Monthly Archives: Grudzień 2010

Makrokosmos Yin Yang

Przy obecnym szalonym tempie destrukcyjnej urbanizacji Państwa Środka wydawać by się mogło, że chińskie miasta nie mają wiele dobrego do zaoferowania. W zasadzie to prawda poza niewielkimi oazami spokoju, jakimi są parki miejskie. Choć zazwyczaj nie są one ani wyjątkowo liczne ani specjalnie rozległe, to oferują prawdziwe korepetycje z chińskiej duchowości i mentalności.

Szukając równowagi

Do chińskiego parku najlepiej udać się rano, pomiędzy godziną 7 i 9. Wtedy mamy stuprocentową gwarancję spotkania adeptów Tai Chi w niezliczonych odmianach, a także praktyków Kung Fu od poziomu mistrza do czeladnika.

Ćwiczenia tai chi

Chińczycy to większości wyznawcy taoizmu, czyli religijno-filozoficznej doktryny poszukującej harmonii ze światem. Poszukiwania te ułatwiają im techniki medytacyjno-relaksacyjno-gimnastyczne, takie jak Tai Chi. Rano, często przed pójściem do pracy, gromadzą się zgrane grupy adeptów poszczególnych rodzajów tej widowiskowej sztuki. Każda z własną klasyczną chińską muzyką relaksacyjną lub w rytm wewnętrznego zwolnionego zegara biologicznego wykonuje misterne gesty i ruchy całego ciała. Obok tradycyjnego Tai Chi, zobaczyć można także Tai Chi z mieczem czy z wachlarzem.

Ćwiczenia w parku

Taniec z wachlarzami

Kilka kroków dalej z pewnością znajdzie się kilku uczniów Kung Fu w otoczeniu mistrza o aparycji rodem z klasycznych filmów walki z lat 70-tych, którego ruchy nie pozostawiają złudzeń co do skuteczności tej sztuki walki.

W zdrowym ciele

Nawet półgodzinna wizyta w parku od razu pozwoli zrozumieć, dlaczego Chińczycy zdobywają niezliczone medale w gimnastyce sportowej, podnoszeniu ciężarów czy ping pongu. Na co drugim większym skwerze i z pewnością w każdym parku znajduje się siłownia na otwartym powietrzu oraz wszelkie przyrządy akrobatyczne.

Ćwiczenia w parku

Stretching w parkuNigdy nie świecą one pustkami, a czasami, jak np. w przypadku drążków do podciągania czy poręczy gimnastycznych, po prostu tworzą się kolejki. Jeśli chodzi o stoły do ping ponga, których zazwyczaj jest 6-10, to gra zawsze odbywa się na tury. Podobnie sprawa ma się z badmintonem.

Równie ciekawy jest przekrój wiekowy, który śmiało można określić jako 2-99, ze wskazaniem na ludzi w wieku 40-75 lat. To właśnie oni zapychają ławeczki do wyciskania, specjalne stojaki do wykonywania brzuszków w powietrzu czy wszelkie poręcze gimnastyczne. Osiemdziesięcioletnie babcie niejednokrotnie zasuwają kosmiczne ściny w ping ponga i skutecznie odbierają większość piłek spod stołu. Po wyczerpującej grze przysiadają po prostu na przyrządach do masowania mięśni i relaksują się przed kolejną partyjką kart.

Gra w ping ponga

W sidłach hazardu

Bo właśnie hazard jest z pewnością jedną z głównych słabości Chińczyków. W parkach i na skwerach można spotkać równie dużo sportowców, co karciarzy. Co ciekawe, niemal we wszystkie gry karciane Chińczycy grają na pieniądze. Czasem, choć bardzo rzadko, zamiast drobnej gotówki używają patyczków lub zapałek, ale prawie zawsze potrzebują tego dodatkowego zastrzyku adrenaliny podczas gry.

Gra w xiangqi w parku w Guangzhou

Gry na pieniądze unikają jedynie pasjonaci madżonga oraz chińskich szachów. Xiangqi, czyli właśnie chińskie szachy to bardzo widowiskowa gra strategiczna, której wielbicieli w parkach można znaleźć równie dużo co karciarzy. Zasady gry w xiangqi są bardzo podobne do naszych zwykłych szachów, ale jak niemal wszystko w Chinach, bardziej skomplikowane.

