej - lat 86

Prababcia panny młodej - lat 86. Przez całe życie żuje betel. Jej uśmiech - bezcenny.

A trafiliśmy między innymi na wesele plemienia Akha w wiosce zagubionej na wzgórzach nieopodal chińskiej granicy. Do wielu wiosek Akha nie da się dojechać samochodem, a można dotrzeć do nich jedynie pieszo lub motorem terenowym, przedzierając się wąską górską dróżką.

Zdrowo podpici górale Akha wpoili w nas z pół litra lokalnej whiskey „lao lao” i zaprosili do tradycyjnej chaty. A tam lokalne odświętne stroje, uczta i pogaduchy.

Aż szkoda było wyjeżdżać przed zachodem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało nam się dojechać na noc do odległego o 60 km Luang Nam Tha.

.

————————————————–

I film. Dziś mali myśliwi, czyli jak upolować cykadę i o tym, czego nie boi się zjeść nawet laotańskie dziecko:

.

.

I galeria z Bolavenu.

Płaskowyż Bolaven, Laos

.

4000 Wysp – Laos, Nielaos

Si Phan Don, czyli „4000 Wysp” to wyjątkowo osobliwy twór. Jeszcze kilka lat temu ten zagubiony na końcu świata zakątek Laosu zamieszkany był niemal wyłącznie przez rybaków. Trafiali tu nieliczni backpackerzy, którzy zauroczeni niespiesznym tempem laotańskiego życia szybko i daleko sławili w świat to piękne miejsce.

Mekong w Si Phan Don o dziwo kusi pięknym błękitem. Możliwości samooczyszczania się wody są doprawdy zdumiewające

Mekong w Si Phan Don o dziwo kusi pięknym błękitem. Możliwości samooczyszczania się wody są doprawdy zdumiewające

Tam gdzie jeszcze 5 albo nawet 2 lata temu nie było prądu, dziś nawet Internet jest 24 h na dobę (co prawda za kosmiczne pieniądze – 9 zł za godzinę). Obecnie wszystkie 3 główne wyspy archipelagu są gęsto zabudowane zbitymi z bambusa domkami, a codziennie przybywają setki turystów.

Hamak, książka i BeerLao. I tak dzień za dniem

Hamak, książka i BeerLao. I tak dzień za dniem

Domki na wyspach są niebywale klimatyczne, bo przeważnie mieści się w nich jedynie łóżko i plecak. Oczywiście nikomu to nie przeszkadza, bo po pierwsze kosztują 4-5 dolarów za dobę, a większość czasu i tak spędza się na hamaku dyndającym na werandzie.

Turystyczna oaza spokoju

Tak czy owak choć Si Phan Don nadal oferuje autentyczny urok życia w tempie wolno płynącego Mekongu, to nie jest to już nieodwiedzana oaza na końcu świata. Dziś jest to raczej miejsce wypoczynku tysięcy backpackerów przebijających się przez Azję Południowo-Wschodnią. Niemal wszyscy oni urządzają sobie tutaj relaksujący przystanek podczas niezliczonych 2-, 3-, albo i 6-miesięcznych podróży.

Ma to swoje dobre i złe strony. Jest to świetne miejsce, żeby porozmawiać z ciekawymi podróżnikami z całego świata. Jednak liczba odwiedzających 4000 Wysp szybko rośnie, więc i interesujący podróżnicy czasami giną wśród angielsko-francusko-holenderskich hord zalegających bary i restauracje.

Tubing, czyli wygrzewanie europejskich oponek w słońcu

Tubing, czyli wygrzewanie europejskich oponek w słońcu

Niestety nadmierna obfitość post-hipisowskich turystów owocuje także wyjątkowo niecodziennymi widokami. Na samym Don Det jest chyba z 5 restauracji, zapraszających eko-frajerów na „eko-posiłki” z przydomowych Organicznych Farm. Rzecz niebywała w Azji.

