Monthly Archives: Marzec 2011

Z pamiętnika podróżnika – Birma – od stolicy do stolicy

W ramach pielęgnacji literatury epistolarnej, zapraszamy na kolejne birmańskie wynurzenia. Tym razem dowiecie się m.in. za czym najbardziej tęskniliśmy po miesiącu spędzonym w Bimie oraz o jakie cuda wzbogacił się ostatnio nasz pamiątkarski skarbiec.

28.02 – Amarapura

Wycieczka pod Mandalay do dawnej stolicy królestwa. Przez cały dzień udało nam się przejść zaledwie 1200 metrów drewnianym mostem Ubein. Wyjątkowo malowniczy, zbudowany na tekowych palach jest jak zwornik, wokół którego gromadzi się całe okoliczne życie.

Zachód słońca nad mostem Ubein w Amarapurze

Zachód słońca nad mostem Ubein w Amarapurze

Rano weszliśmy na most, kilka godzin później zjedliśmy przekąski po kilkuset metrach, o 15 zatrzymaliśmy się na obiad w połowie długości, a na zachód słońca dotarliśmy wreszcie na drugi brzeg.

Ludzka czaszka, o której zdaje się nie wiedzieć nikt prócz okolicznych dzieciaków

Ludzka czaszka, o której zdaje się nie wiedzieć nikt prócz okolicznych dzieciaków

Tu wciągnąłem się w strzelanie z procy z jednym z chłopaków, a on pokazał nam m.in., gdzie nieopodal z wody wystaje ludzka czaszka, której pochodzenia nikt nie potrafił nam wyjaśnić. I tylko dziecko ma odwagę mówić o tym głośno. Dziwna sprawa…

Z Amarapury odległej od centrum Mandalay zaledwie o 15 km wróciliśmy nieplanowanym stopem. Już po zmroku, idąc piechotą na lokalny autobus, zgarnął nas pick-up z 14-osobową wiejską rodziną. Podrzucili nas pod sam hotel i choć nie mówili słowa po angielsku i wracali z jakiejś ciężkiej pracy w polu, nie chcieli od nas ani grosza.

P.S. Paula kupiła dwa ciekawe naszyjniki i bransoletkę z pestek arbuza (łącznie 5 zł), a ja na koniec za 7 zł nabyłem od chłopaczka ręcznie rzeźbioną procę z bawolego rogu. Jest to z pewnością jedna z najlepszych pamiątek z podróży jak do tej pory, porównywalna jedynie z mieczem szamana Sherpów z Nepalu i wielką muszlą wyłowioną na filipińskim Palawanie.

Testy wytrzymałościowe nowej zabawki

Testy wytrzymałościowe nowej zabawki

02.03 – prom

Pobudka o 4 rano. A potem całodzienny prom do Bagan. Wolno, gorąco, niewygodnie, ale niebywale różnorodnie. Birmańczycy za bilet płacą nieco ponad jednego dolara (obcokrajowcy 10), więc łódź jest zapakowana od podłogi po sufit. A że Irawadi o tej porze roku to jedno wielkie płytkie rozlewisko, łódź musi cały czas lawirować od brzegi do brzegu, aby nie osiąść na mieliźnie.

Urocza ekspedientka dla wygody klientów gotowa wejść do rzeki nawet po szyję

Urocza ekspedientka dla wygody klientów gotowa wejść do rzeki nawet po szyję

Najbardziej niesamowitą częścią podróży są jednak przystanki w nadbrzeżnych osadach, w których życie toczy się wokół przybijających regularnie promów.

Koncentracja i wyciszenie przed podjęciem walki o klientów

Koncentracja i wyciszenie przed podjęciem walki o klientów

Dziesiątki przekupniów, banany i kurczaki na głowach, ktoś transportuje na prowincję kilkusetkilowy wał korbowy z Mandalay, a ktoś inny wrzuca kłody drzewa na prom. Birmański folklor w pełnej krasie.

No i przyjemnie od czasu do czasu spędzić dzień na czytaniu książek, rozmowach i generalnym nicnierobieniu. Wiele mądrego można wymyślić.

04.03 – Bagan

Kolejny dzień rowerowego zwiedzania Bagan. Rewelacja. Jak do tej pory największe wrażenie zrobiła na nas świątynia Tha-Beik-Hmauk. Przepiękna, bardzo duża i można wspiąć się na jej szczyt, skąd roztacza się najlepszy jak do tej pory widok. No i przede wszystkim miejsce to w ogóle nie jest odwiedzane przez turystów i sprzedawców pamiątek. Czasem przez wiele dni nikt nie trafia do tej świątyni i tylko miejscowi pasterze kóz żyją na dziedzińcu spokojnym życiem.

W drodze powrotnej wdaliśmy się w dyskusję z miejscowym nauczycielem, a on pokazał nam swoją prowizoryczną szkołę we własnym mieszkaniu. Oczywiście na koniec poprosił o pieniądze na zeszyty i długopisy. Na razie nie mamy jednak pewności czy wszystko nie było zgrabną inscenizacją, więc jutro najdziemy go z zaskoczenia, a zamiast pieniędzy przyniesiemy zeszyty i długopisy.

W bardziej odległych częściach Bagan pasterskie życie biegnie spokojnie w cieniu majestatycznych świątyń

W bardziej odległych częściach Bagan pasterskie życie biegnie spokojnie w cieniu majestatycznych świątyń

P.S. Nie możemy nacieszyć się wiadomościami ze świata. W ciągu naszej miesięcznej podróży po Birmie Internet mieliśmy jedynie okazjonalnie, a telewizji w ogóle. Tymczasem teraz w naszym hotelu w Bagan (Shwe Na Di – 10 USD za dwójkę z łazienką ze śniadaniem) tylko przełączamy między CNN i BBC, z otwartymi ustami oglądając to, co dzieje się w Libii, Jemenie czy Omanie. No i Mubaraka też na szczęście już nie ma. Stęskniliśmy się za przemiłymi Arabami z Bliskiego Wschodu.

Po raz pierwszy w Birmie spotkaliśmy się też z darmowym, działającym Wi-Fi w przystępnej cenowo knajpce (obiad za 2 USD). Okazuje się, że w polskiej polityce jak zwykle nuda i odwracanie uwagi, a z rzeczy naprawdę ważnych Barca przegrała z Arsenalem, Małysz kończy karierę, nieustraszona Justyna Kowalczyk walczy z astmatycznymi wiatrakami, a wczoraj był Tłusty Czwartek.

05.03 – Bagan

Ponownie mieliśmy wstać na wschód słońca, ale rano znaleźliśmy tysiąc dobrych powodów, żeby tego nie robić. Skończyło się na śniadanku przed CNN o 9 i wyjeździe na 25-kilometrową pętlę o 11. W sam raz na największy skwar. O 14 wróciliśmy wypluci przez los i do tego z przebitą oponą.

Wschód słońca nad równiną tysiąca świątyń

Wschód słońca nad równiną tysiąca świątyń

Trzeba przyznać, że Bagan robi potężne wrażenie. Tysiące świątyń na jednej równinie, niektóre jednopiętrowe, inne o korytarzach niczym europejskie katedry. W zasadzie nikt nie wie, ile świątyń tu się znajduje. 800 lat temu, u szczytu potęgi królestwa było ich ponad 4 tysiące. Po Wielkim Trzęsieniu Ziemi w 1975 r. została tylko połowa. Co ciekawe, Bagan cały czas żyje, a nowobogaccy mieszkańcy Yangonu czy Mandalay tylko w ostatnich latach wybudowali ponad 300 świątyń.

Korytarze co potężniejszych świątyń oferują odrobinę wytchnienia od niemiłosiernych upałów

Korytarze co potężniejszych świątyń oferują odrobinę wytchnienia od niemiłosiernych upałów

Jest ślicznie, ale upał niemiłosierny. Marzec i kwiecień to 2 najgorętsze miesiące w tym kraju. Nawet Birmańczycy od godziny 13 do 15 leżą bykiem.