Ptaszek na spacerzeO chińskich parkach można by pisać jeszcze znacznie więcej, bo oprócz wszystkich wymienionych oryginałów jest jeszcze wiele innych atrakcji. Na parkowych uliczkach odbywają się zajęcia domorosłych szkół tańca i sesje potwornie fałszujących chórzystek, którym wydaje się, że w końcu nauczą się śpiewać. Ktoś inny wyprowadza na spacer ptaki trzymane w domu, więc rozwiesił kilka klatek z papużkami na drzewach. Z kolei przy wejściu do parku czeka opiekunka z farbkami, z którą można zostawić dziecko podczas tych wszystkich zajęć.

Próba chóru

Co ciekawe, wszystkie te sztuki odbywają się bez jakiegokolwiek skrępowania. Tańczącym nie przeszkadzają przechodnie, a adeptom Kung fu okazjonalni gapie. Pomiędzy ćwiczącymi Tai Chi co i rusz zgrabnie lawiruje jakiś biegacz, a stoickiego mistrza Kung Fu może potrącić dziecko na rowerze albo starsza pani z pieskiem.

.

A na koniec dwa filmiki. Pierwszy przedstawia sekcję akrobatyczno-sportową w parku w Guangzhou, a drugi to montaż aktywności z parku w Szanghaju.

.

.

.

P.S. Zapraszamy również do obejrzenia galerii zdjęć z Guanghzou, znanego również jako Kanton, a obecnie będącego najważniejszym portem handlowym Chin.

Guangzhou, Chiny
Reklamy

Z pamiętnika podróżnika – Filipiny

Zmiany, zmiany, zmiany.

Wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem zapowiadają się pewne zmiany na naszym blogu. Tak jak niedawno pisał w komentarzu Kuba K., w ciągu dnia podróży potrafi wydarzyć się więcej niż przez niejeden tydzień. W związku z tym oprócz wpisów przekrojowych, co pewien czas będziemy zamieszczać wyimki z pamiętnika podróżnika, który ostatnio zaczęliśmy prowadzić.

Zatem na początek – Filipiny:

20.12 – El Nido

Najbardziej zwariowany „Island hopping” w historii. Od lokalnego rybaka we wsi Corong Corong wynajęliśmy 2 małe łodzie, na których ledwo udało nam się zmieścić – odpowiednio 7 i 3 osoby. Oprócz pięknych wysp i najlepszej jak do tej pory wyłowionej muszli, do głównych atrakcji należy zaliczyć kilka awarii silnika na morzu, podczas których myśleliśmy, że na ląd będziemy musieli wrócić wpław oraz około 5-krotne całkowite przemoczenie przez notorycznie prześladujący nas deszcz. Było świetnie.

O północy udało nam się dostać na prom towarowy z El Nido do Coron, choć nie mieliśmy biletów. Przeżycie niesamowite, bo statek był zapakowany po brzegi i nie było dla nas wolnej przestrzeni nawet na podłodze. Ostatecznie wpakowaliśmy się na mostek i spędziliśmy noc pod kołem sterowym. Jako przepustki użyliśmy 2 butli rumu, więc do 3 w nocy czas upłynął nam na zajmującej rozmowie z załogą.

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek zwierzęcy

Prom towarowy z El Nido do Coron - ładunek ludzki

Butelka 0,7 l wyśmienitego lokalnego rumu Tanduay kosztuje tutaj 60-90 peso (4-6 zł), co oznacza, że rum jest tańszy niż cola. W związku ze znacznie zwiększonym spożyciem w ciągu ostatnich 2 tygodni, stwierdzamy zagrożenie Chorobą Filipińską.

21.11 – Coron

Wyspaliśmy się jako tako. My na naszych materacach nieco lepiej niż Michel, który noc spędził na podłodze pod oknem kapitana. Do Coron przybyliśmy przed południem i niemal udało nam się uniknąć płacenia za bilety za prom, o które upomniano się 100 m od brzegu. Podróż na mostku promu towarowego niezapomniana.