Boże, błogosław Laotańczyków

Mimo że turyści w Si Phan Don są w większości, w wielu wioskach życie biegnie zwyczajnym rybackim torem

Mimo że turyści w Si Phan Don są w większości, w wielu wioskach życie biegnie zwyczajnym rybackim torem

Co ciekawe w całym tym cyrku, urok 4000 Wysp nadal nie zginął i pewnie przetrwa jeszcze długie lata. Wyjątkowa w tym zasługa prawdziwie wyluzowanych Laotańczyków, którzy niewiele robiąc sobie z obecności turystów, żyją swoim niespiesznym życiem. Większość z nich pozbijała parę chat z bambusa i oferuje je po 10-15 zł za dobę, co z nawiązką wystarcza im na ryż, ryby, piwko i miejscową whiskey – Lao Lao.

W restauracji czasem można siedzieć pół godziny albo i dłużej, zanim uda się zwrócić uwagę zamyślonego właściciela i doprosić menu. A potem oczywiście co najmniej drugie tyle w oczekiwaniu aż ryż wyrośnie w polu. Już choćby dlatego miejsce to nadal oferuje bardzo przyjemny odpoczynek od azjatyckiego zgiełku, a miejscowi Laotańczycy są kwintesencją wyspiarskiego życia.

W dalszych zakątkach Don Det albo Don Khon życie toczy się zupełnie normalnie – rybacy szyją i naprawiają sieci, kobiety piorą w rzece, a dzieciaki wyławiają małże.

.

——————————————————–

A na koniec zapraszamy do lektury pamiętnika z Si Phan Don i okolic. Będzie m.in. o delfinach, Clincie Eastwoodzie i przekraczaniu granicy z Laosem, gdzie przytrafiła nam się naprawdę niezwykła rzecz…

13.03 – Ubon Ratchathani (Tajlandia), Pakse (Laos)

Ubon z pewnością nie ujmuje urokiem. Duże, duszne, zindustrializowane miasto, którego jedynym atutem jest pobliskie mało uczęszczane przejście graniczne z Laosem. Mimo braku większych atrakcji, kuchnia, jak to w Tajlandii, wyśmienita. Straganowe Pad Thai jedno ze smaczniejszych do tej pory.

Na tym końcu świata po raz pierwszy podczas podróży spotkaliśmy również naszych czytelników. Dziwne to uczucie, gdy po chwili rozmowy w hotelu i wymianie planów podróżniczych, pada „Aha, Vagabundos! Znamy i czytamy”.

Niby piszemy do tego tajemniczego Internetu z nadzieją, że ktoś to czyta, ale żeby tak niespodziewanie spotykać się z czytelnikami pod granicą laotańską… Zdecydowanie zaskoczenie tygodnia.

A w Laosie – procedura standardowa. Nowy kraj, nowy język, nowe pieniądze. I nowe piwo. Niestety jedno wiemy już na pewno – nie będzie łatwo. BeerLao to z pewnością najlepsze piwo, jakie dotychczas piliśmy w Azji. Delikatne, gładkie, z czeską goryczką, ale 5-procentowe 0,7 l, więc kopie pierwszorzędnie. Zapowiada się interesujący kraj.

A my jutro z samego rana przykryci miesięcznym birmańskim pyłem wybieramy się do oazy spokoju – „4000 Wysp” na Mekongu.

14.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao. Udany dzień.

15.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao. Kolejny udany dzień.

16.03 – Don Det

Spacer dookoła wyspy. I od razu niespodzianka – oprócz turystów na „4 000 Wysp” żyją również Laotańczycy.

Chociaż nasi sąsiedzi – Walijczycy i Anglicy pierwsza klasa. Połączyła nas miejscowa fajka pokoju.

A wieczorkiem po raz pierwszy od 4 miesięcy obejrzeliśmy film. Z rozpędu od razu dwa – i oba świetne. „Testosteron” to wiadomo, ale „Scott Pilgrim vs the World” otrzymany od naszego CouchSurfa w Chinach to prawdziwe pozytywne zaskoczenie dnia. „Scott Pilgrim” to chyba jeden z ciekawszych i lepszych filmów o miłości, jakie widzieliśmy od czasu „W pogoni za Amy”.

P.S. Wyjątkowo fajnie w tropikach czyta się prekursorów podboju Himalajów. Nasza kolejna zdobyczna książka powinna toczyć się w Arktyce.

