Monthly Archives: Listopad 2010

Roztrzaskani o Mur Chiński

Witamy w Chinach. Dość dawno się nie odzywaliśmy i w międzyczasie zdążyliśmy już zabawić dobrych kilka dni w Hong Kongu i przeskoczyć do Chin.

Obecnie już od dwóch dni poznajemy Szanghaj zjeżdżając go wzdłuż i wszerz na rowerach, ale jak pisaliśmy wcześniej, mamy pewne zaległości jeszcze z Nepalu i Hong Kongu. O obu tych miejscach będzie jeszcze kilka słów, ale póki co mlekiem i miodem płynąca komunistyczna ziemia obiecana roztrzaskała nasze internetowe marzenia o Wielki Mur Chiński. Konkretnie – Wielki Chiński Firewall.

Roztrzaskani o Mur Chiński

W tym kraju, gdzie wszyscy obywatele boją się nawet podnieść głowy, w trosce o ich nieustające dobro, uczynny reżim komunistyczny blokuje dostęp m.in. do WordPressu, Facebooka, Picasy i YouTube. Tak się akurat nieszczęśliwie składa, że tym samym Komunistyczna Partia Chin bije w nas osobiście, skutecznie uniemożliwiając nam publikowanie wpisów na naszej stronie, zamieszczanie zdjęć oraz filmów, a także dawanie znaków życia na fejsie.

Skoro to czytanie, można się domyślać, że WordPress najlepiej z całej czwórki radzi sobie z działalnością antyobywatelską Chińczyków i umożliwia zamieszczanie wpisów przez email, co jednak wiąże się z brakiem edycji tekstu, a także zdjęć, linków i filmików. Tymczasowym brakiem, dodam, który załatamy, jak tylko przedostaniemy się do wolnego świata (czyli najprawdopodobniej Filipin, bo ciągnie nas już trochę do raju).

Zatem Kapitaliści całego świata – łączcie się! I nasłuchujcie. Póki co będziemy nadawać połowicznie.

.

Reklamy

Hong Kong – Piąty Element

Miasto przyszłości, Miasto XXI wieku, Najlepszy Transport Publiczny Świata, Najbardziej Kosmiczne Lotnisko, Najdłuższe Ruchome Schody na Świecie, Światowy Lider Wolności Gospodarczej, Najbardziej Niezwykła Panorama Miejska, jedno z najbogatszych i najlepszych państw do życia na świecie.

Hong Kong nocą ze Wzgórza Victorii

Przed wyjazdem w podróż dookoła świata pewien znajomy powiedział nam, że ze wszystkich miast na świecie najbardziej chciałby odwiedzić Hong Kong. Zdziwiło nas to bardzo, bo po pierwsze nie lubimy wielkich miast, a po drugie czego dobrego można spodziewać się po Hong Kongu?

Okazuje się, że wiele. W mieście, które początkowo miało w ogóle nie znaleźć się na naszej trasie, spędziliśmy 4 dni, a moglibyśmy spędzić co najmniej drugie tyle i w ogóle się nie nudzić.

Siedziba Bank of China

Najlepsze Lotnisko Świata

W Hong Kongu znaleźliśmy się wyłącznie z powodu tanich biletów, bo okazało się, że z Nepalu najtaniej było przylecieć właśnie tutaj. Następnie okazało się również, że do Szanghaju, gdzie chcieliśmy się udać, taniej jest polecieć tanimi chińskimi liniami (Spring Airlines) niż jechać pociągiem.

WieżowceNic dziwnego, że lotnisko w Hong Kongu jest trzecim najbardziej ruchliwym portem pasażerskim świata (i drugim towarowym). Jednocześnie jest notorycznie wybierane przez pasażerów jako Najlepsze Lotnisko na Świecie i faktycznie trudno się z tym wyborem nie zgodzić. Terminal pasażerski robi kosmiczne wrażenie, ma niewyobrażalną wprost powierzchnię 570 tysięcy m2 i jest najbardziej nowoczesnym lotniskiem, z jakim się spotkaliśmy.

Pomiędzy terminalami, halami przylotów i odlotów, a także odprawą celną kursują np. bezzałogowe sterowane automatyczne pociągi, przewożące tysiące pasażerów dziennie. Wypadki ani błędy ludzkie są niemożliwe, bo system jest elektronicznie nadzorowany i nawet nie można wpaść pod pociąg, bo perony oddzielone są od składu wagonów szklanymi ścianami, w których drzwi pokrywają się idealnie z automatycznymi drzwiami w pociągach.

Powrót do przyszłości

Podobnie jak samo lotnisko, także wiele innych rzeczy w Hong Kongu przypomina krzyżówkę Łowcy Androidów z Piątym Elementem. Mimo że wieżowce są niewyższe niż w Nowym Jorku czy Szanghaju, to robią wprost niesamowite wrażenie. Ustawione są one niewyobrażalnie gęsto, a Hong Kong dzierży tytuł najbardziej pionowego miasta świata i jednocześnie posiada jedną z największych gęstości zaludnienia na świecie.

Hong Kong nocą

Ale to nie wieżowce nadają mu sznyt miasta przyszłości. Budynki bardzo często połączone są zawieszonymi w powietrzu pasażami dla pieszych, które uzupełniają lub po prostu zastępują zwyczajne chodniki. Podczas gdy na dole odbywa się ruch wyłącznie samochodowy, kilka metrów nad ziemią zawieszone są pasażerskie wiadukty, którymi można dostać się do większości budynków w centrum.

Powietrzne chodniki w centrum

Wewnątrz wszędzie znajdziemy drogowskazy, które bezbłędnie pokierują nas do konkretnego biurowca. Sam ruch często odbywa się za pomocą ruchomych schodów i chodników, dzięki którym w ogóle nie trzeba iść. W Hong Kongu znajdują się np. najdłuższe ruchome schody na świecie. Ruchomy chodnik o długości ponad 800 metrów transportuje mieszkańców do wyższych części miasta położonych ponad 135 metrów wyżej na zboczu wzgórza.