Noc na mostku

Reszta dnia upłynęła nam na relaksacji i zorganizowaniu nurkowań na jutro. Przypadkiem udało nam się również znaleźć restauracyjkę, która ma mieć ponoć Internet 24 h, co pozwoliłoby nam zadzwonić do domu na święta. Zobaczymy.

Na kolację wciągnęliśmy przepyszną lokalną pizzę – pierwszą od wyjazdu z Polski. Nius dnia – Pauli pękły klapki.

22.12 – Coron

Michel zainspirował nas do pisania pamiętnika. Paula próbowała nawet na początku podróży coś pisać, ale wychodziło tego 4 strony dziennie, więc szybko się poddała. Michel pisze 5-10 zdań dziennie, więc w ten sposób może i nam się uda. Jedyna wada to fakt, że odzyskamy świadomość daty. Nawet trudno sobie wyobrazić, jakie to cudowne uczucie, nie mieć najmniejszego pojęcia, jaki dzisiaj mamy dzień. Żeby totalnie nie utracić z trudem wywalczonej wolności, postanawiamy nie liczyć dni tygodnia. Taki mały kompromis.

Ostatnio z naszymi wariatami działo się na raczej sporo, więc postaram się odtworzyć historię chociaż z kilku poprzednich dni (P.S. Wariaci, o których mowa, to oryginały jakich mało i o nich już wkrótce będzie osobny wpis).

Wariaci z Palawanu - połowa składu

Poza tym dziś nurkowaliśmy we wraku Olympia Maru i na rafie 7 Pecados. Wrak całkiem niezły, ale przejrzystość słaba – ok. 6-8 m. Za chwilę idziemy na masaż – pierwszy podczas tej podróży i zdaje się, że rozpocznie on nasze tournee po międzynarodowych technikach masażu.

Nurkowanie w Coron

Masaż w porządku, choć mnie masował chłop o dłoniach jak bochny, który do tego dość głośno sapał, a Michela podstarzała zapaśniczka. Paulinie trafiła się 23-letnia superzgrabna Filipinka o dłoniach jak płatki róży. Durny świat.

23.12 – Coron

Kolejny „Island hopping”. Na wariata dziś rano udało nam się znaleźć chętnych, którzy zorganizowali dla nas wyjazd na okoliczne wyspy i rafy. Największe wrażenie zrobił na nas Skeleton Wreck – wrak japońskiego statku zaopatrzeniowego z 1944 r., którego dziób spoczywa zaledwie na głębokości 5 – 8 m, więc można do niego schodzić nawet podczas snorklowania.

W poszukiwaniu duchów na Skeleton Wreck

W pewnym momencie zostaliśmy na 2 godziny na bezludnej wyspie, na której zostawił nas kapitan, ponieważ nasz czwarty pasażer chciał wcześniej wrócić do portu. Ciężko uwierzyć w naszą naiwność, ale na łodzi zostawiliśmy nasze plecaki z portfelami i paszportami. Przez chwilę wkręciliśmy sobie niezły film, ale na szczęście kapitan w czapce Świętego Mikołaja po nas wrócił.

Na kolację ma być typowo szwajcarskie danie w lokalnej restauracji pewnego Szwajcara, którego poznaliśmy wczoraj. O Szwajcarii zresztą dowiadujemy się równie dużo, co o Filipinach, bo od 3 dni podróżujemy już tylko we trójkę z Michelem.

Z kolei wieczorem mamy załapać się na filipińskie przyjęcie świąteczne. Dwa dni temu poznaliśmy Evelyn – Filipinkę, która przyjechała tu z Manili i osiadła na dobre. Oczywiście jak na Filipinkę przystało od razu zaprosiła nas na dzisiejszą imprezę, o czym zupełnie zapomnieliśmy. Dziś spotkaliśmy ją ponownie, gdy niosła 5 litrów rumu, więc wieczór mamy z głowy. Ciekawe, co będzie z Michelem, który jutro rano ma lot do Manili.

