Monthly Archives: Styczeń 2011

Z pamiętnika podróżnika – Kambodża

Ze względów socjalnych i logistycznych tym razem w Kambodży zabawiliśmy jedynie tydzień. Tym razem, ponieważ jasne jest, że po Tajlandii i Birmie wrócimy tu na dłużej, żeby spróbować zrozumieć ten arcyciekawy kraj. A póki co urywki z końca Wietnamu, środka Kambodży i początku Tajlandii.

rynek w Chau Doc15.01 – Can Tho, Chau Doc

Na śniadanie szczur. Trzeba przyznać, że bardzo dobry, choć nie aż tak jak wczorajszy wąż. Mięso lekkie i delikatne, ale raczej nie zagości w moim menu na dłużej, bo dłubaniny z kośćmi co nie miara. No i podobnie jak w przypadku węża trudno stwierdzić czy danie takie wyborne z powodu mięsa czy po prostu sposobu przyrządzenia. Również na słodko, z imbirem, chili, limonką i dalekowschodnią zieleniną.

Poza tym nic specjalnego. Trzy godziny dojazdu do Chau Doc i aklimatyzacja w nowym miejscu. Organizacja obozu, ryneczki, te sprawy.

18.01 – Phnom Penh

Przygnębiający dzień. Śladem zbrodni Czerwonych Khmerów. Muzeum Toul Sleng i Pola Śmierci. Poruszające.

Podczas 3 lat rządów Czerwonych Khmerów zginęło ok. 2-3 mln osób, czyli 25% ludności Kambodży

Ale za to wieczorem na głównym placu byliśmy świadkami niezwykłych pokazów tanecznych. Na skwerze gromadzą się liczne grupy od kilkunastu do ponad stu osób i z własnym wielkim nagłośnieniem ćwiczą muzyko-aerobik. Ot, takie tańce synchroniczne w środku miasta. Wiele grup jest naprawdę dobrych.

Dziś młoda Kambodża żyje czym innym niż przedłużające się w nieskończoność procesy Czerwonych Khmerów.

19.01 – Phnom Penh, Siem Reap

W autobusie przez 6 godzin melodramatyczne, rzewne i słodkie do bólu karaoke. Azja Południowo-Wschodnia w pełnej krasie. Po trzech godzinach nawet się wciągnęliśmy. No i iPod. Nawet trudno sobie wyobrazić, jaką frajdę sprawia słuchanie polskiej muzyki podczas tak długiej nieobecności w kraju.

mnisi buddyjscy

Za to podczas postojów na prowincji pełen folklor. Karaluchy smażone na głębokim tłuszczu i pająki w typie Tarantuli. Przyznam, że smaku karaluchów prawie nie czuć. Początkowo raczej mają teksturę i chrupkość czipsów niż jakiś określony smak. Dopiero po przeżuciu pojawia się jakaś dziwna, prawdopodobnie chitynowa, nuta smakowa – zgoła nieciekawa. No i później, przez jakieś dwie godziny nieapetycznie odbijają się wysmażone pancerzyki.

Za to pająk znacznie lepszy. Na słodko, też dobrze wysmażony, drobne owłosienie na kończynach prawie niewyczuwalne (ze specjalną dedykacją dla Mikiego filmik ze spożywania:)

Obie potrawy polecane raczej dla poszukiwaczy niecodziennych doznań niż smakoszy. Smak poprawiłem świeżym ananasem.

A cały wieczór przegadaliśmy z koleżanką z liceum, która onegdaj zaginęła w Azji. Dziś uczy tutaj angielskiego, zakochana w azjatyckim tempie życia, gdzie nie musisz mieć, żeby być. Podobnie jak wielu innych, z Cywilizacji Zachodu wygnała ją gonitwa za posiadaniem. A ściągnęły świeże kokosy, hamak i szczery uśmiech dzieci bawiących się patykiem.

21.01 – Siem Reap

Jeden z najdłuższych dni do tej pory. Angkor pochłonął nas od świtu do zmierzchu i wyjątkowo zauroczył. Najciekawsze świątynie to w naszym mniemaniu – Ta Phrom, gdzie dżungla upomniała się o swoje dziedzictwo i bezwzględnie odbiera sobie należną ziemię oraz Bayon – w pełni pokazująca majestat i potęgę Imperium Khmerów, gdzie 216 kilkumetrowych twarzy Buddy dumnie patrzy na 2 miliony turystów rocznie.

Świątynia Ta Phrom dzięki Tomb Raiderowi nazywana również Świątynią Angeliny Jolie

W jednej ze świątyń zagadnął nas tajski mnich, też tutaj turystycznie i równie jak my urzeczony. Przegadaliśmy szmat czasu, zgłębiając tajniki klasztornego życia, religii i tajskiej codzienności. Doskonały prognostyk przed rozpoczynającą się już jutro tajską przygodą.

Jednak najbardziej poruszającą rozmowę przeżyliśmy wieczorem w restauracji. Okazało się, że obsługujący nas 20-letni kelner pracuje w Siem Reap, żeby zarobić na szkołę i jednocześnie utrzymuje rodzinę na wsi. Wydawać by się mogło, że historia jakich wiele, bo niemal wszędzie w Azji edukacja jest płatna i najczęściej bardzo droga. Rozmowa zaczęła się niewinnie, bo chłopak chciał się po prostu dowiedzieć, ile może kosztować niewielki laptop – taki jak nasz. W tym roku skończy liceum i chciałby uczyć się dalej. Ma jednak nikłe szanse na uzbieranie 50 USD miesięcznie na opłacenie studiów. Jego wymarzonym kierunkiem byłaby informatyka, stąd marzenia o komputerze, którego prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie miał. Póki co stara się wysyłać pieniądze rodzinie na wsi.

Problemy dnia codziennego mieszkańców Azji nie są wydumane. Szczere, radosne, lecz mimo wszystko zatroskane oczy tego chłopaka zostaną z nami chyba na zawsze.