Powietrzne chodniki w centrum

Ruch uliczny również jest nietypowy, bo ponad 90% mieszkańców Hong Kongu przemieszcza się, korzystając z publicznego transportu, który chyba słusznie nazywany jest najlepszym systemem transportowym świata.

Największy Eksperyment Gospodarczy Świata

Milton Friedman twierdzi, że Hong Kong to największy kapitalistyczny eksperyment gospodarczy świata. Całkowity leseferyzm jak widać doskonale się sprawdza i sprawił, że Hong Kong został jednym z 4 Tygrysów Azjatyckich. Jak donosi CIA, PKB na osobę wynosi tu ponad 44 tys. USD. Pomiędzy rokiem 1961 a 1997 PKB kraju wzrosło 180 razy (słownie: sto osiemdziesiąt razy!!), a PKB na osobę 87 razy.

W Hong Kongu jest też mnóstwo parkówMimo że w tym kraju-mieście żyje zaledwie 7 mln ludzi, dolar hongkoński jest 9 najczęściej wymienianą walutą na świecie. Dzieje się głównie za sprawą giełdy, która jest 7 największą na świecie, a będzie jeszcze większa, bo przyciąga 22% kapitału światowych giełdowych debiutów rocznie!!

Przejażdżka autobusem z lotniska (w którym to autobusie działa nota bene darmowy bezprzewodowy internet) również zapewnia niezwykłe widoki. Po drodze mijamy na przykład port towarowy, który jest jednym z największych portów świata, a magazyny kontenerowe i ogromne żurawie przeładunkowe ciągną się przez kilka kilometrów wzdłuż drogi.

Praca, praca, praca

Niestety mimo że Hong Kong w przeróżnych rankingach często znajduje się w czołówce miast pod względem jakości życia, to cena za to jest naprawdę duża. O ile we wszystkich dalekowschodnich metropoliach Azjaci nawykli do długiej i ciężkiej pracy, to w Hong Kongu poziom zaangażowania przekracza dopuszczalne normy.

Nasz Couch Surfingowy gospodarz, u którego mieszkaliśmy przez kilka dni nie wracał z pracy przed 22, co jak twierdzi jest zupełnym standardem. Co więcej Azjaci w tutejszych korporacjach pracują w ten sposób również w soboty, więc naprawdę pozostaje im niewiele czasu, żeby cieszyć się życiem w Hong Kongu.

Zachód słońca nad centrum

W garniturze na plażę i treking

A mogłoby być tak pięknie. Hong Kong jest przepięknie położony na ponad 200 wyspach, z których tylko kilkanaście jest zamieszkałych. Już na trzeciej co do wielkości wyspie Lamma w ogóle nie ma samochodów, a ruch odbywa się wyłącznie na rowerach i na piechotę. Znajduje się tu kilka naprawdę pięknych plaż, a kąpiel w Morzu Południowochińskim, czego nie omieszkaliśmy sprawdzić, możliwa jest nawet w listopadzie.

dzika plaża na wyspie Lamma

Inne wyspy również oferują fantastyczne możliwości aktywnego wypoczynku. Wbrew pozorom oprócz biurowców ogromne przestrzenie w Hong Kongu zajmują tereny zielone. Liczące setki kilometrów szlaki piesze rozplanowane są w pięknych górach i wzgórzach wysokich nawet na 900 m, oferujących niesamowite widoki na całe miasto.

No i w jakim innym wielkim mieście można dojeżdżać do pracy 20 minut do centrum, do tego promem?

Widok na wyspę Hong Kong z Kowloon

.

Jak zwykle zapraszamy również do galerii, gdzie można obejrzeć więcej zdjęć z Hong Kongu.

Hong Kong

.

.

Ludzie gór

Warunki życiowe prostych ludzi w Nepalu należą do najtrudniejszych, z jakimi zdarzyło nam się zetknąć. Jednak codzienność plemion górskich w Himalajach wykracza daleko nawet poza wyśrubowane standardy nepalskie.

Dwie najpowszechniejsze nacje zamieszkujące północno-wschodnie rubieże Nepalu to plemiona Tamang oraz Sherpa. Obie te grupy wywodzą się z Tybetu i są blisko spokrewnione z ludami zamieszkującymi tereny obecnie okupowane przez Chińczyków.

Nepalczycy z Tybetu

Gdy wybieraliśmy się na treking, znajomy pięćdziesięcioletni Nepalczyk ostrzegał nas nawet przez porywczością ludów tych rejonów. Twierdził, że krew w nich gorąca, przez co łatwo dają się wyprowadzić z równowagi i skorzy są do bitki. Wydaje się jednak, że owa góralska porywczość objawia się wyłącznie w stosunkach międzyplemiennych, bo nasze doświadczenia wskazują, że są to jedni z najmilszych i najbardziej uprzejmych ludzi, jakich dane nam było spotkać.

Ludzie z plemiona Sherpa w Himalajach

Ludzie Ci nigdy nie narzekają ani nie skarżą się na warunki, w jakich żyją czy inne niewygody, za to zawsze są radośni i wyjątkowo dużo się śmieją. Chętnie zapraszają obcych do siebie do domu, gdzie skorzy są do drobnej pogawędki, nawet jeśli miałaby ona sprowadzać się do pogaduchów na migi. Warto jednak dodać, że Sherpowie niespecjalnie lubią być fotografowani, co staraliśmy się uszanować.

Wioski w górach zazwyczaj oddalone są od siebie o kilka godzin szybkiego marszu. W 90% osad nie występują oczywiście żadne pojazdy mechaniczne, bo dróg w zasadzie nie ma, a jedynym traktem łączącym zabudowania są górskie, kamieniste ścieżki, niejednokrotnie przypominające szlak na Giewont. Oznacza to, że do wiosek, do których dochodzi jakakolwiek przejezdna droga niejednokrotnie trzeba maszerować od 2 do 3 dni. Oczywiście tempem Sherpy, nieosiągalnym dla bladych twarzy.