Zagrożenie Chorobą Filipińską wzrasta.

Niemożliwe nie istnieje

24.12 – Coron

Michelowi udało się jakoś zebrać na lot po 3 godzinach snu. Znów jedziemy sami.

Filipińczycy są niesamowici. Rano poszedłem po bułki do naszego zaprzyjaźnionego sklepu i przegadałem z chłopem ponad pół godziny. Nie chciał mnie wypuścić zanim nie zjadłem jego ryżu zapiekanego z miodem w liściach bananowca. Przekąska pycha.

Na kolację wigilijną za 200 peso (14 zł) szwedzki stół i darmowe piwo. Dla mnie całe pieczone prosię na słodko, a dla Pauli ponadpółmetrowe tuńczyki z grilla. Zagrożenie Chorobą Filipińską podniesione do poziomu czerwonego.

W pewnej restauracji z Wi-fi, pozwolili nam przyjść dłuuugo po zamknięciu, żeby zadzwonić do domu. O pierwszej w nocy zasiedliśmy przy opustoszałych stolikach na 2 godziny telekonferencji ze stołami wigilijnymi w Polsce.

Dzień wesoło-smutny.

25.12 – Coron, Manila, Donsol

Znów akcja nie z tej ziemi. Rano podczas płacenia za hotel (350 peso za noc = 25 zł) właściciel zaprosił nas na świąteczne śniadanie. To pierwsza nasza wizyta u Filipińczyków w domu. Lokalne frykasy i prawie godzina rozmowy sprawiają, że niemal spóźniamy się na samolot. Na szczęście jest „filipino time”, czyli miniwan przyjechał pół godziny później, a samolot i tak jest opóźniony.

Lecimy do Manili. Potem postaramy się poszukać nocnego autobusu do Donsol, bo jeszcze przed wyjazdem chcemy popływać z rekinami wielorybimi.

Palawan w lotu ptaka

26.12 – Pilar, Donsol

Nie wiem czy to jakaś passa czy jaki czort, ale dziś znowu zostaliśmy ogłuszeni filipińską gościnnością. A było to tak:

Ze względu na Święta jedyny autobus, jaki udało nam się wczoraj znaleźć w kierunku Donsol, to stary nieklimatyzowany grat do Pilar. Autobus nie był nawet skrojony dla Filipińczyków, a raczej dla krasnali, więc wyjechawszy o 14, o 2 nocy wylądowaliśmy w tej szerzej nieznanej mieścinie zlani potem z powykręcanymi rękoma i zdrętwiałymi nogami. Zdecydowanie najbardziej groteskowa podróż jak do tej pory.

Żeby nie spać na dworcu, rozłożyliśmy się z naszymi plecakami w kościele, ale o 4 obudziły nas przygotowania na mszę o 4:30. Po przegadaniu pół godziny z przemiłą rodziną, dajemy się namówić na mszę. Nie licząc statystowania w kilku ślubach znajomych, to pierwsza nasza wizyta w kościele od jakichś 3-4 lat.

Po mszy przemiła Filipinka zaprasza nas do siebie do domu w oczekiwaniu na jeepneya do Donsol. Śniadanie, pomoc jej mężowi w łowieniu i sortowaniu ryb oraz przemiłe pogaduchy sprawiają, że zostajemy niemal do 8 rano.

Na farmie ryp lapu-lapu

Miasto budzi się do życia, a my po niemal nieprzespanej nocy i tak niesamowitej lawinie wrażeń, mamy złudzenie, że dzień zbliża się ku końcowi. A musimy jeszcze dotrzeć do Donsol, znaleźć nocleg, wrócić 50 km do Daragi do najbliższego bankomatu i zorganizować wypad na poszukiwanie rekinów wielorybich na jutro.

.

P.S. Ważne – udało nam się wreszcie wrzucić obiecany dawno temu filmik z Nepalu z błogosławieństwa krwi. Filmik można obejrzeć tutaj.

.