17.03 – Don Det

Wyprawa rowerem na sąsiednią wyspę w poszukiwaniu słodkowodnych delfinów. I o dziwo – zakończona sukcesem. Spotkanie z tymi ciekawymi ssakami nieopodal Don Khon jest niemal gwarantowane. Wystarczy wypłynąć łodzią kilkaset metrów od brzegu i spokojnie czekać. A delfiny bawią się, skaczą i prowadzą zaloty w zasięgu kilkudziesięciu metrów w co głębszych zakolach Mekongu, wydając przy tym zadziwiająco donośne wydechy i sapnięcia. Godzina mija nie wiadomo kiedy (8 USD za całą łódź dla 4-5 osób).

Zabawy miejscowych dzieciaków na Mekongu

Zabawy miejscowych dzieciaków na Mekongu

P.S. Faza filmowa. Dziś obejrzeliśmy „Invictus”. Eastwood po raz kolejny pokazuje, jak dzisiaj powinno robić się rewelacyjne i ważne dla ludzkości filmy. Podobno w tym roku Eastwood też coś popełnił. Po powrocie czeka nas nadrabianie zaległości…

Wodospady na Don Khon ujdą w tłoku, ale do prawdziwych wodogrzmotów pobliskiego Bolavenu się nie umywają

Wodospady na Don Khon ujdą w tłoku, ale do prawdziwych wodogrzmotów pobliskiego Bolavenu się nie umywają

18.03 – Don Det

Hamak, książka i BeerLao.

P.S. Z powodu chwilowego wyczerpania słowa pisanego, przerzuciliśmy się na audiobooki.

19.03 – Don Det

Ctrl+C, Ctrl+V.

P.S. Zmiany na „4000 Wysp” autentycznie następują w okamgnieniu. Przyjeżdżając tutaj tydzień temu, przebijaliśmy się przez tumany kurzu, a ostatni kilometr do Mekongu musieliśmy przejść piechotą. Dziś budowa drogi trwała już w najlepsze. Jeszcze przed tegoroczną porą deszczową busiki po asfalcie dowiozą turystów na samą przystań, a na Don Det przyjedzie jeszcze więcej osób.

.

—————————————————————

A na koniec zapraszamy do galerii z Si Phan Don:

4000 Wysp, Laos

.

Pół roku w drodze

Rocznic czas. Nam też kilka dni temu stuknęło właśnie pół roku odkąd wyruszyliśmy w podróż dookoła świata. Czy nam się podoba? Czy tęsknimy? Czy było warto?? Dziś pokrótce o tym. Ze specjalną dedykacją dla Mikiego i wszystkich innych stojących w obliczu życiowych wyborów.

Z widokiem na Manaslu i Ganesh Himal

Z widokiem na Manaslu i Ganesh Himal

Zacznijmy od tego, że w podróży każdy dzień jest inny od poprzedniego, więc czas biegnie 4 razy dłużej niż normalnie. Po pół roku dźwigamy już kilkuletni bagaż doświadczeń. Trzeba przyznać, że niedawna miesięczna odyseja po Birmie była jakimś punktem zwrotnym, a nasza podróż od tego czasu nabiera coraz spokojniejszego tempa.

5 minut wandalizmu i w chińskim parku zostaliśmy na zawsze

5 minut wandalizmu i w chińskim parku zostaliśmy na zawsze

Do biletów lotniczych, które w jakiś tam sposób nas ograniczają, mamy już całkowitą awersję i gdy pomyślimy, że za jakiś czas trzeba będzie lecieć z Kuala Lumpur na Borneo i wkrótce sprecyzować datę, to aż nas trzęsie (aczkolwiek mamy cichy plan, jak tego uniknąć – kto wie, być może się uda…).

Przed wyjazdem w tak długą podróż i podjęciem ostatecznej decyzji wszystko wydawało się takie trudne. Co będzie z pracą? A co z mieszkaniem? Wynająć czy zostawić puste? Dziś wiemy już, że wszystkie te kwestie to naprawdę sprawy dalszej wagi.

Dystans do życia, jaki dało nam obserwowanie świata w odległych zakątkach Ziemi to naprawdę jeden z największych atutów takiego wyjazdu. Podpatrywanie ludzi szczęśliwych mających nad głową jedynie bambusową strzechę oraz roześmianych bosych dzieciaków biegających po kałużach daje wiele do myślenia.