Ile wart jest jeden dolar?

23.01 – Bangkok

Dziś Pałac Królewski i ping pong show.

Dzielnica „czerwonych latarni” Patpong stała się jednak czymś na kształt cyrku dla turystów, gdzie po zmroku ściągają setki spragnionych wrażeń obcokrajowców. Tajowie tymczasem golą ich aż miło. Prawdziwe kluby „tajskiego masażu” poprzenosiły się najprawdopodobniej w inne okolice, a na Patpongu naciąganie trwa w najlepsze. Naprawdę ciężko nie paść ofiarą jakiegoś przekrętu. Nam się nie udało.

Chętni zobaczyć ping pong show, czyli partyjkę pingla z waginą ściągają w szemrane rejony, gdzie wprawieni naciągacze zawyżają rachunki i zaciągają naiwnych turyściaków do podstawionych melin wyspecjalizowanych raczej w przekrętach niż w go-go.

A pałac jak to pałac – imponujący. Dziewczyny powalił na kolana – a mnie średnio, bo było gorąco i kazali założyć mi długie spodnie.

(Uwaga redaktorska – sczytanie prototypu pamiętnika przez tym razem czworo damskich oczu, zaowocowało buntem wobec niewystarczającego majestatu pałacu. A zatem:).

Pałac jest niewybrednie majestatyczny. Niemal wszystkie wieżyczki, stupy i świątynie zdobione są szczerym złotem. Ich majestat onieśmiela nawet największych laików, a majestatyczne dekoracje, skądinąd wszystkie z mozołem ręcznie wykonane, powalają swoim majestatem. No i kazały jeszcze dopisać o złocie. Złoto, złoto, złoto. Warto zabrać okulary. Naprawdę.

demony z tajskiej mitologii strzegą pałacu, a jeśli coś ukradniesz, będą Cię prześladować w nocy

Ciekawostka: Szmaragdowy Budda, znajdujący się w głównej świątyni pałacu, wykonany z jednego kawałka jadeitu (nota bene naprawdę ciekawa historia, o której warto więcej poczytać) w ciągu roku przyobdziewany jest w trzy różne ubranka – na lato, zimę i porę deszczową. Jako że obecnie trwa tajska zima i mamy zaledwie 32 st. Celsjusza, Budda obleczony jest szczerozłotym kubraczkiem, żeby nie zmarzł.

24.01 – Bangkok

Relaks. Parki, ambasada Birmy (mówiłem już, że w lutym lecimy na miesiąc do Birmy?), straganowe przysmaki, itp.

Informacja dnia – dziewczyny zakupiły niezłe bransoletki.

Z innej beczki – kubełki tajskiej whiskey z colą (25 zł) to świetny wynalazek. I pomagają pisać pamiętnik.

w ferworze walki z myślami podczas procesu twórczego

Informacja dnia 2 – w Parku Lumphini w jeziorach pływają półtorametrowe legwany, dwucentymetrowe mrówki gryzą do krwi, a Tajowie grają w takraw, czyli siatkonogę – najbardziej widowiskowy sport, jaki udało nam się do tej pory zaobserwować.

bardzo popularny w Tajlandii takraw, czyli siatkonoga (mają tu nawet mistrzostwa)

.

P.S. Zapraszamy do galerii z Angkoru.

Angkor, Kambodża

P.P.S. Udało nam się również wrzucić w eter filmik z delty Mekongu zawierający m.in. relację z farmy pangi na rzece – do obejrzenia w poprzednim wpisie.

.

Reklamy

Wodny świat

Delta Mekongu to plątanina niezliczonych odnóg rzecznych, tysięcy pól ryżowych, a przede wszystkim kraina ciepłych i przyjaznych mieszkańców wietnamskiego południa. Warto zostawić sobie ładnych kilka dni na dogłębne poznanie tego regionu. To tu bije serce Wietnamu.

Życie w delcie

Jest to najbardziej żyzny i życiodajny region Wietnamu. Rocznie uprawia się tu więcej ryżu niż w Japonii i Korei razem wziętych, co sprawia, że Wietnam jest drugim po Tajlandii największym eksporterem ryżu na świecie.

Pływając przez naczynia włosowate

Co ciekawe, poruszając się po delcie ma się raczej wrażenie, że jest to ogromny staw rybny albo małe państwo wyspiarskie niż wielka fabryka ryżu. Do wielu miejscowości łatwiej dopłynąć łodzią niż dojechać lądem, a do niektórych przez większość część roku można dostać się wyłącznie niewielką łodzią wiosłową.

małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Małe łódki wiosłowe zastępują tu zarówno skutery jak i TIRy

Na obszarze delty Mekong dzieli się początkowo na dwie główne gałęzie, a następnie na 9, z których każda jest znacznie większa niż Wisła pod Toruniem. Ponadto wszystkie odnogi rzeczne połączone są siecią naturalnych, poprzecznych kanałów i kanalików, tworzących jeden wielki system kapilarny, rozprowadzający życie po tym wielkim organizmie.

W pobliżu wielu dużych miast, np. Can Tho, Vinh Long czy Ben Tre codziennie rano odbywają się targi na rzece, gdzie hurtownicy wszelkiego rodzaju produktów, od ananasów po cement, cumują swoje wielkie łodzie w oczekiwaniu na drobnych handlarzy, którzy rozprowadzą towar po mniejszych odnogach rzeki.

dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Dumny i uśmiechnięty - taki jest przeciętny Wietnamczyk

Życie na wodzie

Trudno to sobie wyobrazić, ale pierwsi Wietnamczycy zaczęli pojawiać się w delcie Mekongu dopiero 300 lat temu, a region został na dobre przejęty przez Wietnam dopiero 200 lat temu. Wcześniej delta należała do Imperium Khmerów i do dzisiaj przez część Kambodżańczyków określana jest mianem Dolnej Kambodży. Dziś po Imperium Khmerów nie ma już śladu, a o wielkiej przeszłości przypomina tylko niewielka mniejszość etniczna Khmerów Krom.