P.S. Nauczyciel i szkoła okazały się prawdziwe, więc zostawiliśmy 20 długopisów i kilka tysięcy kyatów. Natchnieni tą sytuacją kupiliśmy kolejne 30 długopisów, które weźmiemy ze sobą do rozdania w Laosie.

06.03 – Yangon

Za nami zdecydowanie najgorsza podróż nocna w Birmie i jedna z najgorszych do tej pory. Od klimy zimno jak w lodówce, miejsca tyle, że nawet Paula nie miała szansy zmieścić nóg, a ja przeziębiłem się na dobre.

Ostatni dzień upłynął nam na relaksie, pamiątkarstwie, itp. Wymiana kyatów na dolary tym razem dla odmiany bez problemu.

Z kolei cały wieczór przegadaliśmy z panem B. – Polakiem i prawdziwym miłośnikiem Azji, który regularne wyjazdy na ten kontynent łączy ze spokojnym życiem męża i ojca dorastających dzieci. To zabawne, ale nasze drogi w Birmie skrzyżowały się już po raz trzeci. Tym razem mieszkamy w tym samym guest housie. A jutro wracamy jednym lotem do Bangkoku.

Birmańska dziewczynka

Opuszczamy Birmę zauroczeni niebywałym naturalnym pięknem Jeziora Inle, majestatem świątyń Bagan, a przede wszystkim otwartością i ciepłem Birmańczyków. I pomyśleć tylko, że do Birmy, podobnie jak na Filipiny, początkowo nawet nie planowaliśmy się wybrać. Miejsca te odwiedziliśmy wyłącznie ze względu na liczne rekomendacje innych podróżników, których spotkaliśmy podczas naszej podróży.

P.S. Wyjeżdżając z Tajlandii 4 tygodnie temu narzekaliśmy na Internet w tym kraju. Wówczas nie mogliśmy jeszcze przypuszczać, że przyjdzie nam się przeprosić z wolnym i w większości płatnym tajskim netem. Po miesiącu braku kontaktu z domem i jedynie sporadycznym dostępem do wordpressu nie możemy się doczekać, aż zabunkrujemy się na Khao San Road i przez dwa dni będziemy nadrabiać zaległości.

.

A na zakończenie ostatnia już galeria z Birmy – trochę świątyń Bagan i uśmiechniętych twarzy znad Irawadi.

Bagan i Irawadi, Birma

.

Reklamy

Kwintesencja smaku

Druga zwrotka, bo zawsze chciałem zacząć od środka..

W Laosie jesteśmy już 10 dni i choć jak zwykle działo się sporo, naszą relację rozpoczynamy od strony zadniej. Konkretnie chodzi o „Luwak coffee”, szerzej znaną jako „kawa z kupy”, na którą natknęliśmy się na Płaskowyżu Bolaven – w sercu kawowego świata.

Wszystko co ekskluzywne i wyjątkowe musi mieć haczyk. Czasem może być to skóra zagrożonego wyginięciem zwierzęcia, innym razem ręcznie wykonany samochód albo wyjątkowo rzadki kamyk. W tym przypadku była to po prostu kawa uzyskana bezpośrednio z odchodów łasicy.

Najdroższa kawa na świecie przed przetworzeniem

Najdroższa kawa na świecie przed przetworzeniem

Zwierzaki te, rozsmakowane w dojrzałych owocach kawy, żywiąc się najlepszej jakości Arabicą i Robustą, nadtrawiają zaledwie zbyt twarde dla nich ziarenka. Następnie, niepomne doniosłości tego faktu dla świata baristów, lekkomyślnie wydalają je z siebie. Ku uciesze laotańskich farmerów, którzy jedną ręką pukając się w czoło, drugą w pośpiechu zbierają najdroższe na świecie guano. Za filiżankę „Luwak Kopi” w Stanach czy Europie Zachodniej płaci się 30-50 dolarów, a kilogram tej kawy kosztuje ok. 2,5 tys. zł.

Już sam zapach prażącej się kawy i dźwięk pękających ziarenek zapowiadają niepowtarzalny charakter Luwak Kopi

Już sam zapach prażącej się kawy i dźwięk pękających ziarenek zapowiadają niepowtarzalny charakter Luwak Kopi

Jeśli miałbym porównać do czegoś smak „Luwak Kopi”, to byłaby to whiskey. Kawa Luwak wobec zwykłych kaw jest jak 30-letnia whiskey przy czerwonym Johnie Walkerze. Już pierwszy łyk zdradza niezwykłą delikatność. Smak rozchodzi się w ustach dużo intensywniej, ale zachowuje ogromną łagodność. I przede wszystkim zostaje na podniebieniu duuuużo dłużej. Dla kawoszy niewątpliwie gratka.

Swoją drogą laotańska kawa ma kopa. Strach pomyśleć, co się z nami stanie, gdy zaczniemy korzystać z lokalnych dopalaczy, dajmy na to, w Kolumbii.

Człowiek szczęśliwy przy pracy

Człowiek szczęśliwy przy pracy

P.S. który mógłby być wpisem

Kawę parzył nam kolejny niezwykle interesujący przypadek ludzki, jakiego spotykamy po drodze. Holender, informatyk, bankowiec, eks-dyrektor z 20-letnim doświadczeniem. Fascynat dobrej kawy, który osiadł na laotańskiej prowincji. Dziś, jak sam twierdzi, jest człowiekiem szczęśliwym, a bankową karierę zostawił dla azjatyckiego tempa życia i codziennej filiżanki najlepszych laotańskich kaw. Grzebanie w papierach zamienił na to co jest naprawdę ważne. Dziś zbiera ziarenka kawy po łasicowatych.

Ale my tymczasem zamiast przydługich opisów „kawy z kupy” po raz pierwszy na naszym blogu zapraszamy na fotoreportaż – Przygotowywanie i degustacja Luwak Kopi. Ze specjalną dedykacją dla wuja Marcina i wszystkich innych kawoszy.

.

Świeża kawa z kupy. Mhmmm... Pycha!

Świeża kawa z kupy. Mhmmm... Pycha!

P.S. Swoją drogą ile wybitnych umysłów musiało nad tym pracować i ileż nieudanych prób musiano przeprowadzić, zanim znaleziono tak niepowtarzalny smak kawy z tej jednej jedynej łasiczej kupy…

.

Z pamiętnika podróżnika – Birma – Autostopowa niespodzianka

Dziś prezentujemy kolejnych kilka kartek z pamiętnika, z których dowiecie się między innymi po czym w Azji można poznać, że jest niedziela czy Francuzi naprawdę powinni protestować oraz jak pić herbatę przez zamknięty termos. No i oczywiście dlaczego autostop w Birmie rządzi.

20.02 – Nyaungshwe

Wyprawa łodzią dookoła jeziora. O rejonie Inle koniecznie osobny artykuł, bo szkoda tutaj miejsca.

W jednej z bardziej autentycznych wiosek - Kyauk Daing, gdzie nadal tętni prawdziwe życie Inle, wkręciliśmy się w garncarstwo...

W jednej z bardziej autentycznych wiosek - Kyauk Daing, gdzie nadal tętni prawdziwe życie Inle, wkręciliśmy się w garncarstwo...

Zżyliśmy się też ostatnio z naszymi Francuzami, jadącymi dookoła świata. Która to już taka para, którą spotykamy gdzieś na końcu świata… Dziesiąta? Piętnasta?