Chociaż codziennych atrakcji również nie brakuje. Tu niemal każdy dzień przynosi niezwykłe emocje. Do tej pory m.in. podziwialiśmy najwyższe góry świata podczas trekingu w Himalajach, tropiliśmy tygrysy w Indiach, eksplorowaliśmy świątynie Kambodży, w Birmie przenieśliśmy się do XIX wieku, a na Filipinach podpatrywaliśmy podwodne cuda Palawanu. W tej chwili skończyliśmy właśnie niemal miesięczną przygodę w Laosie – kraju wodospadów i jaskiń, przepysznej kawy, a przede wszystkim wieloetnicznym tyglu dziesiątków kolorowych mniejszości narodowych.

Typowo hinduskie kolory codzienne w stanie Madhya Pradesh

Typowo hinduskie kolory codzienne w stanie Madhya Pradesh

Niestety żaden tekst nie jest w stanie oddać smaku świeżego ananasa czy mango ani owocowych szejków, które pałaszujemy niemal codziennie, ogłuszającego odgłosu cykad, których roje oblegają drzewa Azji Południowo-Wschodniej ani widoku dzikich nosorożców czy rekinów. Jak opisać lazur tropikalnych mórz, onieśmielające odgłosy dżungli, majestat Himalajów, smak kokosa ściętego na bezludnej wyspie, birmańskie upały, bicie serca podczas tropienia lamparta, próby nawiązania rozmowy w języku jarai czy monsunowe deszcze? Nawet trudno próbować.

Uśmiechy i obserwowanie życia codziennego mieszkańców towarzyszą nam niemal cały czas

Uśmiechy i obserwowanie życia codziennego mieszkańców towarzyszą nam niemal cały czas

W ciągu 6 miesięcy, nasze plany, zarówno te najbliższe jak i życiowe zmieniały się o 180 stopni już kilkanaście razy. Ale jak tu planować dalsze życie, skoro rzadko kiedy mamy pewność, gdzie będziemy spać wieczorem.

Czy tęsknimy za Polską? Oczywiście. I to jak! Brakuje nam rodziny, znajomych, a także prostych przyjemności. Chcielibyśmy żółtego sera, dżemu truskawkowego, śniegu, ulubionej pizzy z sosem czosnkowym, filmów w zimowe wieczory, wspólnego oglądania meczów, nicnierobienia w weekend i wielu innych.

Pomijając już nawet kraj i polskie życie, to jednak przyjemnie byłoby zajrzeć komuś przez ramię do gazety, podsłuchać rozmowę w autobusie albo wiedzieć, co to za ludzie występują w telewizji. No i język! Każda możliwość rozmowy z Polakami, bez potrzeby tłumaczenia się z narodowych skojarzeń i polskich analogii jest dla nas jak miód na serce. Kontakt z krajem mamy lepszy niż się spodziewaliśmy, ale trzeba by być bez serca, żeby nie tęsknić.

Nasza droga biegnie raczej dróżką wiejską, ale okazjonalne "Miasta Świata" trafiają się na szlaku. Tu szanghajski Pudong nocą.

Nasza droga biegnie raczej dróżką wiejską, ale okazjonalne "Miasta Świata" trafiają się na szlaku. Tu szanghajski Pudong nocą.

Dlatego też o powrocie myślimy sporo, ale nieregularnie. Póki co staramy się sławić dobre imię kraju, nosimy dumnie polską maskotkę na plecaku (wzbudzając ciekawość dzieci), a ja od czasu do czasu wyjmuje z plecaka nawet flagę, żeby gdzieś nią zaświecić.

Jak do tej pory nie mamy ulubionego kraju i pewnie nie będziemy mieli. Aczkolwiek Nepal, Birma i Filipiny to chyba jednak najmocniejsze akcenty jak do tej pory. Lecz gdyby kazano nam wybierać, to i tak nie odpuścilibyśmy żadnego z odwiedzonych miejsc. I pomyśleć tylko, że do Birmy, podobnie jak na Filipiny, początkowo w ogóle nie planowaliśmy się wybrać. Miejsca te odwiedziliśmy wyłącznie ze względu na liczne rekomendacje innych podróżników, których spotkaliśmy podczas naszej podróży. Aż trudno wyobrazić sobie, gdzie jeszcze zaprowadzi nas los w innych częściach świata.