Pozdrowienia z raju

Ze słonecznych Filipin do zaśnieżonej Polski przesyłamy trochę słońca i świąteczno-noworoczne życzenia spełnienia najskrytszych marzeń. Wszystkim naszym czytelnikom serdecznie dziękujemy za odwiedzanie naszego bloga, ciepłe słowa a także okazjonalną krytykę 🙂

Niech kolejny rok przyniesie Wam mnóstwo pasjonujących podróży – tych małych i dużych, a także da odwagę do podążania za marzeniami.

.

P.S. My tymczasem już od dwóch tygodni poznajemy Filipiny od podszewki i musimy przyznać, że ten kraj jest po prostu urzekający. Przepiękne wyspy, ciepłe morze z bujną florą i fauną oraz co najważniejsze – ludzie. Niezwykle radośni i otwarci, zawsze uśmiechnięci, ciekawi innych kultur, niebywale pomocni i zawsze skorzy do pogawędki.

A na zakończenie krótki filmik z rajskiej plaży, których można znaleźć setki podczas tzw. „Island hoppingu”, czyli jednodniowych wycieczek po okolicznych wysepkach, które na Filipinach często można zorganizować sobie samemu – znaczy wycieczki, nie wyspy.

.

Okradzeni w Chinach

Będąc w przepięknym Yangshuo, o którym pisaliśmy ostatnio, zdarzyła nam się pierwsza naprawdę niemiła przygoda podczas tej podróży.

Jadąc pewnego razu na rowerach, wieźliśmy plecak na bagażniku rowerowym. Nagle ze słodkiego letargu i zajmującej rozmowy wyrwało nas gwałtowne szarpnięcie. Zanim zdążyliśmy się zorientować, przejeżdżający motocykl podjechał do nas znienacka, a jego pasażer wyrwał plecak i pognał przed siebie. Kilkuminutowy pościg oczywiście zdał się na nic, podobnie jak nawoływanie do przyglądających się bezczynnie jadących z naprzeciwka oraz przydrożnych Chińczyków.

Wizyta w komisariacie była z kolei o tyle ciekawa, że po raz kolejny wykazała, jak beznadziejnie zbiurokratyzowany i skorumpowany jest to kraj. Policjanci przez 2 dni odsyłali nas z jednego komisariatu do drugiego, zasłaniając się innym rewirem, zapewne nie chcąc psuć sobie statystyk, przyjmując zgłoszenie.

Strata była dość dotkliwa, bo oprócz najlepszego małego plecaka na świecie straciliśmy dwa aparaty, zestaw baterii, okulary, kapelusze i tym podobny zestaw drobiazgów. Mimo wszystko szybko zagryźliśmy zęby, uzupełniliśmy najpotrzebniejsze zapasy w Guangzhou i jedziemy dalej.

Jak kradzieże zdelegalizowały motocykle

Okazuje się, że podobne kradzieże motocyklowe są bardzo popularne zarówno w Chinach, jak i np. Wietnamie. Po jednym z bardziej zuchwałych przypadków tego typu w Guangzhou, gdy kilka lat temu motocyklista odciął rękę kobiecie, która nie chciała puścić torebki, regionalne władze po prostu zdelegalizowały motocykle w tym mieście. Dziś Guangzhou jest prawdopodobnie jedynym miastem w Chinach, w którym jedynymi jednośladami zostały rowery.

Problem zminimalizowano może w Guangzhou, ale jak się okazuje, już w przyległej prowincji Guangxi zagrożenie tego typu istnieje. W kradzieżach wyspecjalizowały się motocyklowe szajki, które grasują w szczególności wzdłuż popularnych szlaków turystycznych, których w okolicach Yangshuo nie brakuje. Podobnie jak naiwnych turystów, wożących plecak czy torbę na bagażniku.

Problem ten jest ponoć jeszcze większy w Sajgonie oraz zwłaszcza w Hanoi w Wietnamie, gdzie motocykli są tysiące. Tam także jeszcze większym problemem są podobno przebiegające według tego samego schematu kradzieże aparatów i damskich torebek. Ale miejmy nadzieję, że nam nie będzie dane się o tym przekonać.

.