Dziś przy kolacji po raz kolejny wyszły na jaw kwestie socjalizmu we Francji i roszczeniowej postawy obywateli (to już trzecia para Francuzów, z którą na kilka dni splotły się nasze losy). Dla przykładu za 35-godzinny pracy we Francji pensja minimalna wynosi 1000 euro na rękę, zasiłek dla bezrobotnych można otrzymywać nawet przez 2 lata, zaczynając od 75% ostatniej pensji, a bezrobotni bez prawa do zasiłku mogą otrzymać minimum socjalne wynoszące 400 euro. Przy polskiej mentalności takie udogodnienia, pogrążyłyby kraj w bankructwie w pół roku. Tymczasem Francuzi ciągle protestują.

Przy śniadaniu z dwadzieścia minut próbowaliśmy ustalić, jaki dzisiaj dzień. Ostatecznie polegliśmy, a później zupełnie o tym zapomnieliśmy. Że jest niedziela, wydało się dopiero wieczorem, bo we wszystkich barach jak zwykle grała liga angielska.

22.02 – Nyaungshwe

Leniwy dzień w oczekiwaniu na wieczorny autobus okazał się pełen pozytywnych niespodzianek. W ciągu dnia dla zabicia czasu wybraliśmy się na 10-kilometrowy spacer za miasto, podczas którego maszerując przez kilka ciekawych wiosek trafiliśmy m.in. do domowej fabryki chrupków ryżowych. Zaciekawieni widokiem podwórza, które w całości pokryte było suszącymi się dziwnymi płachtami, wtargnęliśmy do środka. Jak zwykle przemili Birmańczycy przywitali nas ciepło, wyjaśnili, co tylko byli w stanie, a na pożegnanie obdarowali nas jeszcze dwoma pakami czipsów. Naród ten jest słodki do bólu.

Młodzi mnisi kontemplujący obecność białych twarzy w ich nieodwiedzanym na ogół klasztorze

Młodzi mnisi kontemplujący obecność białych twarzy w ich nieodwiedzanym na ogół klasztorze

Zaliczyliśmy też odkrycie roku. Po ponad dwóch tygodniach pobytu i picia zielonej chińskiej herbaty 2-3 razy dziennie, odkryliśmy, że ratanowy korek, który zamyka każdy termos, jest tak zbudowany, że przecieka przez niego herbata, a liście zostają wewnątrz. Dzięki temu herbatę można lać przez „zamknięty” termos i nie trzeba za każdym razem go otwierać, jak mieliśmy to w zwyczaju.

23.02 – Hsipaw

Wbrew temu, czego naczytaliśmy się w relacjach z Birmy, autobus z Inle do Mandalay okazał się wyśmienity. Podobnie zresztą jak ten wcześniejszy z Yangonu do Inle. Zdaje się, że to nie my mieliśmy szczęście, a w ostatnich dwóch latach Birma wykonała jakiś skok cywilizacyjno-transportowy, bo wszystkie nocne wyglądają teraz całkiem nieźle. Oczywiście nadal ogłusza birmańskie karaoke, a silniki co jakiś czas muszą być chłodzone wiadrami wody, ale to już zupełnie inna historia.

Jak zwykle zatem, jakieś 4-6 godzin udało nam się przespać w kilku ratach. A następnie po 12-godzinnej nocnej podróży w Mandalay od razu przesiedliśmy się na 6-godzinną do Kyuakme. Zawiedzeni jednak atmosferą tego miasteczka, jeszcze dziś postanowiliśmy ruszyć dalej.

Pampuch nadziewany orzeszkami i Quench - nasz codzienny birmański nałóg

Pampuch nadziewany orzeszkami i Quench - nasz codzienny birmański nałóg

Jako że nie chciało nam się czekać 2 godzin na kolejny autobus, przetarliśmy sandały i ruszyliśmy za miasto na stopa. Liczyliśmy się z faktem, że koło dwudziestej możemy być zmuszeni do rozbijania biwaku gdzieś w rowie, ale postanowiliśmy zaryzykować.

I to był strzał w dziesiątkę. Wbrew pozorom podróżowanie autostopem po Birmie nie jest chyba takie trudne, bo my wypasioną podwózkę złapaliśmy już po jakiś 10 minutach marszu główną drogą (i godzinie czasu, którą zajęło nam dotarcie do niej przez wioski i pola).

"No, koszulina mi się trochę przetarła na plecach i nawet nie miałem kiedy zacerować..."

"No, koszulina mi się trochę przetarła na plecach i nawet nie miałem kiedy zacerować..."

W każdym bądź razie dwóch handlarzy jadeitu, udających się właśnie służbowo do Chin, opowiedziało nam tyle barwnych historii, że nasz powstający właśnie artykuł o juncie wojskowej w Birmie będzie chyba dużo ciekawszy niż się zapowiadał. Aż szkoda, że jechaliśmy razem tylko godzinę.

25.02 – Hsipaw

Kolejny dzień w krainie bye-bye’ów. Nie wiedzieć czemu w tej części kraju podstawowym zwrotem międzynarodowym, jaki znają wszyscy dzieci i dorośli jest „Bye, bye”, które w ich mniemaniu oznacza „hello”. Tak więc we wszystkich wioskach, sklepikach, knajpkach i mniej turystycznych miejscach dzieci już z daleka witają nas radosnym „Bye, bye”.

My również po 12 dniach mówimy „bye, bye” prowincji Shan, z którą zdążyliśmy się już nieźle zaprzyjaźnić. Pora zobaczyć coś innego w tym arcyprzyjaznym kraju.

Uśmiechy w domu i przy pracy w polu - niemal jak u Konopnickiej. Taka jest właśnie mniejszość Shan

Uśmiechy w domu i przy pracy w polu - niemal jak u Konopnickiej. Taka jest właśnie mniejszość Shan

P.S. Wieczorem Paula zjadła arbuza większego od siebie.

26.02 – Hsipaw – Pyin-U-Lwin

Plan na dzisiaj – przejazd pociągiem 3-ej klasy z Hsipaw do Nawnghkio, a następnie kolejna próba autostopowa do samego Mandalay.

Komu kurczaka, komu mango, komu??!! A może makaronu?

Komu kurczaka, komu mango, komu??!! A może makaronu?

Pociąg wybraliśmy wyłącznie w celach krajoznawczych, bo właśnie na odcinku, którym będziemy przejeżdżać (a konkretnie między Kyuakme a Nawnghkio) pokonuje on wąwóz Gokteik przez jeden z najwyżej zawieszonych mostów kolejowych na świecie.

Podróż okazała się całkiem przyjemna, ale raczej ze względu na możliwość obserwowania birmańskiej codzienności kręcącej się wokół rozkładu pociągu w licznych wioskach po trasie niż przez sam wiadukt Gokteik. Most choć faktycznie bardzo widowiskowy, to zdecydowanie przegrywa w konkurencji z Birmańczykami. Jak zwykle w mijanych wioskach, tym razem przez okno pociągu, zagadywał nas, kto tylko znał kilka słów po angielsku.

A stopa przekładamy na jutro, bo podróż pociągiem tak nam się spodobała, że zamiast do Nawnghkio postanowiliśmy pojechać do samego Pyin-U-Lwin, kolonialnego kurortu górskiego.

Pokonanie 140 km birmańskim pociągiem z Hsipaw do Pyin-U-Lwin zajęło nam równo 7 godzin.

Przejazd wiaduktem Gokteik. Trzeba przyznać, że niezły, ale widywaliśmy lepsze widoki

Przejazd wiaduktem Gokteik. Trzeba przyznać, że niezły, choć widywaliśmy lepsze widoki

27.02 – Pyin-U-Lwin, Mandalay

Miał być przejazd niecałych 100 km stopem, a skończyło się na jednym z najbardziej niesamowitych dni w tym kraju (o ile nie podczas całej podróży) i proszonej kolacji w ekskluzywnej restauracji.

To nie jest ciekawostka ani żart. Tak naprawdę wyglądają współczesne taksówki na ulicach Pyin-U-Lwin. Innych nie ma.