Na rajski relaks zawsze jest odpowiednia pora

Na rajski relaks zawsze jest odpowiednia pora

Choć podróżujemy dopiero pół roku, jednego już dziś jesteśmy pewni. Wyjazd dookoła świata to z pewnością jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Do tej pory spotkaliśmy już kilkanaście osób z całego świata, które zrobiły to samo i wszyscy mieli podobne zdanie.

Jak przytomnie stwierdził Martin ze Szwecji, z którym przez kilka dni podróżowaliśmy w Indiach „W życiu powinieneś robić to, co cię naprawdę interesuje. Jeśli nie robisz tego, co lubisz, to jaki wszystko ma sens?”

.

——————————————————————————-

Czy można zmieścić pół roku w 3 i pół minuty? Nie wiem, ale na pewno warto spróbować:

.

.

Birma – informacje praktyczne

Dziś ponownie turystyczna mieszanka. Garść informacji praktycznych dla wycieczkowiczów, a dla niewybierających się do Birmy kilka ciekawostek.

Wiza i lot

Wiza do Birmy przyznawana jest na 28 dni, bez problemu w ambasadzie Birmy w Tajlandii. W Polsce nie ma ambasady tego kraju i wizę trzeba wyrabiać w Berlinie lub przez pośredników. W Bangkoku w ambasadzie to koszt 810 bahtów, czyli ok. 80 zł. Czas oczekiwania 2-3 dni.

Gnając po obwodnicy jednej z wiosek Jeziora Inle...

Gnając po obwodnicy jednej z wiosek Jeziora Inle...

We wniosku wizowym lepiej nie podawać, jeśli jest się dziennikarzem albo fotografem, bo ponoć zdarzają się problemy z przyznaniem wizy.

Bywają okresy, że istnieje również możliwość wyrobienia wizy przez Internet i odebrania jej na lotnisku w Yangonie, tzw. „visa on arrival”. Jest ona jednak ponad 3 razy droższa i jej wydawanie jest często zawieszane. Trzeba sprawdzać na bieżąco – http://www.myanmarvisa.com/ i http://www.myanmarvisaonarrival.com/

Do Birmy najlepiej i najtaniej można dostać się z Bangkoku Air Asia (koszt ok. 60 USD w jedną stronę za osobę). Jest też możliwość przekroczenia granicy lądowej z Chinami, Indiami i Tajlandią (w Tachileik i Three Pagodas Pass), ale ta często zmienia się w zależności od sytuacji wewnętrznej, a i tak wymusza lot wewnątrz Birmy. Większość terenów przygranicznych jest zamknięta dla turystów, bo junta gnębi tam mniejszości lokalne, więc przykładowo przekraczając granicę z Tajlandią w Tachileik i tak trzeba lecieć z pobliskiego Kengtung do Mandalay lub Yangonu, dotując juntę (wyłącznie rządowe linie).

Transport

W zasadzie przyjemny. Każdy odcinek Wielkiej Czwórki (Yangon – Inle – Mandalay – Bagan) można przejechać wygodnym nocnym autobusem i jedynie trasa po przekątnej Inle – Bagan to najgorsze z połączeń po birmańskiem „turystycznym kwadracie”, bo podróż możliwa jest tylko w dzień, od 6 rano do 20 wieczorem i do tego małym, niekomfortowym busem.

W birmańskich słownikach sformułowanie "nie zmieści się" nie występuje

W birmańskich słownikach sformułowanie "nie zmieści się" nie występuje

Co ciekawe wszystkie cztery odcinki i czas przejazdu są podobne, ale trasa Yangon – Bagan jest najbardziej turystyczna, więc i cena biletu podwójna  – 18 tys. kyatów (20 USD). Za to bilet powrotny z Bagan do Yangonu kosztuje już tylko 15 tys.