Większość osad w delcie zbudowana jest na wałach rzecznych, które zapobiegają przelewaniu się rzeki i wlewaniu nanosów błotnych. Są jednak i takie wsie, które po prostu unoszą się na wodzie. Ze względu na znaczne wahania poziomu rzeki w ciągu roku, poszczególne domy budowane są na pływających platformach, zacumowanych po prostu w jednym miejscu. Na takiej platformie często znajdzie się miejsce zarówno na niewielki kurnik, jak i mały ogródek.

pieskie życie na wodzie

Z kolei pod podłogą znajdują się wielkie klatki, w których hoduje się ryby na eksport. Sum rekini, w Polsce lepiej znany jako panga, idealnie spełnia tutejsze wymagania. Szybko rośnie i karmiony przemysłową paszą niewiadomego pochodzenia o bliżej nieznanym składzie, w ciągu 6 miesięcy osiąga rozmiary pozwalające na sprzedaż. W jednej farmie znajduje się ok. 50 000 ryb.

pływająca wioska

Co tam, panie, w polityce?

Chińczyki trzymają się nad wyraz mocno, można by rzec. I powoli wyciągają rękę po cały region Azji Południowo-Wschodniej. Mekong wypływa z Tybetu i na ok. połowie długości płynie przez terytorium Chin.

Państwo Środka wiecznie głodne, zarówno energii, jak i ryżu, zamierza bezwzględnie wykorzystać te zasoby. Do tej pory powstało już 10 elektrowni wodnych w górnym biegu rzeki, a kolejnych 12 jest właśnie w budowie. Co to oznacza dla Wietnamu, Kambodży czy Laosu?

W 2010 r. Mekong prawie w ogóle nie wylał. Przy granicy z Kambodżą, w okolicach Chau Doc, znajduje się niewielka wioska mniejszości Chamów, którzy przybyli tu wiele wieków temu z Indonezji. Wieś zbudowana jest na szczudłach, bo wylewający w porze deszczowej Mekong, w tym miejscu podnosi poziom wody o ok. 3-5 metrów. Jej mieszkańcy na jednym z pali co roku zaznaczają poziom powodzi. W tym roku woda nie zalała nawet wioskowego klepiska i była niższa niż rok temu o ponad 2 metry.

Petrovietnam - i wszystko jasne

Płynąc przez deltę w Wietnamie, najczęstszy słyszany dźwięk to odgłos pomp wodnych, nieustannie pompujących wodę na pola uprawne.

Podobnie jest w Kambodży. Wielu mieszkańców Phnom Penh w tym roku musiało wrócić na wieś, żeby po prostu pilnować pomp wodnych, uzupełniać w nich paliwo i zajmować się ich konserwacją. Jezioro Tonle Sap w środkowej Kambodży, największy zbiornik słodkiej wody w Azji Południowo-Wschodniej to źródło ryb dla 1/3 mieszkańców tego kraju. Połączone jest ono z Mekongiem rzeką, która w porze suchej wypływa z jeziora i zasila Mekong, a w porze deszczowej zmienia swój bieg i płynie do jeziora podnosząc jego poziom o 3 metry. W tym roku rzeka płynie tylko w jedną stronę. Zapewne podobne problemy występują w Laosie, czego nie omieszkamy sprawdzić.

sram na Chińczyków i wielką politykę

"Sram na Chińczyków i wielką politykę"

Chińczycy często pogardliwie odnoszą się do Wietnamczyków mianem „Ci, którzy się wywinęli”, mając na myśli tysiącletnią kolonizację tego kraju, a następnie niefortunne wybicie się Wietnamu na niepodległość.

Za 30-50 lat Wietnam, Kambodża i Laos będą prawdopodobnie zupełnie uzależnione od Chin. O ile wcześniej nie staną się po prostu kolejną prowincją Wielkiego Smoka. Wystarczy zakręcić kurek Mekongu.

.

P.S. Zdjęcia z delty Mekongu dostępne są już w naszej galerii.

Delta Mekongu, Wietnam

P.P.S. A na koniec krótki filmik z życia codziennego w delcie oraz relacja z farmy rybnej, czyli dlaczego nie należy jeść pangi.

.

.

Blog Roku – dziękujemy

Serdecznie dziękujemy wszystkim blogoczytaczom, którzy oddali na nas głosy w konkursie na Blog Roku. Niestety konkurencja okazała się potężna i nie udało nam się zakwalifikować do kolejnej rundy.

Nasze krwawiące serca zaleczyliśmy już potężną dawką piwa Angkor, która miejmy nadzieję pomoże nam przetrzymać nocną podróż dwoma autobusami ze Siem Reap do Bangkoku.

W podziękowaniu za wszystkie głosy, jakie na nas oddaliście, jeszcze dzisiaj obiecujemy nowy wpis.

.

P.S. A Blog Roku również i dla nas okazał się mieć dobre strony, bo odkryliśmy jeden bardzo ciekawy blog podróżniczy.

.

Scenariusz nienapisanych wpisów – Filipiny

W dzisiejszym odcinku nie piszemy o Filipinach, czyli (prawie) wszystko, co jeszcze chcielibyśmy Wam o nich opowiedzieć, ale się nie zmieściło.