Nieszczęśni szczęściarze

Oprócz zwyczajnych niedogodności, którymi obciążone jest zamieszkiwanie tak odludnych terenów, jak np. transport żywności i innych niezbędnych materiałów, z życiem Sherpów wiążą się również inne niewygody, jak chociażby posłanie dzieci do szkoły. Szkoły w wioskach są oczywiście rzadkością, więc te rodziny, które są na tyle zamożne, aby kształcić swoje dzieci, muszą posyłać je do wiosek odległych o jeden lub kilka dni drogi.

Dzieciaki, nawet sześcio- czy siedmioletnie nie mają oczywiście możliwości dojeżdżać do domu, więc podczas nauki mieszkają w internatach. Nasz treking przypadł akurat pod koniec miesięcznych wakacji związanych z dwoma najważniejszymi świętami w Nepalu – Dasain i Diwali. W tym czasie dzieci były akurat w domach, ale w ostatnią sobotę naszego marszu wypadł czas pożegnań i płaczu maluchów, wyjeżdżających na kolejne 4-5 miesięcy.

Edukacja w Nepalu jest wszystkim, więc przed dziećmi, które nie chodzą do szkoły rozpościera się bardzo wyboista droga. Jednak w tych górskich okolicznościach, gdzie już sześcioletnie brzdące mieszkają w internatach, człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, które z dzieciaków są prawdziwymi szczęściarzami.

Bosonodzy hobbici

Tymczasem ich rodzice, zarówno Sherpowie jak i Tamangowie są wprost niewiarygodnie wytrzymali – tak psychicznie, jak i fizycznie. Jako tragarze często przenoszą kilkudziesięciokilogramowe ładunki na plecach, transportując plecaki i żywność dla turystów, a także wszelkie dobra dla swoich wiosek. Co więcej na krótkie dystanse i na niedalekie wypady chodzą na boso lub w prostych klapkach, niewiele robiąc sobie z lodowatych strumieni górskich czy ostrych kamieni.

Kobieta z plemienia Sherpa w HimalajachWówczas wyglądają zupełnie jak współcześni hobbici, które to wrażenie potęguje jeszcze ich wzrost, który nie przekracza zazwyczaj 165 cm. Podczas jednej z wizyt w rodzinnej chatce w Thankuni Banyang nie tylko ja musiałem chodzić schylony niemal wpół, do czego zdążyłem już się przyzwyczaić, ale nawet Paulina musiała co i rusz się pochylać, żeby przypadkiem się nie oskalpować.

Nierzadko zdarza się również, że Sherpowie noszą przy sobie tradycyjny nepalski nóż khukuri. Ta długa, czasem nawet 50-centymetrowa broń wywodzi się z plemienia Gurków, ale została spopularyzowana także wśród innych plemion i w górach pełni rolę nie tyle broni, co raczej maczety lub większego scyzoryka do zarzynania zwierząt. Co ciekawe ostrze khukuri jest wyraźnie zakrzywione w nieintuicyjnym kierunku, czyli w stronę od trzymającego broń.

Właśnie w jednej z odludnych wiosek Sherpów udało mi się wyłuskać taką maczetę od miejscowego szamana. Dodam, że broń niezwykłą, która używana była podczas święta złożenia ofiary krwi za doroczną pomyślność rodziny.

Błogosławieństwo krwi

Co roku w pewną sobotę, wypadającą na przełomie października i listopada w wielu górskich wioskach praktykuje się jeszcze składanie ofiary zwierzęcej dla boga Kannamsa.

Przed przystąpieniem do ofiary ubrany w odświętne, białe szaty szaman obmywa stopy i ręce i przygotowuje niewielki ołtarzyk, gdzie na dużych liściach palmowych rozmieszcza niewielkie kupki ryżu. Po odprawieniu wstępnej modlitwy szybkim ruchem podrzyna gardła zwierzętom i ich krwią skrapia przygotowaną ofiarę. Gołą ręką wyrywa łeb każdej z kur, który następnie również dołącza do ofiarnego stołu.

Wioskowy szaman w Himalajach

Szaman niemal w transie jeszcze przez kilka minut odmawia modlitwę, a w tym czasie ojciec wraz dziećmi wydobywa z kury wątrobę, która jest niezbędna do dalszej części rytuału. Dzieci podpiekają wątróbkę na ognisku przez około 5-10 sekund, a następnie po jej poświęceniu każdy z członków rodziny otrzymuje po kawałku do zjedzenia. Na zakończenie szaman błogosławi każdego z osobna, stawiając na czole tikę z krwi i ryżu.

Młody Sherpa z rytualną tikąTika to tradycyjna hinduska kropka stawiana na czole, która ma tysiące wersji i kolorów i jest wykonywana przez przeróżne osoby, najczęściej członków rodziny, jednak niemal zawsze oznacza błogosławieństwo i pomyślność.

Rytuał zakłada poświęcenie siedmiu zwierząt, zazwyczaj kurcząt, co ma zapewnić pomyślność całej rodzinie. W wiosce, którą my odwiedziliśmy, ze względów praktycznych i oszczędnościowych zabito jedynie 2 kury. Miejmy nadzieję, że pomyślność nie będzie odpowiednio mniejsza.

——————————————

Więcej zdjęć ilustrujących życie codzienne Sherpów i innych górskich plemion w Nepalu możecie obejrzeć w galerii.

Ludzie gór, Nepal

.

Treking w Himalajach

Wróciliśmy. Przebyliśmy niemal 100 km, pokonując łącznie 5000 metrów w górę i 5500 m w dół. Najwyższy punkt, jaki osiągnęliśmy to przełęcz Laurebina na wysokości ponad 4600 m. Przemierzyliśmy szlak Gosainkund oraz Helambu w Parku Narodowym Langtang, które zapewniły nam niezapomniane widoki, obolałe stopy oraz wgląd w życie codzienne plemion Sherpów i Tamang.

od lewej: Manaslu (8156 m), 4 szczyty Ganesh Himal (7422 m)

Wybraliśmy ten treking z kilku powodów. Po pierwsze jest on znacznie mniej uczęszczany niż niezwykle oblegana Annapurna, wokół której w październiku i listopadzie maszeruje ponad 10 000 osób miesięcznie. Ponadto szlak ten wiedzie wzdłuż wielu jezior górskich, które są doskonałym urozmaiceniem wysokogórskiego krajobrazu.