Ceny biletów autobusowych są w zasadzie z góry ustalone i nie ma możliwości negocjacji. W Yangonie występują jednak spore różnice w cenie na poszczególnych odcinkach, które oczywiście nie mają nic wspólnego z jakością, a największy wybór i najtańsze połączenia są przy Bogyoke Aung San Stadium w centrum Yangonu.

Ciekawą przygodą jest całodzienny spływ w dół Irawadi z Mandalay do Bagan (promy tylko w środę i niedzielę), który oferuje wgląd w niezwykłe życie osad położonych nad tą rzeką (10 USD).

Dużym zaskoczeniem dla nas w Birmie był autostop, którym jako tako można się przemieszczać. Zdaje się, że Birmańczycy nie za bardzo zaznajomieni są z tą ideą jazdy, ale widząc obcokrajowców przy drodze, stawali z ciekawości. Bardzo niewiele osób ma samochody, więc odliczając kierowców taksówek i pick-upów, na pewno zatrzyma się jakiś lokalny biznesmen albo obcokrajowiec (najpewniej Chińczyk).

CouchSurfing w Birmie niemal nie występuje, bo po pierwsze mało kto ma Internet, a żeby przyjąć obcokrajowca do siebie, trzeba mieć specjalne pozwolenie.

Co warto zobaczyć

Odwiedzając Birmę pierwszy raz nie sposób odpuścić Bagan, Inle czy okolice Mandalay. Samo Mandalay, podobnie jak Yangon nie urzeka specjalnym pięknem i można śmiało szybko wyjechać do pobliskich byłych stolic.

Świat równoległy birmańskich wiosek na wodzie

Świat równoległy birmańskich wiosek na wodzie

Przyjeżdżając do Inle na 2 bądź 3 dni, trzeba bardzo uważać, aby nie wpaść w turystyczną pułapkę. Jest to najbardziej turystyczne miejsce w kraju i coraz więcej jest tu szopek dla turystów i pokazowych domków na palach z pamiątkami i ludzkim zoo wewnątrz. Przede wszystkim warto odwiedzić południowe rubieże jeziora. Łódź na południe jest o połowę droższa, ale nadal śmiesznie tania (18 USD na 4-5 osób). Dobrze jest wybrać się także wzdłuż wybrzeża rowerem lub piechotą, bo wtedy mamy niemal gwarancję zobaczenia naprawdę niezwykłych rzeczy.

W każdym zakątku Birmy podróżnika witają rozbrajające uśmiechy dzieciaków i dorosłych

W każdym zakątku Birmy podróżnika witają rozbrajające uśmiechy dzieciaków i dorosłych

Świetnym pomysłem są także 1-3 dniowe trekingi z Kalaw czy Hsipaw, które spokojnie można organizować na własną rękę. Dwójka Polaków, których spotkaliśmy, przemaszerowała nawet z Kalaw do Inle bez przewodnika, samemu wytyczając sobie szlak od wioski do wioski.

Birma to często nadal XIX wiek, gdzie nawet wodę na ryżowiska pompuje się ręcznie, a na wsiach królują dwukółki ciągnięte przez woły. Wystarczy wybrać się kilka kilometrów za turystyczne bazy wypadowe, żeby zobaczyć, jak naprawdę żyją ludzie.

Kraj ten jest jednym z najbardziej niezwykłych krajów, jakie odwiedziliśmy. Inle zniewala naturalnym pięknem, Bagan zachwyca majestatem, a ludzie są wprost uroczy. Ponadto dla Polaków i innych Demoludów jest on podwójnie ciekawy ze względu na swój reżimowy charakter i zmagania jego mieszkańców.

Klimat

Zwrotnikowy monsunowy klimat Birmy jest bardzo przewidywalny i sprawia, że niemal każdy czas jest dobry na przyjazd. O ile w trakcie pory deszczowej faktycznie pada, to jednak krótko, a pola i lasy są przynajmniej zielone.

Najgorętszym i w zasadzie najgorszym miesiącem na przyjazd do Birmy jest kwiecień, bo upały w centralnej części kraju są nieznośne nawet dla Birmańczyków i można wówczas zapomnieć np. o jeżdżeniu rowerem po Bagan. Niewiele chłodniejszy jest marzec, podczas którego my odwiedziliśmy ten kraj i który też kilka razy potrafił dać nam w kość. Aczkolwiek birmańskie ekstremalne lato ma swój duszny i męczący urok.