W rytmie tańca i różańca

Filipińczycy to najweselsi i najbardziej rozśpiewani ludzie, jakich do tej pory spotkaliśmy. Wpływy hiszpańskich kolonizatorów widać na każdym kroku, a wyspiarski charakter kraju sprawił, że na obrzeżach Azji mamy małą Amerykę Łacińską. Wszystko jest tu na jutro, rum leje się jak deszcze zenitalne, ludzi zajmuje jedynie kwestia, jaką rybę włożyć dzisiaj do garnka i gdzie można dobrze potańczyć.

no problem, bracie

Bo właśnie taniec i śpiew wyróżnia Filipińczyków. Śpiewają wszyscy. W samolocie kobieta kilka rzędów dalej próbuje przekrzyczeć swojego iPoda, kierowca jeepneya wtóruje radiowym przebojom, a zwykli przechodnie podśpiewują reggae. Sprawa karaoke, które w całej Azji Południowo-Wschodniej bije rekordy popularności, tu jest doprowadzona niemal do karykatury. Przed co drugim barem głośniki wystawione są na zewnątrz, aby śpiewające talenty zwabiły jeszcze więcej amatorów zabawy. O dziwo dobry śpiew słyszy się baaaaaaaardzo rzadko, ale nikomu to nie przeszkadza. Nie o to chodzi w końcu chodzi, aby ładnie śpiewać, ale bawić się.

A w niedzielę wszyscy razem na mszę. Niemal jak w Polsce, choć tutaj wszyscy w klapkach. I odmiennie niż nad Wisłą, Bóg króluje też w życiu codziennym. Najczęstsze napisy jakie widzi się na jaskrawo wymalowanych jeepneyach to „Jezus Cię kocha” albo „Bóg Cię zbawi”. Każdy kierowca ma małą Maryję lub innego świętego przy kierownicy, których regularnie pociera przed rozpoczęciem jazdy i co większym zakrętem.

Jeepney - oryginalna mieszanka graffiti, dewocjonaliów i dobrej zabawy

W życiu codziennym hasła typu „Bóg Cię przysłał”, „jeśli Bóg pozwoli” czy „dzięki Bogu” wypowiadane są niezwykle często i co najważniejsze zawsze świadomie i z głębokim przeświadczeniem o ich doniosłości. Niemal jak arabskie „Inszallach”.

Do tego 95% Filipińczyków mówi po angielsku, który, ze względu na zażyłe stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jest tu niemal drugim językiem narodowym. Ogólnie rzecz biorąc, niezwykle barwny i przyjemny kraj do podróżowania. A jego mieszkańcy z dumą mówią, że kochają swój kraj, bo tu wszystko wolno.

Gdzie diabeł mówi dzień dobry

Filipiny to łańcuch ponad 7000 wysp pochodzenia wulkanicznego. Na archipelagu znajduje się około 400 wulkanów, z których 26 jest czynnych, a większość z nich bardzo groźnych. Swoją drogą wulkan uważany za nieaktywny również może się nagle przebudzić, jak to miało miejsce w przypadku Pinatubo w 1991 roku.

Wulkan Pinatubo nieopodal Manili jest monitorowany 24 godziny na dobę, bo jego wybuch w 1991 r. był drugą najpotężniejszą erupcją w XX wieku. Mimo ewakuacji 60 000 osób, w wyniku wybuchu zginęło ponad 800 osób, głównie w wyniku zawalenia się dachów pod ciężarem popiołów wulkanicznych w promieniu kilkuset kilometrów od wulkanu.

Najwyższy na Filipinach, niezwykle widowiskowy Mt. Mayon niedaleko Legazpi ma kształt idealnego wręcz wulkanu o stokach nachylonych pod kątem 45-50 stopni. Ten z kolei pluł lawą chociażby rok temu, co można było bezkarnie obserwować w promieniu kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrów. Szkoda, że nie udało nam się tego zobaczyć.

Wiele wulkanów jest zbyt groźnych, żeby się na nie wspinać, ale na co poniektóre, jak na przykład wulkan Taal 2 godziny drogi od Manili, można śmiało się wdrapać. Ten wybuchł ostatnio w latach 70-tych i choć na razie nic nie zapowiada większej aktywności, w środku gotuje się jezioro siarkowe i dymią fumarole. Przepiękna sprawa.

Wulkan Taal

Warto dodać, że wulkan położony jest na pokaźnym jeziorze, z którego majestatycznie sie wynurza, w swoim wnętrzu prezentując kolejne jezioro. Co ciekawe samo jezioro zewnętrzne też jest jedną wielką kalderą, czyli pozostałością po wulkanie, który wybuchł w starożytności, pozostawiając po sobie wielką dziurę w ziemi.

a na szczycie czekają świeże kokosy

A wokół wulkanów tętni życie, bo żyzne gleby wulkaniczne zapewniają świetne zbiory i od tysięcy lat przyciągają nowych ryzykantów.

Otwarte więzienie – resocjalizacja przez pracę

Największy tego typu eksperyment na świecie. Położone na uboczu na przestrzeni kilkudziesięciu hektarów otwarte więzienie, w którym znaczna część z ponad 2300 więźniów może poruszać się swobodnie. Co więcej, niektórzy z osadzonych w nagrodę za dobre zachowanie mieszka tu wraz z rodzinami w niewielkich domkach we wspólnej więziennej osadzie.

więźniowie przy pracy

Rytm dnia wyznacza tu praca w polu, do której zobowiązani są wszyscy osadzeni. Nieliczni strażnicy pilnują porządku, ale ekscesy się nie zdarzają, bo po pracy może być i koszykówka, i tenis. Można też wyrabiać drobne gadżety z drewna, które następnie chętnie kupi odwiedzający placówkę nieczęsty turysta. W ten sposób do niewielkiej pensji, która starcza na papierosy, więźniowie mogą dorobić sobie nawet 1000 peso (70 zł), co z nawiązką wystarczy na wystawny więzienny żywot.

na spacerniaku w więzieniu Iwahig

Przyznam, że to nieco dziwne uczucie przechadzać się po wiosce, w której większość mieszkańców ma na t-shircie napis „Osadzony” i odsiaduje wyroki od kilku do kilkudziesięciu lat, w większości za morderstwa, gwałty czy napady.