Co więcej, ze względu na znacznie mniejszą liczbę odwiedzających, w niektórych miejscach na trasie życie codzienne mieszkańców płynie jeszcze niemal niezmienionym przez turystów rytmem. Dzięki temu wielokrotnie mieliśmy okazję obserwować rytuały i styl życia, które nie zmieniły się w ogóle od dziesięcioleci, a może i setek lat.

W rytmie natury

Życie na trekingu toczy się prostym i przewidywalnym rytmem. Nie trzeba Outlooka, aby zaplanować kolejne dni, które pod względem agendy niewiele różnią się od siebie.

wschód słońca nad świątynią w górach

Treker wstaje wcześnie, najlepiej tuż przed wschodem słońca, ok. 6 rano. Mimo wszechogarniającego chłodu nasze oczy cieszy wówczas doskonały widok przepięknych gór, niejednokrotnie odległych o ponad 100 km. Panoramą warto nacieszyć się do syta, bo w listopadzie z każdą minutą chmur niebywale szybko przybywa i ok. 10-11 niewiele już zobaczymy.

Langtang (7246 m)

Najlepszy czas na treking w Himalajach to październik, ale listopad teoretycznie też jest całkiem niezły. Teoretycznie, bo pod tym względem nam akurat średnio dopisało szczęście i, dość wyjątkowo jak na tę porę roku, przez 4 dni chodziliśmy w chmurach.

Po sytym śniadaniu ruszaliśmy w drogę, która najczęściej wiła się w górę i w dół, rzadko wiodąc prostą ścieżką. Trzeba przyznać, że wachlarz krajobrazu jest niesamowity i rozciąga się od tropikalnych gajów i tarasów ryżowych po liczne siedmio- i ośmiotysięczniki. Czasem idzie się leśną ścieżką, będąc bacznie obserwowanym przez liczne rezusy i makaki, w górach drogę przebiegają płochliwe świstaki, a w dżungli czasem można zobaczyć lamparta. My lampartów nie widzieliśmy, ale za to bezbłędnie rozpoznawaliśmy ich zapach, gdy musiały być w pobliżu, czego nauczyliśmy się dwa tygodnie wcześniej w Parku Narodowym Bardia.

szlak w dżungli

Podczas niedługiego w zasadzie, 7-8 dniowego trekingu Gosainkund – Helambu maszeruje się przez niezwykle malownicze lasy rododendronowe obrośnięte mchem po korony drzew, niczym żywcem wyjęte z Alicji w Krainie Czarów. Ostatni odcinek, już poniżej 2000 m, wiedzie z kolei przez dżunglę i proste osady rolnicze, osadzone na stokach gór. Podczas całego trekingu spotykaliśmy samych przesympatycznych ludzi, których dobroduszność jest zadziwiająca nawet w porównaniu z niezwykle uczynnymi przeciętnymi Nepalczykami.

zachód słońca w Himalajach

Nasz marsz kończyliśmy zazwyczaj ok. 15-16:30. Po drodze nie ma żadnego problemu z wyżywieniem czy gorącą herbatą, bo mniej więcej co 2-4 godziny zawsze znajduje się jakaś osada, gdzie znajdziemy miejsce do spania i jedzenia. W okolicach 18 robi się już zupełnie ciemno i naprawdę trudno położyć się spać później niż o 19-20. Ostatnie godziny zawsze spędzaliśmy przy centralnym piecu, wspólnie grzejąc się i dyskutując z nielicznymi turystami, a czasem wyłącznie domownikami.

Proza życia

Abstrahując od piękna krajobrazu i bogactwa kulturowego nepalskich Himalajów, treking w tak wysokich górach wiąże się również z pewnym charakterystycznym klimatem podróżowania. Warto być go świadomym, gdy chcemy wybrać się na kilku- lub kilkunastodniowy marsz.

trekerzy w akcji

Temperatura w połowie listopada na wysokości 3500 – 4500 m może wynosić w słońcu nawet ok. 10-15 st. Jednak gdy tylko słońce skryje się w chmurach na kilka sekund, temperatura szybko spada do ok. 0-7 st. Z kolei po zmroku powietrze ochładza się o kolejne 10 stopni. Wydawać by się mogło, że -10, -5 stopni w nocy to nic wielkiego. W końcu w Polsce taka temperatura zdarza się choćby teraz.

Na trekingu w Himalajach trzeba jednak wziąć poprawkę na standard nepalskich schronisk i „hoteli”. Zawsze są to budynki nieogrzewane, najczęściej z kamienia, od wewnątrz wyścielone deskami od podłogi aż po sufit. Bywają również całe wykonane z drewna, lecz o ścianach niegrubszych niż w naszych swojskich, mazowieckich stodołach. W budynku najczęściej króluje jedna wspólna izba jadalna z centralnie ustawionym blaszanym piecem, w którym jednak ze względu na bardzo ograniczone zasoby drewna pali się najpóźniej do 8 wieczorem.

czasem słońce, czasem deszcz

W pokojach w nocy nierzadko świszcze wiatr, przesuwając nie tylko firanki, ale również drobne przedmioty na parapecie. Temperatura w pokoju jest najczęściej ledwie o kilka stopni wyższa niż na zewnątrz i jeśli nie chcemy, by wiatr potargał nam w nocy grzywkę, warto rozważyć spanie w czapce.

Oprócz walorów termicznych spanie w ubraniach ma również inne przymioty praktyczne. Ciepłe pledy i koce owinięte w poszarzałe prześcieradła bywają siedliskiem pcheł lub innej maści organizmów, które nie dały się wymrozić, wylegując się długie tygodnie na poddaszu.