Przykładowe ceny

Wymiana pieniędzy to niełatwa sprawa, o której pisaliśmy tutaj. Najważniejsza informacja, to że należy posiadać nieskazitelne studolarówki. Nawet najmniejsze zagniecenia na środku banknotu powstałe od składania obniżają jego wartość. Trzeba też unikać cinkciarzy-oszustów przy Sule Paya, a pieniądze wymienić w hotelu (gorsze kursy) lub w zakładach jubilerskich na Bogyoke Market (lepsze kursy), gdzie operują rzetelni detaliści i hurtownicy. Do hurtowników ciężko trafić, a można ich znaleźć na piętrze w północno-zachodnim rogu rynku, gdzie oficjalnie zajmują się handlem kamieniami szlachetnymi (aktualny kurs u hurtowników to 870 kyatów za dobre 100-dolarówki i 860-850 za lekko zagniecione).

Ponad kilometrowy drewniany most Ubein niedaleko Mandalay jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie

Ponad kilometrowy drewniany most Ubein niedaleko Mandalay jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie

Za hotele, pociągi, łodzie, samoloty i wejściówki płaci się w dolarach, więc kyaty stanowią tylko część wydatków. Przyjeżdżając na 4 tygodnie od razu w Yangonie wymieniliśmy 600 USD na kyaty i okazało się, że ponad 100 dolarów w kyatach nam zostało. Wbrew spodziewanym trudnościom nie było jednak żadnych problemów z wymianą kyatów na dolary i zrobiliśmy to w naszym hotelu po tym samym kursie (870 kyatów za 1 USD), nic nie tracąc.

W porównaniu z kosztami życia w kraju, hotele są dość drogie i ciężko znaleźć coś za mniej niż 5 USD za osobę. Nowością w Azji Południowo-Wschodniej jest jednak śniadanie, które niemal zawsze jest wliczone w cenę i faktycznie znacznie obniża koszty. Taniej niż za 10 USD spaliśmy jedynie w Yangonie (norowaty, bez okna, z łazienką na zewnątrz, choć z niezłym klimatem Majabandoola Guest House przy Sule Paja – 7 USD za dwójkę bez śniadania) oraz Kalaw (niezły Pine Land Inn z uroczą właścicielką i przepysznymi śniadaniami – 6 USD za dwójkę z łazienką na zewnątrz).

Obiad w knajpce – 2-3 tys. kyatów

Obiad w ulicznym miejscowym barze (birmańskie niezłe curry z zestawem sałatek, przepyszne ryby z grilla w Nyaungshwe) – 500-1,5 tys. kyatów

Straganowe przekąski (chińskie pampuchy z kurczakiem/warzywami bądź na słodko, Shan noodles, itp.) – 200-400 kyatów

Ceny autobusów:

Yangon – Inle – 11-15 tys. kyatów w zależności od przewoźnika

Yangon – Mandalay – 10 tys. kyatów

Yangon – Bagan – 18 tys. kyatów

Inle – Mandalay – 10 tys.

Inle – Bagan – 12 tys.

Autobusy lokalne – 2-4 tys. kyatów (Mandalay – Kyaukme – 2 tys.)

Całodzienny treking z przewodnikiem – 10-12 tys. za osobę za dzień (z Kalaw do Inle 3 dni, wokół Hsipaw – 2-3 dni)

Wejściówki:

Inle – 5 USD

Bagan – 10 USD

Shwedagon Paya w Yangonie – 5 USD (nie warto, to samo tylko że lepsze jest w Bagan – złote świątynie w Bagan były pierwowzorem dla Shwedagon)

Wypożyczenie skutera – trudne – 10 tys. (prawdopodobnie najdrożej w Azji)

Wypożyczenie roweru – 1-1,5 tys.