Nie uciekają, bo i po co. Mają tu dach nad głową, pełną michę, mogą mieszkać wraz z rodziną, a wyspa położona jest na tyle daleko od cywilizacji, że nawet turystom ciężko jest zorganizować stąd ucieczkę.

Podziemna rzeka

Główna atrakcja Palawanu i jedna z najważniejszych na całych Filipinach. Filipińczycy dumni są z niej jeszcze bardziej niż Komitet Noblowski z Baracka Obamy. Najchętniej chcieliby, żeby uznać ją za ósmy cud świata, na potwierdzenie czego zjeżdżają tu jak Polacy na Jasną Górę. Rocznie to miejsce odwiedza ponad 150 tys. Filipińczyków i ok. 40 tys. obcokrajowców.

Trzeba przyznać, że Podziemna Rzeka to atrakcja warta zobaczenia, jeśli jest się już na Palawanie, ale nie powiedziałbym, że to najciekawsza rzecz na wyspie. W rzeczywistości jest to 8-kilometrowa rzeka wijąca się widowiskowo przez jaskinię na odcinku ponad 8 km. Turystyczne łodzie mogą wpłynąć jedynie ok. 3 km wgłąb jaskini, ale widoki i tak są majestatyczne, od kilkunastometrowych stalaktytów i stalagmitów, po stada nietoperzy.

podziemna rzeka

Niemal każda większa formacja skalna ma własną nazwę i jak na Filipińczyków przystało, musi być tu zarówno „Przenajświętsza Panienka” czy „Maryja Zawsze Dziewica”, jak i „Sexy lady” czy „Pocałunek”.

.

P.S. A w dziale ze zdjęciami można obejrzeć ostatnią już galerię z Filipin, tym razem z wyspy Luzon.

Luzon, Filipiny

.

Z pamiętnika podróżnika – Wietnam

Wy na nas nie głosujecie, ale my i tak zamieszczamy nowy wpis. Jednak zanim napiszemy coś konkretnego, kolejne zapiski z pamiętnika.

4.12 – Dalat, Buon Ma Thuot

Nie chciało nam się wstawać na autobus na 8 rano ani czekać na kolejny o 14, więc około południa wyruszyliśmy stopem.

Wbrew zapowiadanym trudnościom dojechaliśmy bez problemu, choć na 4 tury. Przebycie 200 km zajęło nam 7 godzin (głównie z powodu stanu drogi z Dalat do BMT), z tego ostatnich 140 km w rozpadającym się minivanie marki Datsun, któremu ani razu nie udało się przekroczyć 50 km/h. Choć usilnie próbował, skutecznie nas podtruwając. A gdy się ściemniło, co i rusz wyłączały mu się światła. Dwaj Wietnamczycy, którzy nas wieźli, mieli niezły ubaw – zdaje się, że z nas i naszej autostopowej przygody. Przyjechała para Europejczyków, zachciało im się stopa, więc przez 5 godzin gnietli się z jakimiś palnikami i workami kapusty, przyklejeni do siedzeń, gdzie rytmicznie obijali głową sufit.

praca w polu wreZ innych atrakcji po drodze – plantacje kawy, wioski mniejszości etnicznych, pola ryżowe, itp. Jutro jedziemy badać teren na motorze.

Buon Ma Thuot na razie rewelacja. Spore miasto, ale zero turystów, fajny klimacik i wszystko pół darmo.

Aha, gdy przysypiałem w Datsunie, ze snu wyrwał mnie piorun, który we mnie trafił. A to tylko moja fotoreporterska żona zrobiła mi zdjęcie z lampą.

5.01 – Buon Ma Thuot

Jeden z tych dni, które na długo zostają w pamięci. Rano wyruszyliśmy przed siebie na skuterze w bez celu gnani wiatrem. Jechaliśmy przez wioski i miasteczka, próbując rozmawiać z Wietnamczykami. Wjechaliśmy m.in. na przydrożne pole, gdzie kobiety z lokalnych mniejszości etnicznych suszyły dziwne korzenie na sprzedaż. Przesiedzieliśmy z nimi dobrą godzinę, pomagając przy obieraniu i cięciu, próbując się dowiedzieć, co się z tym robi, jednocześnie wzbudzając ogólną wesołość. Po ogólnych śmichach-chichach jedna z dziewczyn odważyła się nawet zrobić nam zdjęcie telefonem komórkowym. Przeznaczenia korzeni niestety nie udało się ustalić.

biali przyszli, biali tu są!

Przez przypadek trafiliśmy również do Parku Narodowego Yok Don, gdzie połaziliśmy trochę po drzewach namorzynowych, a na koniec wylądowaliśmy w wiosce, gdzie hodują i trenują słonie. Szkoda tych pięknych zwierząt, choć ciężko stwierdzić, co można by zrobić, żeby żyło im się lepiej.

Kawa Nguyen - smakuje jeszcze lepiej niż wyglądaW przydrożnej kawiarni zaserwowali nam najlepszą kawę na świecie. Region Buon Ma Thuot słynie z kawy na całą Azję Południowo-Wschodnią, z czego początkowo nic sobie nie robiliśmy, bo kawy w ogóle nie pijamy, ale to co dostaliśmy tutaj, po prostu ścięło nas z nóg.

Już sam sposób parzenia i serwowania kawy jest bardzo ciekawy, bo parzy się ją w małych spodeczkach stawianych na szklance, z których kawa wolno skapuje do środka. I serwowana ze skondensowanym lub świeżym mlekiem jest po prostu przepyszna.

Zacieśniliśmy również więzy z restauratorami z naszej zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie na śniadanie serwują przepyszne Pho z surową polędwicą, która sparza się dopiero w zupie, a wieczorem karkówkę (dla normalnych) lub ciasto jajeczne i jajko sadzone (dla wegetarian). Niesamowite, jak w tych wszystkich odwiedzanych krajach smakują przyprawy – świeża kolendra, chińska bazylia czy jakieś inne bliżej nam nieznane odmiany aromatycznych zielenin. Wszystkie one nadają niezwykły aromat nawet najzwyklejszej zupie Pho.