To nie jest ciekawostka ani żart. Tak naprawdę wyglądają współczesne taksówki na ulicach Pyin-U-Lwin. Innych nie ma.

Stop oczywiście bez problemu. Z przygodami, bo okrężną drogą. Z naszym chińskim imigrantem, miejscowym drobnym przedsiębiorcą przez pół dnia kręciliśmy między jego kurzą fermą, lokalną fabryką ciastek, a chińskim domem. Żona w ciąży z bliźniakami, 14 tysięcy niosek na farmie i niekończące się zapotrzebowanie na jajka w fabryce.

Vagabundos i kurczaki

Vagabundos i kurczaki

Na zakończenie dnia Ma Ja Shin, pierwszy tak miły Chińczyk, jakiego kiedykolwiek spotkaliśmy, zaprosił nas do świetnej restauracji, gdzie odżyły wspomnienia wspaniałych chińskich i tajskich smaków. Kurczak w orzechach nerkowca, krewetki w cieście, tajska zupa Tom Yum z owocami morza oraz doskonałe na wpół ścięte marynowane jajka na ostro – chiński specjał, z którym do tej pory się nie zetknęliśmy. Mimo że w Birmie, to niemal jak w Chinach, wszystkie potrawy wspólne, a ich ilość na pokaz nie do przejedzenia.

Rewelacyjnie było choć przez jeden dzień obserwować Birmę oczami Chińczyka mieszkającego tu już od trzech pokoleń, ale wciąż mającego świerze spojrzenie na ten kraj. A to dzięki 15 latom spędzonym na zmywaku w Japonii.

P.S. W Birmie jesteśmy już 20 dni, przed nami jeszcze tydzień, a do tej pory każdy dzień niósł tak niebywałe wydarzenia, że aż strach pomyśleć, co wydarzy się w najbliższych dniach. A przed nami jeszcze całodzienny spływ rozklekotanym parowcem w dół Irrawaddy – jednej z najpotężniejszych rzek Azji, Bagan – starożytna równina usiana tysiącami świątyń i Bóg wie, co jeszcze.

.

P.S. A na deser nowa porcja zdjęć z Birmy. Tym razem głównie okolice Mandalay i Hsipaw.

Mandalay i Hsipaw, Birma

.

Gdy czas nie płynie

Wyobraźcie sobie Atlantydę. Otoczoną górami, gdzie miasta i wioski zbudowano na wodzie. Tu małe czółna zastępują samochody, a szerokie kanały pełnią funkcję autostrad. Życie płynie tutaj w rytmie wolno dryfującej łodzi i nie zmieniło się niemal od wieków. To jest właśnie Inle.

Pływające ogrody Inle

Pływające ogrody Inle

Jezioro Inle to niebywały wprost twór wśród birmańskich szczytów. Położone w szerokiej dolinie otoczonej wysokimi górami, wyciągnięte z północy na południe, liczy ponad 20 km długości. Lecz tak jak wszystko tutaj, nawet i ta wielkość jest zwodnicza. Liczne kanały ciągnące się w obu kierunkach sprawiają, że jeziorem tym można płynąć godzinami. Podczas naszego rejsu przepłynęliśmy ponad 40 km cały czas na południe i przyznam, że niemal cały dzień mieliśmy wrażenie, że znajdujemy się na szerokich wodach jeziora. A wszystko dlatego, że Inle prócz wody nie ma nic wspólnego z innymi jeziorami.

Okolice Inle to etniczny kocioł, który zamieszkuje kilkanaście mniejszości narodowych

Okolice Inle to etniczny kocioł, który zamieszkuje kilkanaście mniejszości narodowych

Jeziora Inle nie da się praktycznie obejść dookoła, bo nie ma ono w zasadzie linii brzegowej. Zbliżając się do brzegów, woda stopniowo staje się coraz płytsza, aż przechodzi w mokradła i grzęzawiska. Tereny, na które nie dopłyną już łodzie, stają się królestwem wodnego ptactwa, bawołów wodnych, a czasem także jakichś upraw.

Z cyklu Wielcy impresjoniści: Monet - Wioślarka

Z cyklu Wielcy impresjoniści: Monet - Wioślarka

Po drugiej stronie lustra

My nad Inle spędziliśmy w sumie 6 dni, a dodatkowe 4 w odległym raptem o 40 km górskim Kalaw, od wieków żyjącym z jeziorem w symbiozie. W obu tych miejscach wystarczy wypożyczyć rower lub wyruszyć pieszo w którymkolwiek kierunku, aby już po kilku kilometrach trafić do innej czasoprzestrzeni.

W niezliczonych kanałach jeziora cały czas tętni życie niezmienione od wieków. Ktoś kąpie się na pomoście, a kto inny robi pranie. Rybacy zarzucają sieci, większe łodzie towarowe niezmordowanie przewożą większe ładunki. Tuż obok ktoś ręcznie godzinami pompuje wodę na ryżowiska. W jednej z wiosek wzbudziliśmy szczere zaciekawienie młodych mnichów, stając na postój w nieodwiedzanym przez nikogo klasztorze. W innej podpatrywaliśmy wycieńczającą walkę z żywiołem, gdy buduje się nowe pola uprawne.

W okolicy niemal zawsze i wszędzie trwa ciężka praca. Budując nowe pola, mężczyźni wycinają kilkudziesięciocentymetrowe, około pięciokilowe bloki torfu i błota. Bloki te transportują czółnami, a następnie ręcznie zasypują tereny podmokłe. Można sobie wyobrazić, ile pracy kosztuje zarzucenie kilku arów grzęzawiska niewielkimi blokami, które trzeba ułożyć przynajmniej w 5-8 warstwach. Taki jest tutaj koszt wyrwania wodzie miejsca do życia.

Kąpiele i pranie nad brzegiem jeziora

Kąpiele i pranie nad brzegiem jeziora

Życie na wodzie

Ale nad Inle wioski budowane na ziemi to luksus. Grunt jest zbyt cenny, by na nim mieszkać. Tu żyje się na wodzie.

Na jeziorze znajduje się w sumie 17 wiosek na szczudłach, a każda jest bardziej osobliwa od poprzedniej. Zazwyczaj wioski mają swoje wąskie specjalizacje, a ich mieszkańcy od wieków wymieniają się towarami i handlują na rynkach na wodzie. Te odbywają się codziennie poza pełnią księżyca i w cyklu 6-dniowym okrążają jezioro. W ten sposób mieszkańcy nie muszą pływać po 20-30 km na zakupy, a to targowisko co tydzień podjeżdża pod okoliczne wioski.

Wioska na wodzie

Wioska na wodzie

Specjalizacje wiosek są bardzo różne. W jednych uprawia się głównie warzywa, w innych produkuje się srebrne ozdoby czy dobra codziennego użytku. Wszystkie wioski położone na tafli jeziora zbudowane są niemal całkowicie na palach. Tymczasem niewielkie fragmenty stałego lądu z trudem wyrwane wodzie, łapczywie zaanektowane zostają przez dzieci. Między domami można poruszać się wyłącznie łodziami, podobnie jak i wydostać się z wioski.

Czółna nad Inle to też niecodzienny przypadek. Niezwykle wąskie są niebywale zwrotne, ale wprost niewyobrażalnie niestabilne. Sama opanowanie sztuki trzymania równowagi wymaga dobrych kilkunastu minut prób. O wiosłowaniu na stojąco nie ma nawet mowy. Tymczasem obserwując Birmańczyków, balansujących na rufie i wiosłujących jedną nogą, a rękoma rzucających sieci ma się wrażenie, że pływanie tym cackiem to dziecinna igraszka.