Rowerem w krainie czarów

Ponoć w Pekinie jest 9 mln rowerów. My w Pekinie nie byliśmy, ale za to możemy potwierdzić, że w Szanghaju jest ich równie dużo. Właśnie rowerami zjeździliśmy cały Szanghaj, a także przepiękne okolice Yangshuo w południowo-wschodnich Chinach. Naprawdę warto.

O Szanghaju będzie jeszcze kilka słów w swoim czasie, ale dziś chcielibyśmy się z Wami podzielić wrażeniami z niezwykle urokliwej prowincji Guangxi.

Guangxi, okolice Yangdi

Jedne z najpiękniejszych terenów w tym rejonie leżą nad Rzeką Li, która przepływa przez wyżynę zbudowaną głównie ze skał wapiennych. Jak zapewne pamiętacie z geografii, to właśnie takie wapienne skały są idealnym podłożem do malowniczego poddania się płynącej wodzie. W wyniku erozji wodnej, a konkretnie zjawisk krasowych powstają bajkowe wprost formacje skalne. Dzięki temu majestatyczne ostańce skalne, kręte i głębokie jaskinie oraz liczne podziemne źródła ozdabiają okolice Yangshuo, nadając im baśniowy charakter.

Baśniowo rowerowo

Z kilku powodów region ten najprzyjemniej poznawać na rowerze. Wbrew pozorom interesujący obszar nie jest ogromnie rozległy, a najciekawsze tereny rozciągają się w promieniu 70 km od miejscowości Yangshuo. Ta jest niemal centralnie położona na obszarze krasowienia i stanowi doskonałą bazę do jednodniowych wypadów po okolicy.

rowerem przez łąki i pola

My w ciągu 4 dni zrobiliśmy w sumie 3 pętle rowerowe po 30-60 km i jeden pieszy wypad o długości 25 km. Choć nam zdarzył się jeden bardzo nieprzyjemny incydent (o tym będzie już jutro), to trzeba przyznać, że poruszanie się w tym rejonie na rowerach to czysta przyjemność. Jeżdżąc po okolicy ma się okazję podziwiać nie tylko niezwykle formy krasowe, ale również wolno biegnące życie chińskiej prowincji.

Na wsiach wre praca w polu, w sadach pomarańczowych i grejpfrutowych można załapać się na okazjonalny prezent, a w przyulicznych barach poobserwować grę w madżonga czy chińskie szachy.

na szlaku

Z dala od zgiełku i tłumu

Jeżdżenie po okolicy rowerem ma jeszcze tę ogromną zaletę, że możemy wyrwać się od wszechotaczającej komercyjnej atmosfery. Warto nadmienić, że Chińczycy są mistrzami w komercjalizacji wszystkiego, co warte jest zobaczenia i nawet za wejścia do parków w miastach często każą sobie płacić.

sady pomarańczowe

Tu także co i rusz jest jakaś Jaskinia Smocza, Źródełko Motyli, Jaskinia Wodna albo Wzgórze Księżycowe, które od innych okolicznych atrakcji nie różni się niczym z wyjątkiem opłaty od 30 do 100 juanów (15-50 zł). Niestety podobnie jak w komercjalizacji, Chińczycy są również mistrzami kiczu, więc jeśli w wyżej wymienionych miejscach nie stoi akurat 10-metrowa plastikowa statua motyla, to z pewnością są one otoczone górą innej tandety.

Turystyczna horda

My wszystkie takie atrakcje oglądaliśmy z daleka, po prostu jadąc przed siebie w poszukiwaniu coraz to ciekawszych krajobrazów i miejsc. Dzięki temu w większości udało nam się również uniknąć niezliczonej rzeszy chińskich turystów przybywających w te rejony.

Trzeba przyznać, że przemysł turystyczny w Chinach kwitnie i w większości interesujących miejsc można spotkać znacznie więcej turystów z samych Chin niż z zagranicy. W szybko bogacących się Chińczykach tętni już chęć poznawania świata, ale ze względu na nadal bardzo ścisłe ograniczenia wyjazdowe muszą się oni zadowolić turystyką wewnętrzną.