8.01 – Hue

Nadal pada. Pogoda lepsza o tyle, że okazjonalne mżawki utrudniają życie, ale przynajmniej można się jako tako poruszać. Byliśmy w słynnej pagodzie Mien Thu i Cytadeli. Według mnie nic specjalnego, choć Pauli nawet się podobało.

I'm cycling in the rain, what a glorious day, na na na...

Wieczorem Hot Pot w knajpce dla Wietnamczyków, z nieustannym krzykiem (choć to w zasadzie tylko intonacja), niecodziennym smakiem i niedopałkami na podłodze. Hot Pot, czyli tradycyjne danie dla kilku osób, które przygotowuje się na stoliku. Serwowane na przenośnym palniku (a czasem na specjalnych stołach z dziurą i przenośnym piecem od spodu), na którym ustawia się większy garnek, w którym parzy się wybrane składniki, w większości nienazwane warzywa i zieleninę. Pycha.

Hot Pot miał być z owocami morza, a oprócz krewetek i kalmarów z pewnością była i wołowina. Nie wiem, może bawół wodny.

Hot Pot z bawołem wodnym

9.01 – Hoi An

Spóźniliśmy się na autobus, który przyjechał za wcześnie, ale sprawę udało się załatać i jedziemy jakimś innym Open-Tour busem. Świetna instytucja swoją drogą – kupujesz bilet otwarty na podróż wieloodcinkową przez kilka miast i wsiadasz, i wysiadasz, kiedy chcesz i jak ci pasuje, dzień wcześniej potwierdzając kolejny odjazd.

Po drodze Paula zaliczyła najbardziej widowiskową glebę jak do tej pory. O mały włos niezłamana noga i mocno obity piszczel spowodowały przemianę duchową. W stolicy krawców i mody – Hoi An od razu kupiła 3 pary luźnych spodni (łącznie 35 zł) i została trampem.

Poza tym mają tu niezłe koszulki – „same same” – hasło, które słyszy się 5 razy dziennie trafiło nawet na t-shirty. Wietnamczycy mają dystans. Cały Wietnam jest „same, same but different”.

10.01 – Hoi An

Dziś znów dzień skuterowy – piąty już w Wietnamie i trzeba przyznać, że te dni lubimy najbardziej. Fajnie byłoby kiedyś przejechać cały ten kraj na motorach. A my tymczasem coraz bardziej nakręcamy się na moto-przygodę w Ameryce Południowej (jeśli kiedykolwiek do niej dotrzemy).

zrób sobie przerwę

Rano wyruszyliśmy w kierunku ruin My Son oddalonych zaledwie o 45 km od miasta, lecz dotarcie do nich po świetnej skądinąd drodze zajęło nam dobrych kilka godzin. A to oczywiście z powodu ciągłych postojów i podpatrywania życia wietnamskiej prowincji, która wciąga jak Złotopolscy. To samo było w okolicach Buon Ma Thuot. Wystarczy przystanąć na chwilę i zaraz ktoś podchodzi. Jeśli umie, to zagaduje, a jeśli nie, to „hello” i zniewala uśmiechem. I robi się zbiegowisko.

Wszędzie tarasy ryżowe, praca w polu, małe ryneczki, na których tętni życie i przydrożne knajpki. W jednej z nich zjedliśmy płaszczkę z grilla. Pycha – bardzo delikatne rybie mięso i chrząstki zamiast ości. Zjada się wszystko razem z głową. No i właściciel straganu uczył nas zajadać ten przysmak, zawijając mięso wraz z zieleniną i warzywami w dziwnych twardych plackach ryżowych, które stawały się miękkie po zamoczeniu w wodzie.

straganowe przysmaki - płaszczka z grilla

Same ruiny cywilizacji Chamów takie sobie – niewiele z nich zostało, a największe wrażenie robi otaczająca i pochłaniająca je dżungla. Faktycznie nieprzyjemne miejsce do toczenia walki partyzanckiej z Viet-Congiem. Ale oczywiście wybrać się tutaj warto zarówno dla ruin, jak i przede wszystkim dla okolicznych wiosek.

Z kolei świeży ananas z lokalnego rynku staje się powoli codzienną rutyną. Pieką nas już języki, ale dzielnie zamierzamy brnąć dalej.

11. 01 – Hoi An

Dobrze że zostaliśmy dłużej. Początkowo planowaliśmy spędzić tu tylko 2 dni, ale już pierwszego dnia po krótkim spacerze od razu postanowiliśmy przełożyć bilet na 11. stycznia. A i to tylko dlatego, że chcemy dłużej zabawić w delcie Mekongu, do której jeszcze dwie noce drogi, a na 22. musimy dotrzeć do Bangkoku na spotkanie z Paulą K., na które swoją drogą nie możemy się już doczekać.

uliczne życie

A dziś totalny relaks. Spacery po mieście, obserwowanie lokalnego życia i wizyty na miejscowym ryneczku. Odreagowując swój trampowy wizerunek Paula zamówiła również wyjściową sukienkę, która nota bene została uszyta w 3 godziny (15 zł).

Robimy też eksperyment transportowy. Dziś jedziemy nocnym autobusem do Nha Trang, tam będziemy prawdopodobnie plażować się lub włóczyć po mieście cały dzień, a jutro wieczorem złapiemy kolejny nocny autokar do delty Mekongu. Wydawać by się mogło, że niewielki ten Wietnam. A tu ponad 2200 km długości.

kolejny nocny kuszetkowiec - super sprawa w Wietnamie - koszt ok. 35 zł

I najlepsze przyszło właśnie w autobusie. Świeżopoznany Francuz, z którym przegadaliśmy już 3 godziny, zapalił nas do Birmy, do której początkowo, nie wiedzieć czemu, w ogóle nie planowaliśmy jechać. Chyba właśnie postanowiliśmy udać się tam prosto z Tajlandii. Nagła zmiana planów – wspaniałe uczucie.