Mimo że czółna są niewyobrażalnie niestabilne, rybacy do perfekcji opanowali technikę wiosłowania nogą

Mimo że czółna są niewyobrażalnie niestabilne, rybacy do perfekcji opanowali technikę wiosłowania nogą

W poszukiwaniu autentyczności

Masowa turystyka zabija. To wiadomo nie od dziś. A Inle to jedna z dwóch największych atrakcji Birmy. Choć przyjeżdżających tutaj turystów nie można jeszcze określić mianem tłumów, to jest ich już sporo i szybko przybywa. Sprawia to, że nawet tak urokliwa miejscowość jak Nyaungshwe traci znaczną część powabu. Między innymi dlatego ciężko zjeść tu za mniej niż 2-3 tys. kyatów (7-11 zł), a najtańszy hotel, jaki udało nam się znaleźć, kosztuje 11 dolarów. Bulwersujące.

Kobieta z plemienia Pa-Oh

Kobieta z plemienia Pa-Oh

Szczęśliwie wieczorami wraca normalne birmańskie życie, więc i na ulice wylegają dziesiątki straganiarzy. Tam bez problemu bratając się z jednym z najbardziej otwartych i ciekawych świata narodów, przy ulicznych grillach można przekąsić przepyszne lokalne ryby, szaszłyki czy miejscowe zupy.

Gwałtowny rozwój turystyki sprawił, że wiele miejsc na jeziorze straciło swój tradycyjny charakter. Wśród nich znajdują się m.in. Klasztor Skaczącego Kota oraz osada długoszyich plemion Karen. W naprawdę ładnym klasztorze zbudowanym na wodzie, mnisi onegdaj nauczyli swojego kota skakać przez cyrkową obręcz. Wieść się po kraju jak echo poniosła i teraz codziennie ściągają tu setki osób zobaczyć, jak umęczone, przekarmione koty co kilkadziesiąt minut zmusza się do głupkowatych popisów ku uciesze tłumu.

Krzyżówką cyrku z ludzkim zoo jest również kilka chałup na wodzie, gdzie sprowadzono parę osób z plemion Karen. „Długoszyje” kobiety noszące mosiężne obręcze na szyjach siedzą grzecznie przy krosnach, dając się fotografować ciekawskim turystom. Cyrk porównywalny jedynie z wioską Karenów pod Mae Hong Son w północnej Tajlandii.

Z cyklu Wielcy impresjoniści: Gauguin - Posąg rybaka

Z cyklu Wielcy impresjoniści: Gauguin - Posąg rybaka

Niemniej jednak mimo że turystów w okolicy Inle faktycznie jest sporo, w gruncie rzeczy rozpływają się oni wśród miejscowych. Nad jeziorem żyje ponad 100 tys. osób, więc bez problemu można znaleźć miejsca autentyczne. Wystarczy odrobina wysiłku, a nagrodą będzie niezwykłe piękno tego regionu i ogromne bogactwo kulturowe.

Wyprawa do Inle do jak podróż do XIX wieku.

.

Więcej zdjęć znad niezwykłego Jeziora Inle można obejrzeć w galerii.

Jezioro Inle, Birma

A na koniec film o życiu na wodzie:

.

.

Z pamiętnika podróżnika – Birma cz.2

Ponownie zapraszamy do Birmy. Dziś dowiecie się m.in. jak wkręcić się na birmańskie wesele, dlaczego w Azji Walentynki wypadają 15 lutego oraz kto w tym roku otrzymał nominacje do Złotego Gniota.

14.02 – Kalaw

Treking na dziko. Bez mapy, które tu nie istnieją i wyraźnego celu szwendamy się po okolicy, gdzie nas oczy poniosą.

Puszczanie latawców to w Birmie niemal sport narodowy

Puszczanie latawców to w Birmie niemal sport narodowy

Ze strefy wojskowej, do której przez przypadek trafiliśmy, wywieźli nas na motorach. Zrobili to niby jako przysługę, ale chyba do jednostki wkradła się panika. W zasadzie powinni byli zauważyć nas z godzinę wcześniej i w ogóle nie wpuścić na teren zamknięty. Ale my nie niepokojeni, główną drogą w poszukiwaniu nieznanych bliżej atrakcji weszliśmy do, jak się okazuje, strefy zakazanej.

Odwiedziliśmy też dwa ukryte w górach klasztory i coraz bardziej zaprzyjaźniamy się z 87-letnim właścicielem naszej ulubionej już knajpki.

Ciekawostka. Mnóstwo Birmańczyków puszcza latawce. Wszystkie zrobione własnoręcznie z dwóch patyków i foliowej reklamówki to hit sezonu. Latawcami bawią się dzieci, starsza młodzież, a nawet mnisi.

15.02 – Kalaw

Postanowiliśmy sprawdzić czy sami bez mapy w najbliższych dniach dalibyśmy radę przejść 40-60 km do Jeziora Inle. Okazuje się to raczej niemożliwe.

W poszukiwaniu szlaku...

W poszukiwaniu szlaku...

Na próbę ruszyliśmy dziś na niewielką 15-kilometrową pętlę po okolicy. Mimo że wypisaliśmy sobie nazwy kilku pobliskich wiosek po birmańsku i próbowaliśmy dogadywać się po drodze, już po półtorej godzinie i kolejnych kilku rozwidleniach, szybko zgubiliśmy drogę. Jako że Birma plasuje się w światowej czołówce pod względem śmiertelnych ukąszeń węży, po kolejnej godzinie postanowiliśmy zawrócić. Okazało się to naszą najlepszą dziś decyzją.

W drodze powrotnej w jednej ze wsi zostaliśmy zaproszeni na birmańskie wesele. Niewyobrażalnie wprost otwarci i przyjaźni Birmańczycy wciągnęli nas na imprezę, gdzie staliśmy się atrakcją dnia i ugoszczono nas birmańską ucztą. Zazwyczaj po prostu niezłe birmańskie dania, przyrządzane na sposób domowy, okazały się wyśmienite. Ryż smażony z warzywami, wzbogacony tym razem rodzynkami, pieczony kurczak na ostro, sałatki z niedojrzałego kwaśnego mango i pyszne ciasto. Na zakończenie oczywiście obfotografowali nas w towarzystwie pary młodej i rodziny. Na weselu zabawiliśmy dobre dwie godziny, a kto znał choćby 3 słowa po angielsku, nie omieszkał wykorzystać okazji, by poćwiczyć język.

Hindusi byli naprawdę dobrzy, Filipińczycy się starali, ale to chyba Birmańczycy są mistrzami organizacji ładunku ludzko-towarowego

Hindusi byli naprawdę dobrzy, Filipińczycy się starali, ale to chyba Birmańczycy są mistrzami organizacji ładunku ludzko-towarowego

Birmańczycy to naród niebywale wprost ciekawy świata. Zamknięci w kraju bez możliwości wyjazdu, bez wolnej prasy i mediów, a niemal wszyscy interesują się światem i pragną kontaktu z obcokrajowcami. Co więcej, w większości słuchają niezależnego Radia Wolna Azja, skąd czerpią informacje o świecie, a jeśli tylko mają możliwość, uwielbiają oglądać BBC i HBO. Każda rozmowa rozpoczyna się od pytania o kraj pochodzenia i, co ciekawe, Polska wcale nie brzmi tu obco. Często znają naszą historię komunistycznego zniewolenia, a także fakt wstąpienia do NATO czy Unii. Chętnie porównują się do nas, mówiąc, że i oni kiedyś wyzwolą się spod wojskowej dyktatury.

Myśl pozytywnie

Myśl pozytywnie

W jednej z mijanych dzisiaj wsi, spotkaliśmy trzeciego już mężczyznę w ciągu ostatnich kilku dni, który sam nas zagadnąwszy, śmiało i otwarcie mówił o dyktaturze junty, wojskowych represjach na mniejszościach etnicznych i potrzebie demokracji. Wiedział sporo o katastrofie smoleńskiej i aktualnych wydarzeniach w Egipcie czy Tunezji, a pragnął dowiedzieć się jeszcze więcej. Wbrew wszelkim przeciwnościom losu, Birmańczycy to najlepiej zorientowany i najbardziej ciekawy świata naród, jaki do tej pory spotkaliśmy.