Z morsem za pan brat

W budynkach wody nie ma nie tylko ciepłej, ale w 90% przypadków także zimnej. Najczęściej dostęp do bieżącej wody to po prostu gumowy wąż podłączony bezpośrednio do nieodległego górskiego źródełka, z którego non-stop bucha lodowaty strumień. Tak ustawiona konstrukcja mieści się zazwyczaj nieopodal budynku i pełni rolę łazienki, zmywalni i punktu poboru wody do toalety.

jezioro Sudhya na szlaku

Trzeba przyznać, że mycie się w takich warunkach ma ogromny urok i działa bardzo rozgrzewająco, ale rano trzeba bardzo uważać, żeby nie odmrozić sobie dziąseł. Przy noclegach powyżej 3200 m zdarza się, że rano strumień wody w ogóle nie bucha, bo wąż zamarzł lub popękał ze zlodowacenia. Nie przeszkadza to bynajmniej Sherpom, którzy niemal na okrągło chodzą na boso lub w chińskich klapkach, ale dla Europejczyków ma to dodatkowy smaczek.

mały Sherpa

Generalnie nie wolno się jednak zrażać i warto delektować się smakiem codzienności. Nie dość, że łatwiej wówczas znieść warunki bytowe, które dla Sherpów czy górali z plemienia Tamang są chlebem powszednim, to pozwala to również w pełni docenić majestat wysokich gór.

My już dziś z niecierpliwością wyczekujemy, gdy powrócimy do Nepalu, by udać się na treking w rejonie Pokhary. Czy można nie wrócić w takie miejsce?

himalajski szlak

Bilans zysków i strat

Zyski:

– ustanowienie rekordu niemycia się przez tydzień przy 10-godzinnym wysiłku

– zero złamanych kończyn, zwichniętych stawów i naderwanych mięśni

– tradycyjny 50-centymetrowy używany nepalski nóż khukuri wyłuskany bezpośrednio u wioskowego szamana

– uczestnictwo w dorocznej ceremonii poświęcenia zwierząt w intencji pomyślności całej rodziny w wiosce Sherpów poprzez umazanie czoła krwią (więcej na temat dwóch ostatnich zysków w kolejnym wpisie już niebawem)

Straty:

– ustanowienie rekordu liczby przekleństw w tygodniu

– 2-3 kg i 3 cm w pasie na osobę

– 35 zł dziennie na osobę plus 120 zł za pozwolenie na treking oraz wejściówki do dwóch parków narodowych

– zapalenie jednego z czterech kolan uzyskane w ostatnim dniu trekingu (wyleczone już w Hong Kongu)

.

———————————————————————————-

Informacje praktyczne

Treking w Himalajach w Nepalu to sprawa zupełnie bezproblemowa. Szlaki są doskonałe, ponieważ najczęściej są to po prostu lokalne dróżki piesze, którymi Sherpowie i inne plemiona przemieszczają się na co dzień. Dzięki temu w górach niemal nie sposób zgubić drogi, a najdalej po 2 godzinach marszu z pewnością spotkamy jakąś lokalną duszę, choćby cztero- czy sześcioletnią, która upewni nas w kwestii obranego kierunku. Mapy wszystkich rejonów trekingowych bez problemu można dostać w co drugim sklepie w Katmandu lub Pokharze, więc tym naprawdę nie warto się przejmować.

treking w dolinie

Miejsc do spania i jedzenia nie brakuje. Nocleg nigdy nie kosztował nas więcej niż 200 rupii (8 zł) za dwuosobowy pokój i przy tej cenie aż szkoda było się targować. Aczkolwiek bywa, że pokój z ciepłą, czasem lekko zatęchłą kołdrą można dostać za darmo za samą obietnicę stołowania się w hotelu.

Jedzenie jest wyjątkowo drogie jak na warunki nepalskie, czyli przynajmniej dwukrotnie droższe niż na nizinach. Nadal jednak są to śmieszne pieniądze, bo ciepła zupka kosztuje 100-160 rupii (4-7 zł), gorąca herbata ok. 50 rupii, a obiad (spaghetti, ryż z warzywami, momosy czy dal bhat) ok. 200-300 rupii. Aż serce się ściska, że właścicielom gwarantuje to duży zysk, zważywszy, że wszystkie towary zostały przyniesione na te wysokości przez konie lub zazwyczaj przez tragarzy – często przez kogoś z rodziny. Trzeba pamiętać, że marsz tragarza do wiosek położonych na 3500-4000 m trwa ok. 3 dni w jedną stronę.

Wodę podobno można pić bezpośrednio z gór, czego jednak dla bezpieczeństwa nie praktykowaliśmy, stosując tabletki odkażające. Można również kupić wodę w hotelach (również wniesioną przez tragarzy) w cenie 100 – 150 rupii za butelkę. Warto mieć wówczas jednak na uwadze fakt, że świadomość ekologiczna w Nepalu, podobnie jak w Indiach zupełnie nie istnieje i jeśli plastik nie wyląduje na stoku, to zostanie spalony.

Średni dzienny budżet na osobę to ok. 700 – 1000 rupii (30-40 zł). Spokojnie wystarczy to na 2-3 posiłki dziennie, nocleg oraz okazjonalne herbatki.

Na czas trekingu można również wynająć tragarza (ok. 500-800 rupii dziennie), który spokojnie przeniesie 2 duże plecaki, czyli 20-30 kg. My sami targaliśmy nasz dobytek, który ważył odpowiednio 9 i 13 kg. Składały się na niego:

– kurtka przeciwdeszczowa, polar, 2 koszulki, bielizna, czapka polarowa, rękawiczki, kijki trekingowe – wszystko się przydało

– po 200 g orzeszków ziemnych i 3 batony (w większości wróciły z nami do Katmandu)

– po 2 litry wody, podstawowa apteczka

– gps, 2 aparaty, baterie, latarka czołowa (konieczna – prąd w górach nie występuje!!)

A na deser zapraszamy do galerii zdjęć z trekingu. Przyjemnego oglądania.

Treking w Himalajach, Nepal

.

Tam gdzie rośnie marihuana

Choć marihuana w Nepalu jest nielegalna, to zarówno ze względów kulturowych, jak i praktycznych, wyegzekwowanie zakazu posiadania i spożywania tego narkotyku jest praktycznie niemożliwe.

nepalski relaks

Czas na relaks

Weed, czyli chwasty

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, Nepal w większości nie jest krajem górzystym, a tropikalnym. Latem temperatura w zachodniej części kraju, zwanej Terai, przekracza 40-45 stopni, a na nizinach cały okrągły rok rośnie tropikalna dżungla. Wysokie góry, sięgające 8 tysięcy metrów, rozlewają się co prawda od północnej granicy z Tybetem niemal na ¾ powierzchni kraju, ale na tym obszarze mieszka zaledwie niewielka część ludności.