Yangshuo nocą

W samych Chinach atrakcji nie brakuje, ale niestety co piękniejsze miejsca, jak np. okolice Yangshuo, tętnią już zgiełkiem, tandetą i pamiątkami. Nie zmienia to jednak faktu, że ich piękno nadal zniewala czystą formą, której niestety czasami trzeba tylko trochę dłużej poszukać.

———————-

Na zakończenie galeria zdjęć z Yangshuo.

Guangxi, Chiny

Scenariusz nienapisanych wpisów – Nepal

Żeby wszystko było jasne. Wiem, że jesteśmy na Filipinach. Wiem, że miało być o Chinach. Ale tak się akurat składa, że właśnie siedzimy pod palmowym dachem knajpki na przepięknym Palawanie, sącząc lokalne piwko San Miguel i zebrało nam się na wspominki.

W tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, taaak i niepowtarzalnych uzmysłowiliśmy sobie, że jednak musimy się z Wami podzielić pewnymi smaczkami, które tak często nam uciekają. Nasza podróż ma to do siebie, że w zasadzie chcielibyśmy publikować przynajmniej jeden wpis dziennie, a czasem przydałoby się, żeby i dwa. Oczywiście na to nie możecie liczyć, bo po pierwsze jesteśmy na wakacjach, a po drugie podróżowanie jest na tyle zajmujące, że nawet nie ma kiedy tego pisać.

W związku z tym możemy pójść na kompromis i napiszemy, o czym nie napiszemy. Dziś rozpoczynamy cykl Nienapisanych Wpisów, który choćby w kilku żołnierskich słowach będzie przedstawiał co ciekawsze spostrzeżenia i obserwacje z poszczególnych krajów.

A zatem Nepal:

Katmandu – backpackerska stolica świata

Nie będzie relacji z niezwykłego miasta, w którym spokojnie można przepaść na tydzień albo i dwa, dając się porwać lokalnej bądź backpackerskiej atmosferze.

Świątynia w Katmandu

Czasem ciężko wyjść poza sam Thamel, gdzie w tysiącach małych sklepików istniejących tylko dla turystów można kupić wszystko, czego dusza zapragnie, a resztę zrobić na zamówienie. Tuż obok, w bocznych uliczkach tętni prawdziwe życie, a niezliczone jedno- i dwuosobowe szwalnie, garbarnie, ubojnie i zakłady muzyczne zaopatrują wszystkich detalistów. Że o milionie restauracji, kawiarenek i barów nie wspomnę. Tu również można dać się zaprosić na przepyszną nepalską herbatkę z mlekiem, a przy odrobinie szczęścia poznać jakiś przemiłych Nepalczyków, która to znajomość może przetrwać lata.

fałszywy sadhu w Katmandu

Tymczasem poza Thamelem Katmandu również jest pasjonujące. Ze swoim starym miastem, niezliczonymi często nieodkrytymi świątyniami czy obleganą, acz nadal wartą zobaczenia Świątynią Małp, z której rozpościera się widok na całe miasto. No i kilka, jeśli nie kilkanaście okolicznych miast i miasteczek, których w większości nie zdążyliśmy nawet zobaczyć, a w których spotkać można m.in. prawdziwych joginów i sadhu.

Wesoły autobus

Nie będzie również nawet słowa o transporcie w Nepalu, który jest niezwykłą przygodą nawet dla ludzi o niewygórowanych oczekiwaniach dotyczących bezpieczeństwa i bardzo elastycznym podejściu do własnej przestrzeni życiowej.

wesoły autobus

Autobusowe wraki, pamiętające Jimiego Hendrixa i pierwsze lądowanie na Księżycu, tylko dla zmyły posiadają 25 miejsc, bo ich ładowność jest nieograniczona, a 25 osób zabierają na dachu. My z Katmandu do Dhunche (110 km – 9 godzin) jechaliśmy z ok. 80 pasażerami, rozłożonymi na obu poziomach.

w nepalskim autobusieInnych atrakcji też nie brakuje, bo jeśli akurat nie przytrzymujemy komuś niemowlaka lub worka pietruszki, to wpychamy w uszy stopery, żeby nepalski folk lub co gorsza pop nie rozsadził nam uszu. Autobus staje co 500 metrów, bo co i rusz wsiada seler, wysiadają kurczaki, pakuje się ryż albo wyskakuje brukiew. Zresztą dobrze, że w autobusach jest tak wesoło, bo przynajmniej odrywa to wzrok od bezkresnych przepaści i dróg, których nie ma.