P.S. Z Internetu dowiedzieliśmy się, że wczoraj były Walentynki.

16.02 – Kalaw

Niemożliwe nie istnieje. Dziś jeszcze raz spróbowaliśmy wymaszerować w kierunku Inle. I bez najmniejszych trudności udało się. Zrobiliśmy pętlę 21 km, odwiedzając 3 wioski plemienia Palaung. Trafiliśmy na tzw. „Viewpoint”, czyli pobliski szczyt, który znajduje się na trasie wszystkich trekingów w kierunku Inle.

Ludność Shan to jedna z dziesiątek mniejszości narodowych w tym kraju

Ludność Shan to jedna z dziesiątek mniejszości narodowych w tym kraju

Niestety zgodnie z naszymi obawami, wioski na szlaku do jeziora okazały się już mocno nadpsute od postępującego przemysłu turystycznego. Z daleka do przybyszów wybiegają dzieci, oferując „tradycyjne” szaty i nakrycia głowy za dolara, rodem z Chin.

Niemniej jednak treking niezależny okazał się strzałem w dziesiątkę. Piękne widoki, nieodwiedzane, zagubione w gąszczu ścieżki i tyle czasu, ile nam potrzeba. Dziś upewniliśmy się w przekonaniu, że do Inle pojedziemy autobusem, a na poważniejszy treking wybierzemy się za jakieś półtora tygodnia w mniej odwiedzanej Birmie północnej.

P.S. Schudłem tak bardzo, że gdy myję zęby, obrączka jeździ mi po palcu. Powinienem coś z tym zrobić.

.

———————————————–

Zapraszamy również do pierwszej galerii z Birmy.

Kalaw, Birma

A do niedawnego wpisu o Tajlandii dorzuciliśmy jeszcze filmik w rodzaju „The Best of”. To nas natchnęło i na naszej stronce kolejna nowość. W związku z prężnym rozwojem wytwórni Bezsens Studio na Vagabundos pojawia się Dział Filmowy. Na górze w menu głównym.

Faktycznie jesteśmy nieco spóźnieni, bo wręczenie Oscarów tuż za nami, ale może chociaż jakiś Złoty Gniot…

P.S. Tak swoją drogą, dobre chociaż było coś w tym roku oprócz genialnej Incepcji??

.

Wietnam – informacje praktyczne

Oto jesteśmy. Po 4 tygodniach tułaczki po niesamowitej Birmie, której opisami będziemy w najbliższych dniach Was zarzucać, znów znaleźliśmy się w centrum backpackerskiego świata – na Khao San Road. Tu, gdzie zapach świeżego krewetkowego Pad Thai miesza się z niezwykłą wonią niewytrzymujących marcowych upałów białasów, nam zebrało się na bardziej zaprzeszłe wspominki.

Między kolejnymi kubełkami tajskiej whiskey postanowiliśmy wrzucić kilka informacji praktycznych o Wietnamie, pięknym kraju na wschodzie, gdzie już dawno zapomnieli, co to jest prawdziwy komunizm. Ale żeby i tym czytelnikom niewybierającym się do tego wspaniałego kraju w najbliższym czasie, miło czytało się niniejszy wpis, dodajemy kilka smakołyków i ciekawostek z tego dalekiego zakątka świata.

Wiza

Jeśli do Wietnamu przylatujemy samolotem, wizę najlepiej wyrobić przez amerykańskich pośredników. Jest to tak zwana „Visa on arrival”, którą otrzymujemy w dwustopniowej procedurze. Najpierw składamy wniosek przez Internet, uiszczamy opłatę, a następnie mailem otrzymujemy promesę wizową, która uprawnia do otrzymania wizy na granicy. Uwaga! Bez wydrukowanej promesy nie ma możliwości otrzymania wizy „on arrival”. Niestety nie ma również takiej możliwości, przekraczając granicę lądową.

Wiza do Wietnamu wyrabiana w ambasadzie kosztuje 75 dolarów, a przez pośredników 45 USD. Najtańszą firmą, jaką znaleźliśmy jest My Vietnam Visa – www.myvietnamvisa.com . Są też polskie firmy zajmujące się tym samym, np. Polviet.com, ale oczywiście są droższe. Pazerność szkodzi.

California dreamin'

California dreamin'

Opłata jest dwustopniowa – na pierwszym etapie przez Internet płacimy 20 dolarów, a następnie jeszcze 25 USD na granicy (w przypadku wizy jednokrotnego wjazdu). Warto mieć odpowiednią kwotę w dolarach, bo wietnamscy urzędnicy zawze próbują oszukiwać, nie mają reszty w dolarach, a resztę w dongach wydają po kursie 10 000 za 1 dolara (realny kurs 20 000 za 1 USD). Na granicy trzeba mieć ze sobą 2 zdjęcia.

Jest to chyba jedyny przypadek na świecie, gdy wiza wyrabiana przez pośredników jest tańsza niż w ambasadzie, ale komunistyczne kraje rządzą się swoimi prawami.

Transport

Jeśli komuś wydaję się, że w 2 albo 3 tygodnie zobaczy Wietnam, to lepiej niech od razu wyzbędzie się złudzeń. Choć niewiele większy od Polski, z północy na południe rozciąga się na długości ponad 2,5 tys. km. To więcej niż z Polski do Chorwacji, a i klimat jest równie różnorodny. Z Hanoi do Ho Chi Minh jedzie się 3 dni, a z obu tych miast, odpowiednio do granicy chińskiej, laotańskiej czy kambodżańskiej jest jeszcze dzień drogi.

Jeśli mamy więc 2-3 tygodnie, najlepiej wybrać północ lub południe. My północy w ogóle nie odwiedziliśmy i z pewnością tam wrócimy, bo nie byliśmy ani wśród dzikich plemion w rejonie Sapa ani w słynnej Halong Bay.

Generalnie transport w Wietnamie nie sprawia najmniejszych problemów, bo wszędzie wzdłuż wybrzeża funkcjonują tzw. „open-tour bus”. Jest to ciekawa instytucja umożliwiająca zakup jednego biletu, a następnie wsiadanie i wysiadanie we wszystkich większych miastach po drodze z Hanoi do Ho Chi Minh. Generalnie trasę tę można odbyć w 4 nocnych odcinkach komfortowymi autobusami z kuszetkami. O ile autobusy są wyjątkowo wygodne i można się dobrze wyspać, to osobom powyżej 180 cm mimo wcześniej przydzielonego łóżka polecam zajmować miejsca na końcu autobusu między rzędami. Nogi będą wtedy wystawać z 10-20 cm za łóżko, ale przynajmniej komforcik pierwsza klasa. Wszędzie dostajemy koc i poduszkę.

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Rozkład autobusów "Open-tour" w Hoi An

Naszym zdaniem najlepszą opcją na poznawanie Wietnamu są jednak skutery bądź motory. Do wynajęcia niemal w każdym mieście za 3-5 dolarów za dzień, dają nieograniczone wręcz możliwości odkrywania mało odwiedzanych miejsc i bratania się z miejscowymi. My skutery wypożyczaliśmy w sumie 6 razy i wszystkie były rewelacyjne.

Autostop w Wietnamie funkcjonuje jako tako, choć bywa płatny. Polecamy raczej fanom tego sportu niż jako środek lokomacji. Niewielu Wietnamczyków mówi po angielsku, więc i autostopowe konwersacje są raczej symboliczne. Bez znajomości wietnamskiego, lepiej wybrać konwencjonalne środki transportu.