Nepalczyk w wiosce w Parku Narodowym Bardia i jego zapasy na zimę

Nepalczyk w wiosce w Parku Narodowym Bardia i jego zapasy na zimę

Za wyjątkiem gór wyższych niż 3 tys. metrów, czyli niemal na całym zamieszkałym obszarze Nepalu, marihuana, a w zasadzie konopie indyjskie występują w postaci dzikiej, nigdy przez nikogo niesadzone. Rosną jako chwast, skutecznie uprzykrzając życie mieszkańcom, szerząc się między uprawami i na łąkach. Podobnie jak w Nepalu, marihuana w stanie dzikim doskonale radzi sobie również w północnych Indiach, w szczególności w okolicach Manali i na przedgórzach Himalajów.

Od lutego, gdy konopie dojrzewają i zaczynają kwitnąć, aż do kwietnia, rosną one dziko niemal we wszystkich wioskach w kraju. W prognozie pogody prawdopodobnie podaje się wówczas komunikaty dla alergików o stężeniu pyłków marihuany w powietrzu. Tymczasem liczna grupa mieszkańców zrywa pąki oraz liście i przygotowuje sobie przynajmniej półkilogramowe paczki na zimę.

Jestem Bogiem (marihuany)

Co ciekawe, marihuana w kulturze Indii i Nepalu jest obecna zarówno w warstwie profanum, jak i sacrum.

Hinduizm jest w zasadzie religią monoteistyczną, a setki wszechobecnych bogów i bóstw są po prostu emanacją jednego głównego Boga – Brahmana. W hinduiźmie każdy z bogów ma swoje atrybuty i jest odpowiedzialny za pewne aspekty życia. Choć bogów jest kilka tysięcy, to na palcach jednej ręki można policzyć tych najważniejszych i najbardziej wszechmocnych.

Dwóch najważniejszych to Wisznu i Shiva. Ten ostatni to prawdopodobnie najbardziej skomplikowana postać w mitologii hinduistycznej, ponieważ jest jednocześnie niszczycielem i jednym z największych dobroczyńców ludzkości, a do tego joginem i ascetą. Właśnie z aspektem medytacji Shivy wiąże się marihuana.

nepalski relaks

Wyznawcy hinduizmu wierzą, że Shiva osobiście przyniósł marihuanę z Himalajów dla ludzkiego wyzwolenia i rozrywki, a także by wspomóc medytację. Tym samym marihuana jest jednym z głównych atrybutów Shivy, a w dniu jego święta najbardziej pożądanym darem dla tego boga.

Święto marihuany

Shiva Ratri, czyli Noc Shivy, wypadająca na przełomie lutego i marca to najważniejsze święto w hinduiźmie poświęcone kultowi Shivy. Jest to dzień, gdy prawo zabraniające posiadania i zażywania marihuany oficjalnie przestaje obowiązywać. Podczas każdego z setek hinduistycznych świąt bogom tradycyjnie ofiarowuje się Prasat, czyli podarunek. Zazwyczaj jest nim ryż lub inny rodzaj pożywienia. Podczas Shiva Ratri prasatem dla Shivy jest marihuana.

Shiva to jedyny bóg w hinduiźmie, który palił zioło. Jak sam twierdzi, wspomaga ono ciało w medytacji, wyzwalając umysł i pomagając mu wznieść się na wyżyny.

Prawda to czy nie, ale podczas Shiva Ratri ludzie chodzą głównymi ulicami, paląc skręty wraz z policjantami. Święci mędrcy i asceci – sadhu bezceremonialnie raczą się wówczas wielkimi, kilkunasto- i kilkudziesięciocentrymetrowymi fajkami chillum, w których palą ręcznie przygotowywany, znacznie mocniejszy od zwykłej marihuany, haszysz.

Trawa jak zioła

Jak twierdzą ludzie obyci z tematem, marihuana w Indiach i Nepalu jest zupełnie inna niż ta dostępna w Polsce czy Europie. Tutejsze zioło jest wręcz niebywale lekkie i zapewnia subtelną, refleksyjną wyprawę w trudno dostępne rejony umysłu. Przy tym nie ma ono niemal żadnych szybkoodczuwalnych skutków ubocznych, co sprawia, że wiele osób pali po cztery, pięć skrętów dziennie. Niejednokrotnie, z bardzo bliska byliśmy świadkami, gdy Nepalczycy palili skręty w hotelowym hallu, w poczekalni na dworcu czy w zaprzyjaźnionej restauracji na głównej ulicy.

.

———————————————————————————

Tymczasem w Himalajach

Gdy czytacie ten wpis, my niemal już od tygodnia maszerujemy z Dhunche do Sundarijal śladem himalajskich wiosek i świętych jezior rejonu Gosainkund. W poniedziałek powinniśmy powrócić do bardzo wciągającej atmosfery Katmandu i całego Nepalu. Raptem na 1 dzień co prawda, bo już we wtorek lecimy do Hong Kongu.

Niemal nigdy nie zdarza się, abyśmy w jakimś mieście spędzili więcej niż 2-3 dni. W Katmandu jednak przed wyruszeniem na treking, zabawiliśmy wraz z naszymi nepalskimi znajomymi z Parku Narodowego Bardia cały tydzień i trzeba przyznać, że jest to niebywale interesujące miasto.

.

Jak pachnie lampart?

Park Narodowy Bardia w zachodnim Nepalu to z pewnością jedno z najciekawszych miejsc, do jakich trafiliśmy w Nepalu. Fantastyczna przyroda, dzikie zwierzęta i niesamowita dżungla, przez którą maszeruje się cały dzień, gwarantują niezapomniane przeżycia.