.

P.S. Zapraszamy też do obejrzenia galerii z Płaskowyżu Centralnego oraz Centralnego Wybrzeża w Wietnamie.

Paskowyż Centralny, Wietnam
Wybrzeże Centralne, Wietnam

.

Life is backpacking

Podczas naszej podróży niezwykłych ludzi spotykamy mniej więcej dwa razy w tygodniu. Na Palawanie średnia ta wzrosła ponad dwukrotnie. Niemal przez cały czas naszej dwutygodniowej podróży po tej wyspie nasze losy związały się z niebywałymi oryginałami, którzy również trafili w ten mało odwiedzany i przez to tak uroczy zakątek świata.

Epigon hipisowskiej rewolucji

Ronald – 23 lata, Belgia. Prawdziwy spóźniony przedstawiciel pokolenia dzieci kwiatów, który jedzie przed siebie bez najmniejszego nawet planu. Widywany zawsze w luźnych wietnamskich spodniach i górskiej opasce na długich włosach, pół roku temu kupił bilet w jedną stronę do Wietnamu i został z górskimi plemionami przez 6 tygodni. Później przez 2 miesiące jechał przez Laos i nie udało mu się nawet dotrzeć do Vientiane, Vang Vieng ani wielu innych turystycznych atrakcji. Na Palawan przyjechał, bo znajomi poznani na Lombok w Indonezji powiedzieli mu, że to jedno z najciekawszych miejsc, w jakich byli.

Przed wyruszeniem w podróż po studiach pracował przez ponad rok w korporacji. Zamierza jechać póki starczy mu gotówki, czyli najprawdopodobniej jeszcze ok. roku. Po naszej rekomendacji w najbliższym czasie chce udać się do Nepalu na treking i przede wszystkim do Parku Narodowego Bardia i na święto Sziwa Ratri w lutym. Jak tylko wróci z Birmy, do której jedzie już za chwilę.

Choć urodził się w Belgii, z pochodzenia jest Ormaninem. To są dopiero niespokojne dusze. Choć jego rodzice mają obydwoje po dwoje rodzeństwa, jeszcze nikt od czasu pokolenia dziadków, czyli rzezi Ormian w Turcji, nie urodził się i nie osiadł w tym samym kraju. Jego mama urodziła się we Francji, ojciec w Libanie, a bracia osiedlili się w Szwajcarii.

Ronalda spotkaliśmy na skrzyżowaniu jedynych dwóch dróg na Palawanie, gdzie podobnie jak my, zmieniając kierunek jazdy, w uroczej wiosce czekał na jak zwykle nieprzyjeżdżający jeepney.

Cynik z wytrychem na życie

Greg – 38 lat, Holandia. Choć nie mieszka w beczce, a ma apartament w Amsterdamie, do szpiku kości wierny diogenesowskiej doktrynie i zawsze gotów celnie spuentować każdą najgorszą nawet sytuację. Z zawodu wzięty fotograf, fotografujący wszystko od pary królewskiej po dziewczyny w śmiesznych majtkach dla magazynów mody.

Obecną podróż po Filipinach, a za chwilę być może również po Indonezji traktuje jako kurację złamanego serca po zerwaniu z życiową partnerką. Zamierza leczyć się jeszcze co najmniej 2-3 miesiące. Ze względu na wolny zawód takie 3-miesięczne wakacje oprócz zwyczajowych licznych urlopów urządza sobie zazwyczaj co 2-3 lata.

Z Gregiem poznaliśmy się w Port Barton przez Ronalda, z którym ten z kolei jechał wcześniej jeepneyem na jednym dachu do Sabang.

life is backpacking

Makler w rytmie reggae

Julius – 34 lata, USA. Choć w zasadzie Filipińczyk – Amerykanin. Urodził się i początkowo mieszkał na Filipinach. Gdy miał 8 lat, jego rodzice, obydwoje Filipińczycy przenieśli się do Stanów, gdzie od tamtej pory mieszka.

Drobny inwestor, jakich niewiele. Jeszcze kilka lat temu sprzedawał nieruchomości jako kierownik oddziału w dużej sieci w Stanach. Gdy wybuchł kryzys, zrezygnował z pracy, aby jego pensja pokryła wynagrodzenie kilku pracowników chociaż na kolejne 2 miesiące przed definitywnym zwolnieniem ich przez firmę.

Najpierw popodróżował trochę po świecie, a później zainteresował się opcjami. Zapisał się na kurs weekendowy przy lokalnym uniwersytecie i spodobało mu się. Gdy rozmnażał wirtualne pieniądze na kursie, osiągając 10% zysk, Merill Lynch zaproponował mu pracę. On postanowił jednak iść swoją drogą i obecnie, jak sam twierdzi, robi to co wszystkie duże banki, czyli okrada nas wszystkich, osiągając stabilne 10%.

Opcjami handluje przez Internet, zaglądając do komputera raz na kilka dni. Obecnie podróżuje przez Filipiny w poszukiwaniu narodowej tożsamości, którą jest przesiąknięty do szpiku kości. Za jakieś pół roku wraca do Stanów i zamierza przenieść się z Kaliforni do Wyoming ze względów podatkowych. Prawdopodobnie to jego z całej naszej grupy odwiedzimy w pierwszej kolejności.

Juliusa poznaliśmy podczas rumowej imprezy na plaży, na którą zostaliśmy zaciągnięci przez Ashleya.

Zawodowy pokerzysta

Michel – 28 lat, Szwajcaria. Można by powiedzieć hazardzista, gdyby nie fakt, że on nie gra, a wygrywa. W pokera gra zawodowo od dwóch lat. Tylko przez Internet, gdzie grając 10-30 godzin w tygodniu, zazwyczaj ciągiem, zarabia 2-3 tysięce dolarów miesięcznie.