Co warto zobaczyć

O ile Ho Chi Minh, Hue, a w szczególności przepiękne Hoi An są pociągające i w każdym z nich można zostać po kilka dni, to prawdziwe atrakcje czają się gdzie indziej. W części południowej i środkowej bezapelacyjnie królują Delta Mekongu i Płaskowyż Centralny (czyli Central Higlands). Przez Central Highlands na motorze można jeździć tygodniami, co i rusz trafiając do coraz ciekawszych wiosek i notorycznie będąc onieśmielonym uczynnością miejscowych Wietnamczyków.

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Easy Riders - motocyklowi przewodnicy po Wietnamie

Będąc w okolicy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale około 30 km od Dalat znajduje się fabryka jedwabiu, do której bez problemu można wejść i przyjrzeć się procesowi produkcji. Trafić pewnie nie jest łatwo, ale z pewnością pokierują nas do niej uczynni Wietnamczycy, albo miejscowi przewodnicy motocyklowi, tzw. „Easy Riders”. Wszyscy, których spotkaliśmy gdzieś w terenie byli niebywale mili i choć dziwili się, że jeździmy na własną rękę, zawsze chętnie udzielali informacji, co jeszcze ciekawego w okolicy można zobaczyć. Choć normalnie w mieście nawet niedrogo można ich wynająć na 1 lub kilka dni, w terenie nigdy nie chcieli od nas pieniędzy i byli dumni i bardzo szczęśliwi, że na motorach zwiedzamy ich kraj.

Płaskowyż Centralny, a w szczególności Buon Ma Thuot to główny rejon uprawy kawy i raj dla kawoszy. Kawa suszy się w słońcu w co drugiej wiosce, a niemal w każdej knajpie można napić się przepysznej kawy Nguyen.

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Na Płaskowyżu Centralnym susząca się kawa zdobi podwórko co drugiego domu

Z kolei delta Mekongu wciąga jak pajęcza sieć i warto zagubić się w jej licznych odnogach i kanałach. Zdaję się, że im głębiej tym ciekawiej. O ile w okolicy jako tako turystycznego Can Tho, podobało nam się, bo wszystko było nowe i pasjonujące, to w pobliżu Chau Doc delta przeszła samą siebie.

Z pewnością, jeśli ktoś tylko ma możliwość i z Wietnamu wybiera się do Kambodży, jednym z najlepszych sposobów przekroczenia granicy jest wybranie się łodzią z Chau Doc do Phnom Penh w górę Mekongu. Za 10 dolarów mamy gwarantowaną podróż przez tętniące życiem wioski na wodzie, osady mniejszości narodowych i możliwość obserwowania prawdziwego życia delty.

Oprócz tego w wartym zobaczenia Hoi An – mieście krawców, na zamówienie można zrobić sobie dowolny ciuch od luźnych azjatyckich spodni po garnitury prosto od Armaniego. A wszystko najtaniej w Azji.

Klimat

Kształt kraju i wysokie góry sprawiają, że klimat jest bardzo różnorodny i cały rok jest dobry na Wietnam. W czasie naszej zimy przyjemne, 30-stopniowe temperatury panują w delcie, gdzie dodatkowo praży słońce, ale jest zdecydowanie za zimno na góry północy i kąpanie się w Halong Bay. Już w położonym na Płaskowyżu Centralnym Dalat, noce były bardzo chłodne. Jednak w dzień temperatura idealna – 22-27 stopni.

Z kolei na wybrzeżu środkowym, od Hue do Nha Trang, wbrew teorii, w styczniu w ogóle nie było słońca i bardzo dużo padało. I to nie monsunowo, przez 2 godziny dziennie, a potem skwar, a polsko-jesiennie, przez cały dzień delikatnie siąpiło.

Przykładowe ceny

Wietnam jest tani, choć trzeba ostro się targować. Wietnamczycy lubią zdzierać z turystów, szczególnie w miejscach często odwiedzanych. Podobnie jak w całej Azji Południowo-Wschodniej, zawsze cenę trzeba ustalić przed skorzystaniem z jakichkolwiek usług czy produktów.

Noclegi w Wietnamie jak do tej pory biją wszystkie inne kraje na glowę. Za 140-200 tys. dongów (7-10 USD) można dostać fantastyczny pokój z czystą pościelą, pachnącymi ręcznikami, prywatną łazienką, gorącym prysznicem i darmowym Wi-Fi. Darmowy Internet w Wietnamie to standard i niemal w każdym hotelu w mieście i co drugiej knajpie mamy dostęp przynajmniej do 3-5 darmowych, niezabezpieczonych sieci Wi-Fi.

Wynajęcie skutera – najtaniej Hoi An – 60 tys. dongów, najdrożej Buon Ma Thuot – 100 tys. dongów.

Bezdroża Płaskowyżu Centralnego

Jedzenie – zupka Pho w ulicznym barze zazwyczaj z zestawem sałatek – 15 – 30 tys. dongów, wyśmienite bagietki z sałatkami i jajkiem sadzonym/wędlinami/mięsem na ulicznych straganach – 6-10 tys. dongów, Hot Pot dla dwóch osób z owocami morza – 80 – 100 tys. dongów, 1,5 l wody – 10 tys., piwo (najlepszy zielony Saigon) – 20 tys., shake owocowy (z mlekiem – rzadkość w Azji) – 12-20 tys.

Nocna podróż autobusem – 200-280 tys.

Wynajęcie łodzi w Can Tho na pół dnia (dla 5-6 osób) – 400 tys. dongów (początkowa stawka – 10-12 USD za osobę). Najlepiej w ogóle nie wdawać się w dyskusję z pośrednikami kręcocymi się przy hotelach i od razu udać się na nabrzeże. Pośrednicy, inkasując 1 mln dongów, płacą grosze zubożałym właścicielom łodzi. Skracając łańcuch, przekazujemy pieniądze tam, gdzie trzeba i płacimy połowę mniej.

Azjatyckie spodnie i sukienki w Hoi An – 50-140 tys. dongów (bez targowania 2 razy więcej) w zależności od gatunku i ilości materiału.

Nasze średnie wydatki na 2 osoby wynosiły 750 tys. dongów, czyli ok. 40 USD dziennie.

Ciekawostki i zachowania

W naszych pierwszych odczuciach po przylocie z Filipin, że Wietnam jest podobny do Chin, nie mogliśmy bardziej się pomylić. Wietnamczycy są pomocni, uczynni, radośni i otwarci.

Uwielbiają, gdy zagada się do nich po wietnamsku. Warto nauczyć się chociaż zwrotów grzecznościowych i liczebników – znacznie skraca to targowanie.

Poza tym Wietnamczycy to bardzo dumny i waleczny naród. Są pod tym względem nieco podobni do Polaków. Ich ducha narodowego nie zdołała złamać 1000-letnia (słownie: TYSIĄCLETNIA) okupacja chińska w średniowieczu, są jedynym narodem, który pokonał i upokorzył Amerykanów, w 1978 wyzwolili Kambodżę od Czerwonych Khmerów i w tym samym roku w 17 dni pokonali Chińczyków, którzy oczywiście musieli pospieszyć reżimowi Pol Pota na pomoc.

Dumne twarze Wietnamu

Wietnamczycy słabo znają angielski, ale zawsze próbują pomóc. W ostateczności zaprowadzą nas za rączkę do szukanego miejsca. Jeśli mówimy kobiecie w hotelu, że 12 dolarów to dla nas stanowczo za drogo, a ona nie może bardziej zejść z ceny, to najprawdopodobniej wskaże nam drogę do tańszego, przyzwoitego miejsca.

Zazwyczaj nie mają nic przeciwko, gdy robi im się zdjęcia. Choć jak zwykle, warto zapytać, by wzbudzić jeszcze większą sympatię. Pokazywanie im wykonanych zdjęć może konkurować jedynie z tym, z czym aktualnie spotykamy się w Birmie. Radości nie ma końca.