Park Narodowy Bardia

Na tropie dużego zwierzaMy na treking w dżungli, czyli tzw. „jungle walk” udaliśmy się 2 razy i jesteśmy wyjątkowo zadowoleni z tej decyzji. Całodniowy, 9-10 godzinny treking możliwy jest wyłącznie z przewodnikiem i kosztuje ok. 2000 rupii od osoby (80 zł). Jak na warunki nepalskie jest to niesamowicie drogo, ale trzeba przyznać, że koszt ten zawiera bilet wstępu (500 rupii) oraz lunch w dżungli.

W Bardii można zobaczyć m.in. dzikie tygrysy, lamparty, nosorożce, słonie oraz stada jeleni i małp. Niemniej jednak już sam marsz przez dżunglę zapewnia murowane wrażenia, bo sceneria zmienia się od gęstego lasu tropikalnego, przez krzaczaste zarośla i 2-metrowe trawy po niesamowite nadbrzeża rzeczne niejednokrotnie zamieszkiwane przez krokodyle.

Nosorożec w Parku Narodowym Bardia

W kogo by tu orzeszkiem?

Jaszczurka w Parku Narodowym BardiaMy oczywiście tygrysów nie widzieliśmy, a jedynie słyszeliśmy, ale za to uganialiśmy się za nosorożcami, uciekaliśmy przed nimi na drzewo, 5 razy przekraczaliśmy rzekę i wypatrywaliśmy lampartów, czując ich zapach w pobliżu. Warto wiedzieć, że dziko żyjące zwierzęta w dżungli mają niesamowicie intensywny zapach, który nawet człowiek może bez problemu odróżnić. W szczególności drapieżniki dają się łatwo wyczuć.

Udomowiony słoń w Parku Narodowym Bardia

I tak na przykład lampart pachnie nieco jak bardzo dojrzała owca, która wytarzała się w świeżej trawie. Tygrys z kolei zalatuje stęchlizną i delikatnie padliną, którą czasami również się żywi.

W oczekiwaniu na zwierzynęNajlepszy sezon na oglądanie dzikich zwierząt w Bardii to marzec i kwiecień, gdy trawy są już suche i dostrzeżenie tygrysa jest gwarantowane. Jednak szansa na spotkanie z tygrysem istnieje przez cały rok, podobnie jak możliwość zobaczenia dzikich słoni i nosorożców. Trzeba również dodać, że przygoda w Parku Narodowym Bardia jest o niebo lepsza niż w przereklamowanym i zalewanym przez turystów Parku Narodowym Chitwan, który leży na najczęściej pokonywanej trasie Nepal – Indie.

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z Bardii.

Park Narodowy Bardia, Nepal

.

————————————————————-

Informacje praktyczne

Do Bardii najlepiej dostać się na własną rękę. Dojazd jest wyjątkowo prosty i pomoże uniknąć hotelowych naganiaczy, którzy czekają na nielicznych turystów na rogatkach i najbliższych przejściach granicznych. My daliśmy się namówić „pomocnikowi” na granicy w Mandranagarze na zorganizowanie transportu, co oczywiście było błędem, bo hotel (Jungle Base Camp) choć przyjemny, był dość drogi (400 rupii – 16 zł), a przewodnik niezbyt miły (2000 rupii) i leniwy.

Ale jazda!

Udając się do Bardii należy dojechać autobusem do miejscowości Anbassa oddalonej o 13 km od Parku Narodowego. Tu od głównej drogi odchodzi dróżka do parku, przy której dyżuruje co najmniej 10 naganiaczy i przynajmniej 2 jeepy. W tym miejscu najlepiej złapać bardzo często kursujący autobus do wioski Thakurdwara, która znajduje się tuż przy wejściu do parku i gdzie znajdziemy kilkanaście hoteli i pensjonatów. W Anbassie o jakiejkolwiek godzinie oczywiście wszyscy naganiacze będą uczynnie zapewniać nas, że tego dnia żadnego autobusu już nie będzie, co oczywiście jest nieprawdą, bo kursują one co najmniej do 7 wieczorem.

My po dwóch dniach pobytu w przereklamowanym Jungle Base Camp zmieniliśmy hotel na najciekawsze miejsce w okolicy – Bardia Kingfisher Resort (250 rupii). Pensjonacik składający się w praktyce z 4 domków mieszkalnych w tradycyjnym lokalnym stylu przyciągnął nas osobą założyciela – Jacka, który jest jednocześnie jednym z najlepszych przewodników w całym Parku Narodowym.

W pościgu za nosorożcem w Parku Narodowym BardiaWycieczka do dżungli z Jackiem to niezapomniane przeżycie (patrz wyżej). Oprócz bycia świetnym przewodnikiem, Jack jest również niesłychanie interesującym człowiekiem, który dopiero rozkręca swój biznes. Obecny jest również na CouchSurfingu i chętnie przyjmuje ludzi w swoim hotelu za darmo poprzez ten serwis społeczności podróżników. Kontakt przez CS lub mailowy – bardiakingfisher@  gmail.com

Przekraczając granicę lądową do Nepalu należy również uważać na nieuczciwych urzędników granicznych, którzy do ceny wizy (30 dni – 40 USD) próbują doliczyć 2 dolary. Wystarczy po prostu patrzeć na naklejkę wizową, na której wydrukowana jest cena i ewentualnie grozić pogranicznikom telefonem do policji turystycznej.

.

Spowiedź, czyli jak przeżyć za dolara dziennie

Jestem Hindusem. Mam dobrą pracę. Jestem tragarzem lub robotnikiem drogowym. Mogę być także rykszarzem lub prowadzić własną firmę – Ekspresowe Obwoźne Usługi Szewskie lub Komiwojażeria – sprzedaż długopisów w autobusach. Jestem wyjątkowy, ale takich jak ja są dziesiątki milionów.

Sypiam na ulicy

Sypiam na ulicy

Tragarz ulicznyMój dzień zaczyna się o 4-5 rano. Tuż po wschodzie słońca budzę się do życia wraz z całymi Indiami. Zwijam swój karton lub szmatę do spania, jeśli taką posiadam i załatwiam wszystkie potrzeby w mniej uczęszczanej części ulicy.