W pokera gra jednocześnie na ok. 10 stolikach. Tu akcja dzieje się tak szybko, że niemal nie widać, co grane jest w poszczególnych oknach przeglądarki. Choć on twierdzi, że nie gra intensywnie, bo są zawodnicy, którzy grają jednocześnie na 24 stolikach. Ci zazwyczaj wychodzą na zero z samego pokera, ale dzięki tak intensywnej grze zbierają punkty bonusowe. Punkty bonusowe z takiego wychodzenia na zero przekładają się natomiast na ok. 80 – 100 tys. dolarów rocznie, które wypłacają im portale pokerowe.

Michel początkowo pokerem dorabiał sobie na studiach prawniczych, ale właśnie się obronił i ruszył w drogę. Teraz przez około rok zamierza powłóczyć się po Azji Południowo-Wschodniej, którą zdążył zachłysnąć się już na studiach i póki co utrzymywać się z pokera. Następnie chce wrócić do Szwajcarii, gdzie jako świeżoupieczony absolwent prawa, robiąc odpowiednik szwajcarskiej aplikacji, już jest w stanie zarobić ok. 8 tys. dolarów miesięcznie. W dłuższej perspektywie zamierza popracować ok. 8-10 lat i przejść na emeryturę.

Michela poznaliśmy o 2 w nocy w Port Barton, gdy podczas jednej z imprez razem wskoczyliśmy do oceanu pływać z fluorescencyjnym planktonem.

life is backpacking

Połowa składu

Michel, Greg, Julius i Ronald to dopiero połowa składu, z którym zetknął nas los na magicznym Palawanie.

A są jeszcze Ashley i Jessica – para wczesnych dwudziestolkilkulatków z Anglii. On – tramp, muzyk-samouk i wirtuoz gitary o niesamowitym głosie, który aż dziw że nie wygrał jeszcze Mam Talent i Ona – kolejny hipisowski pogrobowiec, którego dopiero kształtuje los.

Milo – trzydziestokilkuletnia Filipinka, która właśnie wróciła z egzotycznej podróży po Europie, gdzie przez 2 miesiące przemierzała Stary Kontynent od Szkocji po Grecję na bilecie Interrail. Przed powrotem w rodzinne strony w Archipelagu Visayas, postanowiła jeszcze zahaczyć o Palawan, który, jako się rzekło, magiczny jest nawet dla Filipińczyków.

A także Bert z żoną – para Duńczyków po sześćdziesiątce, która również przybyła w te strony w odwiedziny do brata, który ożenił się z Filipinką i od ponad 20 lat mieszka nieopodal. Przybyli na 2-3 tygodnie półtora miesiąca temu, ale do drogi się jeszcze nie zbierają, a i duch w nich mocno chyży.

.

Konkurs na Blog Roku

Drogi blogoczytaczu!

Jak zapewne nie zauważyłeś, zaledwie pobieżnie śledząc pasek boczny naszego bloga, startujemy w konkursie na Blog Roku.

Blog roku 2010

Wydawać by się mogło, że wyjeżdżając z Warszawy, tymczasowo wycofaliśmy się ze szczurzej Wielkiej Pardubickiej. Po trzech miesiącach odwyku, stęskniliśmy się jednak za niezdrową adrenaliną i sami zapisaliśmy się do nowego wyścigu, przenosząc się jedynie do przestrzeni wirtualnej.

Spodobała nam się idea konkursu, w którym upatrujemy szansę na dotarcie do szerszych warstw blogosfery i zainteresowanie nowych moli internetowych. Ot, taki internetowy dopalacz i wirtualna katapulta w jednym.

Tak się nieszczęśliwie składa, że każdy chce zarobić – Wielki Babilon i organizatorzy konkursu również. Dlatego też pod ogromną presją koncernów telekomunikacyjnych, po krwawych walkach z przedstawicielami Babilonu, altruiści z działów PR ostatecznie ulegli i zgodzili się na dyktat branży telekomów. Czyli w pierwszej rundzie mamy głosowanie smsowe.

(Poprawka: najnowsze doniesienia na stronie Bloga Roku podają, że dochód z smsów zostanie przekazany na cele charytatywne. Tym bardziej zachęcamy do głosowania)

Aby uniknąć totalnej kompromitacji w konkursie, chcieliśmy nawet wysłać choć jeden głos sami na siebie. Niestety odkąd w zawodach Nokia kontra tropikalna filipińska dżungla jest 0:1, nic z tego nie będzie. Zapowiada się całkowity blamaż.

Zatem jeśli pragniesz zapobiec naszemu popadnięciu w anoreksję ze wstydu, posiadasz Bezlik SMSów w MixPlusie lub być może znasz osobiście TurboDynoMana, możesz zapewnić nam przejście do drugiej rundy konkursu, gdzie decydować będzie niezawisłe jednoosobowe jury i mamy szansę polec w uczciwej walce.

Wystarczy zagłosować na nasz blog, wysyłając smsa na numer 7122 o treści D00113 (1,23 zł brutto).

.

—————————–

P.S. A jeśli chcesz zapoznać się z innymi konkurentami w kategorii Podróże, w co nie wierzę, możesz zajrzeć na pełną listę blogów w konkursie.

P.P.S. Jeśli jednak na nas nie zagłosujesz, nadal pozostaniesz w kręgu naszych wirtualnych znajomych. Wciąż będziesz mógł odwiedzać naszą stronę, a my będziemy darzyć cię sympatią.

Na pohybel Babilonu!

P.P.P.S. Nigdy nie przypuszczałem, że wystartuję w audiotele. Jak wrócę, zapiszę się do Tańca z rozgwiazdami na lodzie.

.

Uwaga!! Ten wpis jest przyklejony na czole i pozostanie taki przez najbliższe 10 dni. Nowe artykuły będziemy zamieszczać pod spodem (patrz: Palawan). Zachowaj czujność!

.