.

Święta, święta

Nie napiszemy również, że Nepalczycy mają fioła na punkcie świąt i świętowania oraz że są najbardziej rodzinną nacją, jaką znamy. Nasz pobyt w tym kraju wypadł tuż po najważniejszym święcie w roku – Dasain i zbiegł się akurat z drugim najważniejszym – Diwali.

Hinduskie święto Diwali trwa 5 dni, z których każdy kolejny poświęcony jest innemu bogu lub bogini, mających zapewnić wszystko od pieniędzy i urodzaju po szczęście rodziny. Podczas każdego z dni świętują także różne zwierzęta, będące emanacją lub towarzyszami poszczególnych bóstw, w tym czasie mogące liczyć na szczególne względy. I tak np. Dzień Krowy poświęcony jest bogini bogactwa Lakshmi, a przed nim wypadają kolejno Dzień Kruka, Dzień Psa i Dzień Wołu.

Świętowanie Tihar

Ostatnim dniem Diwali jest drugi najważniejszy dzień w roku – Tihar, w którym to wszyscy mężczyźni udają się w rodzinne strony, by otrzymać błogosławieństwo od swoich sióstr. Podczas tych świąt najlepiej przekonaliśmy się, jak przyjaźni są Nepalczycy, bo wielokrotnie zostaliśmy potraktowani jak rodzina i nawet właściciel hotelu w Katmandu zaprosił nas do wspólnego świętowania.

Szczęśliwego 1131 Nowego Roku!

Ponadto w Dolinie Katmandu, której mieszkańcy posługują się kalendarzem  innym niż reszta Nepalu, nazywanym Nepal Sambat, podczas naszego pobytu przypadł akurat Nowy Rok, który tym samym stał się dla nas pierwszym Nowym Rokiem w tym roku.

Mówią na niego Jack

Niezwykła historia życia pewnego Nepalczyka, w którego losach odbija się zawiła i poplątana historia całego kraju i narodu. Człowieka, który ciężko pracuje od 13 roku życia, przez większość czasu utrzymując 5-osobową rodzinę i opłacając szkołę i studia dwóch starszych braci, a także swoje.

Historia o niezwykłym poświęceniu i oddaniu rodzinie, które sprowadziło się również do przepisania, na prośbę matki, ziemi starszemu bratu. Ziemi, na której stoją z mozołem wybudowane domki letniskowe, służące jako hotel w dżungli. A wszystko po to, by status społeczny najstarszego syna był na tyle dobry, by znaleźć mu żonę w ramach aranżowanego małżeństwa, które to małżeństwa nadal stanowią ok. 40% zawieranych związków w Nepalu.

W tle historia konfliktu wewnątrznepalskiego z maoistami, przez których cała rodzina musiała opuścić rodzinną wioskę i którzy wprost niemiłosiernie utrudniają życie w tym kraju uczciwym ludziom.

Wbrew wszystkiemu jeden z największych optymistów i patriotów, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy, nie ustaje w wysiłkach naprawiania świata. Dopłaca do nierentownego maleńkiego hotelu, w którym zatrudnia aż 6 pracowników tylko po to, żeby ich rodziny miały przynajmniej ryż do jedzenia na zimę. Ponadto opłaca szkołę podstawową pewnemu dwunastolatkowi, który w przeciwnym wypadku nie miałby najmniejszych szans na pomyślną przyszłość.

Takich wątków w życiu Jacka są dziesiątki, dlatego nie będziemy o nim pisać. O jego życiu mógłby powstać nie tylko wpis, ale cała książka.

.

—————————————

Więcej zdjęć z Nepalu można obejrzeć w nowej galerii.

Nepal

.