Jeśli jestem rykszarzem, pędzę na dworzec, główny skwer lub okoliczne atrakcje turystyczne, aby zająć dobre miejsce. Jeśli będę miał szczęście, trafi mi się dzisiaj kilku naiwnych turystów, którzy nie znając rynku zapłacą 100 rupii (6,5 zł) za przejazd rykszą. Znajdą się i tacy, którzy po ustaleniu i tak wygórowanej ceny na 40 rupii, zapłacą ostatecznie 60, gdy po pół godzinie jazdy zobaczą mnie zlanego potem, z mozołem walczącego z rowerem. Jeśli, jak zwykle, także i dziś nie trafi mi się żaden turysta, może uda mi się wyrwać 6-10 klientów, którzy zapłacą po 20 rupii.

Tragarz w Taj MahalJeśli jestem tragarzem czeka mnie kolejny dzień, gdy w 40-stopniowym upale będę dźwigał 50-kilogramowe worki, rozładowując pociągi lub przenosząc towar dla znajomych sklepikarzy. Mogę być także robotnikiem drogowym, a wówczas mam przed sobą 10 godzin kucia w betonie prostym łomem lub kopania łopatą.

Za dzień pracy dostanę 120-150 rupii (7-9,5 zł). Jem tanio, stołując się w najtańszych barach, gdzie za miskę ryżu, kilka łyżek zupy z soczewicy i smażone ziemniaki z curry zapłacę 20-25 rupii. Na życie potrzeba mi nie więcej niż 50-70 rupii dziennie, dzięki czemu zarobione pieniądze mogę odkładać, żeby zawieźć je rodzinie na wsi lub zbierać na posłanie dziecka do szkoły.

Praca w poluPosłanie każdego z piątki moich dzieci do państwowej szkoły kosztuje 150 rupii miesięcznie, choć nie wiem po co tam chodzą, bo i tak niczego się nie uczą. No chyba że tych paru zwrotów, jak „Hello, money”, „Hello, eat” czy „Hello, give me pen, sir”.

O wysłaniu dzieci do byle jakiej szkoły prywatnej, gdzie przynajmniej czegoś by się nauczyły, raczej nie mam co marzyć, bo całe moje roczne zarobki nie starczyłyby nawet na rok nauki dla jednego dziecka.

tragarz dworcowy

tragarz dworcowy

Cały mój dobytek stanowi ubranie, które mam na sobie. Jedna para wytartych, pięciokrotnie cerowanych spodni, koszula świecąca dziurami i chińskie klapki o podeszwie tak cienkiej, że mógłbym się nią golić. Jeśli jestem rykszarzem, posiadam jeszcze rykszę, którą sam zrobiłem i szmatę, którą co i rusz ścieram pot z czoła.

wyławianie monet z GangesuJednak wcale nie muszę być robotnikiem w sile wieku lub szpakowatym rykszarzem. Równie dobrze mogę być 8-, 12-letnim chłopcem i wyławiać monety z Gangesu. Czasem uda mi się wydobyć monetę o wartości 1 rupii, ale w większości muszę ręcznie wypłukiwać muliste nanosy rzeczne w poszukiwaniu starych monet o wartości 1, 2, 10 czy 50 centów.

Czasem uda mi się je sprzedać kolekcjonerom, co pozwoli mi zarobić 30-40 rupii dziennie. Nie jest to dużo, ale starczy na utrzymanie moje i przynajmniej jednej siostry, co znacznie odciąży mojego przepracowanego tatę.

wyławianie monet z Gangesu

roboty drogowe

Roboty drogowe

Przewozy śródlądowe sp. z o.o. - transport osób i mienia

Przewozy śródlądowe sp. z o.o. – transport osób i mienia

Pan zamawiał golenie?

Pan zamawiał golenie?

Jeśli jestem dworcowym komiwojażerem, mam ten komfort, że rano i wieczorem mogę skorzystać z toalety i jednocześnie umyć się w którymś z tysięcy pociągów. Niestety sprawia to, że wokół wszystkich dworców w moim kraju unosi się wszechobecna woń moczu i fekaliów, ale to razi już chyba tylko niektórych turystów.

Gdy zapada zmrok, wracam na swoje stałe miejsce do spania. Śpię na dworcu, rozłożony na ziemi obok 200 lub 300 takich ja. Mogę również mieć własną miejscówkę w jakiejś zacisznej ulicy, gdzie czasem przykrywam się kartonem. Jeśli posiadam rykszę, śpię zwinięty w kłębek na kanapie z nogami na kierownicy. Tu przynajmniej nie chodzą po mnie szczury.

Pora spać. Jutro kolejny dzień życia.

hinduski dworzec kolejowy po zmroku

hinduski dworzec kolejowy po zmroku

.

———————————————————————–

W Indiach ponad 270 milionów ludzi żyje poniżej progu ubóstwa, czyli za mniej niż pół dolara dziennie. Ci opisani powyżej są szczęściarzami, bo mają pracę i zarabiają przynajmniej 100 rupii dziennie (6,5 zł). Często pozwala im to utrzymać całe kilkuosobowe rodziny, bo są ich jedynymi żywicielami.

Podobnie jak w Nepalu, także w Indiach wszystkie szkoły, włącznie z podstawówkami są płatne. Posłanie sześcio-, siedmiolatka do najtańszej państwowej podstawówki kosztuje ok. 100-300 rupii miesięcznie (6,5 – 20 zł). Jednak poziom nauczania w szkołach państwowych jest tak niski, a dzieci nikt nie kontroluje, że i tak, o ile przychodzą do państwowej szkoły, to niemal niczego się tam nie uczą.

Z kolei za posłanie dziecka do szkoły prywatnej trzeba zapłacić już 2000 – 5000 rupii miesięcznie (130 – 325 zł), w zależności od prestiżu placówki. Do tego dochodzi jeszcze koszt mundurków i podręczników.

Dzieci, które w ogóle nie chodzą do szkoły, w Indiach jest ponad 70 mln. W całym kraju aż 1/3 mężczyzn i niemal połowa kobiet nie umie czytać ani pisać (ponad 400 mln ludzi).

.