Woda mineralna – 250-300 za 1 l

Piwo – szmuglowany z Tajlandii Chang – 700 (0,33 l), lokalny rządowy Myanmar – 1300 (0,6 l)

Turyści w Bagan zazwyczaj gnają utartym szlakiem, nie zauważając mniej znanych, ale jakże widowiskowych świątyń

Turyści w Bagan zazwyczaj gnają utartym szlakiem, nie zauważając mniej znanych, ale jakże widowiskowych świątyń

W Birmie spędziliśmy 26 dni. Nasze średnie wydatki na 2 osoby wynosiły łącznie 29 USD dziennie. Aż jedną trzecią tej kwoty wydaliśmy w dolarach (240 USD), głównie na hotele i wejściówki.

Kwota ta obejmuje już pamiątki, a trzeba przyznać, że Birma to pamiątkarski raj. Ręcznie malowane obrazy piaskowe, niezliczona ilość pięknych drewnianych ręcznie wykonanych rzeźb i figurek (10-20 USD), kukiełki, noże czy buddyjskie mosiężne dzwonki. W przypadku pamiątek można sporo utargować. Birmańskie pamiątki były zdecydowanie najciekawsze, najładniejsze i najbardziej autentyczne w całej Azji. Gdybyśmy wkrótce wracali do Polski, z pewnością wywieźlibyśmy stąd dużo więcej.

Ciekawostki i zachowania

Wbrew temu co mogłoby się wydawać z polskiej perspektywy, Birma jest niebywale bezpiecznym krajem, po którym podróżuje się bez problemu.

"Protection from what? Ze Germans???"

"Protection from what? Ze Germans???"

Birma objęta jest całkowitym europejsko-amerykańskim embargiem. Sprawia to, że w kraju tym nie ma ani jednego bankomatu i zachodniego banku, a także żadnych europejskich ani amerykańskich firm. Nawet Coca-Cola w Birmie jest tylko nielegalnie, przywożona przez sklepikarzy z Tajlandii.

W związku z tym Birmańczycy niesamowicie spragnieni są produktów z Zachodu. Najbardziej widoczne jest to w wiejskich rejonach Bagan, gdzie bardzo często wypytywano nas np. o t-shirty, perfumy czy kosmetyki. Próbki perfum z Polski bez problemu można wymienić z lokalnymi handlarzami pamiątek albo jeszcze lepiej rozdawać jako podarunki.

W Birmie żyje ponad 400 tys. buddyjskich mnichów. I to widać. W żadnym innym kraju nie mieliśmy tyle kontaktu z mnichami co w Birmie

W Birmie żyje ponad 400 tys. buddyjskich mnichów. I to widać. W żadnym innym kraju nie mieliśmy tyle kontaktu z mnichami co w Birmie

Birmańczycy to najbardziej otwarty i ciekawy świata naród, jaki do tej pory spotkaliśmy. Jeśli ktoś zna choćby 3 słowa po angielsku (a czasem w ogóle na migi) od razu zagaduje białych, próbując dowiedzieć się czegoś o świecie. W co drugiej przydrożnej knajpce wiszą szkolne mapy świata z flagami wszystkich krajów, a znajomość geografii czy historii jest zdecydowanie najwyższa, z jaką się zetknęliśmy.

Przyjeżdżając do Birmy, warto zabrać z Polski nieużywane książki do angielskiego, a nawet jakikolwiek stary sprzęt elektroniczny. Stare aparaty na kliszę z lat 90-tych są tu rarytasem, a na ulicznych straganach Yangonu sprzedaje się wszystko od telewizyjnych pilotów po używane obcinacze do paznokci sprowadzane z Tajlandii.

Bardzo często (szczególnie w rejonie Bagan) Birmańczycy kolekcjonują banknoty ze świata. Warto wziąć ze sobą kilka drobnych nominałów z sąsiednich krajów lub z Polski. Oczywiście zdarzają się kolekcjonerzy-oszuści, którzy próbują wymienić później tajską czy wietnamską walutę na dolary, ale w większości to prawdziwi pasjonaci zamknięci w reżimowym kraju, bez dostępu do świata. Wszystkie banknoty przechowują wyprasowane w oddzielnych przegródkach i traktują niemal jak relikwie.

.

————————————

A na koniec podróż do XIX wieku.

.

.

I trochę zdjęć:

Jezioro Inle, Birma
Mandalay i Hsipaw, Birma
Bagan i Irawadi, Birma
Kalaw, Birma

.