.

P.S. Zdjęcia z Wietnamu są do obejrzenia w galeriach.

Delta Mekongu, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam
Paskowyż Centralny, Wietnam

P.P.S. A dla wytrwałych, którym udało się przebrnąć przez caaaaaaały wpis – nagroda. Trzy świeżo zmontowane filmiki z Tajlandii. Do obejrzenia we wpisie o Tajlandii oczywiście.

.

Z pamiętnika podróżnika – Birma cz. 1

10.02 – Yangon

W Birmie faceci chodzą w spódnicach, wszyscy noszą maseczki na twarzy, a kraj ten cywilizacyjnie leży zdecydowanie bliżej Indii niż Tajlandii i Chin.

Po wczorajszym rozpoznaniu terenu, dziś pierwsze akcje z wymianą pieniędzy na ulicy. Birma objęta jest ścisłym embargiem handlowym, więc nie ma tu m.in. ani międzynarodowych banków, ani żadnych bankomatów. Walutę wymieniać trzeba na czarnym rynku, bo oficjalny kurs państwowy to 7 kyatów za 1 dolara. Tymczasem realny kurs czarnorynkowy to obecnie 820-850 kyatów za 1 dolara – oczywiście w momencie wymiany nieskazitelnych banknotów 100-dolarowych. Mniejsze nominały i banknoty choćby lekko zagniecione to kurs rzędu 800-840 kyatów. Co ciekawe, miejscowe kyaty w większości wyglądają jak przerzuta makulatura i nikomu to nie przeszkadza.

Psu z gardła, czyli birmańskie kyaty w dobrym stanie

Psu z gardła, czyli birmańskie kyaty w dobrym stanie

W Yangonie we wszystkich turystycznych miejscach kręcą się cinkciarze i oszuści, z daleka wypatrujący turystów. Ustalenie aktualnego kursu nie jest łatwe (jeszcze w zeszłym roku wynosił on np. 1000 kyatów za 1 dolara) i zajęło nam dobrą godzinę. W międzyczasie mieliśmy kilka przejść z ulicznymi cinkciarzami, którzy oferując kursy 900 kyatów za 1 dolara próbowali na nas wszystkich sztuczek rodem ze Sztosu. Przetrzymaliśmy próby podmiany pliku przeliczonych kyatów, kwestionowania numerów seryjnych dolarów w celu przechwycenia i podmiany banknotu (zapewne na fałszywy) czy sztuczny tłok. Jak się okazuje, dolary najlepiej wymienić na Bogyoke Market w centrum miasta, gdzie operują rzetelni detaliści i hurtownicy. Do hurtowników ciężko trafić, a można ich znaleźć na piętrze, gdzie oficjalnie zajmują się handlem kamieniami szlachetnymi (aktualny kurs u hurtowników to 870 kyatów za dobre 100-dolarówki i 860-850 za lekko zagniecione).

Najwyższy birmański nominał to 1000 kyatów, czyli około dolara, co znowu oznacza noszenie reklamówki pieniędzy

Najwyższy birmański nominał to 1000 kyatów, czyli około dolara, co znowu oznacza noszenie reklamówki pieniędzy

Oprócz cinkciarzy Birmańczycy to przemili ludzie. Zapowiada się piękna przygoda.

P.S. Jak się okazuje, męskie spódnice to „longyi” – tradycyjny birmański strój w stylu indonezyjskich sarongów, zapewniający przewiew w nogawkach latem i ciepło podczas zimowych wieczorów.

A maseczki, które non-stop nosi ponad połowa społeczeństwa to „thanakha” – sproszkowana kora drzewna, zapewniająca gładką skórę, chroniąca przed słońcem i posiadająca właściwości wybielające (podobnie jak 90% kosmetyków w Azji).

12.02 – Yangon

W drodze na dworzec naszą ciekawość wzbudziły plakaty promocyjne birmańskiej Pierwszej Ligi w piłkę nożną. Gdy studiowaliśmy billboard, zagadnął nas przemiły Birmańczyk. Przegadaliśmy z pół godziny o jego pracy w Singapurze, losie mniejszości narodowych w Birmie, wyjazdach za chlebem, nielegalnym przekraczaniu granicy do Tajlandii, itp.

Ale najsmutniejszy był fragment dotyczący piłki nożnej. Podobnie jak Tajowie, Wietnamczycy czy Khmerzy, Birmańczycy żyją footballem. Z braku sukcesów narodowych, wszyscy pasjonują się Ligą Mistrzów i europejską piłką klubową. Po raz kolejny podczas naszej podróży, padło więc pytanie o polskie drużyny i najlepszego polskiego piłkarza. Czasy, gdy nazwisko Jerzy Dudek komuś coś mówiło, a niejednokrotnie padało nawet jako niewspomagana znajomość marki, niestety dawno już minęły.

Teraz w takich sytuacjach pozostaje mi jedynie pytać: „A jak nazywa się najlepszy piłkarz Birmy/Kambodży/Wietnamu?”

Przez rozmowę z kolejnym niewybrażalnie wręcz miłym Birmańczykiem, omal nie spóźniliśmy się na 16-godzinną nocną podróż autbusem. Całe szczęście ostatecznie się udało, dzięki czemu m.in. Paula „przeczytała” pierwszą książkę podczas naszego wyjazdu. Audiobook Agathy Cristie, ale na początek dobre i to.

A oprócz tego pierwszy naprawdę smaczny posiłek birmański, a także podświetlane fontanny i piękne wille przy turystycznej drodze. To popisówa reżimu przed turystami. Stary numer, ale miło patrzeć, że się starają.

Dziś na dobre polubiłem Birmę.

Szeroki uśmiech i thanakha na twarzy - birmańska wizytówka

Szeroki uśmiech i thanakha na twarzy - birmańska wizytówka

13.02 – Kalaw

O 3 w nocy na dworcu wypatrzyła nas 10-letnia dziewczynka. Codziennie o tej porze czatuje na nielicznych turystów w nadziei namówienia ich na nocleg w jednym z hoteli, od którego otrzyma znikomą prowizję. A hotel wzięliśmy. Jak się miało okazać następnego dnia, najkorzystniejsza opcja w mieście – 5 dolarów za 2 osoby ze śniadaniem.

W ciągu kolejnych kilku dni dziewczynka będzie próbowała namówić nas na zorganizowany treking z jednym z zaprzyjaźnionych przewodników, od którego zapewne również otrzymałaby kilka groszy.

Podczas naszego 5-dniowego pobytu w Kalaw wielokrotnie z nią rozmawialiśmy, próbując ustalić m.in. czy i gdzie są jej rodzice. Ci dziwnym trafem za każdym razem albo byli na trekingu z jakimś turystą, albo w sąsiednim mieście na zakupach, albo w rozjazdach. Tymczasem jej dzień za każdym razem wygląda tak samo.

Dzieci Birmy

Wstaje o 2:30, by czatować na autobus z Yangon, który przyjeżdża zazwyczaj między 3 a 5 i czasem ktoś z niego wysiada. Następnie wraca do łóżka, by na 8 wstać do szkoły. Kończy lekcje w sam raz, żeby biegiem zdążyć na drugi autobus, przejeżdżający przez miasto ok. 14-15. Potem obiad, organizacja ewentualnego trekingu, itp. A w tym wszystkim jest jeszcze jej młodszy, 6-letni brat, który włóczy się za nią w dzień.

W ciągu tych kilku dni, które spędzimy w Kalaw, wielokrotnie będziemy zastanawiać się nad jej losem i niby nie-pracą, kwestionując korzystanie z jej usług. Lecz z drugiej strony, co byłoby, jeśli nikt przez kilka kolejnych dni nie weźmie poleconego pokoju ani nie pójdzie na treking?

Azjatyckie błędne koło.

.