Monthly Archives: Październik 2010

Długa droga do Nepalu

Na dobry początek zacznę od końca. Wczoraj minęła trzecia doba odkąd opuściliśmy naszą bazę trekingową w hinduskich Himalajach i byliśmy w drodze do Nepalu. Choć z Badrinath, z którego wyruszyliśmy w poniedziałek o świcie, od granicy dzieliło nas jedynie ok. 500 km, to na przebycie tej drogi w tej części Indii potrzeba ok. dwóch i pół dnia.

Fakt ten na pierwszy rzut oka nieco dziwny, przestaje zaskakiwać, gdy wyruszy się w drogę. Ze względu na stan nawierzchni po monsunie, średnia prędkość autobusu w ruchu nie przekracza 30 km/h. Do tego dochodzi niezliczona liczba przystanków, bo autobus upakowany do granic możliwości nie odpuszcza żadnych pasażerów, a w szczególności tych przejeżdżających od 3 do 5 km.

Droga w hinduskich Himalajach po monsunie

Highway to hell

Zresztą z faktu, że autobus rzadko przekracza 40 km/h jesteśmy akurat bardzo zadowoleni, bo górskie drogi w Uttarakhand to zdecydowanie zbyt wąsko wycięte półki skalne, na których nierzadko mieści się jeden tylko pojazd. Na serpentynowych zakrętach kierowcy rezerwują sobie pierwszeństwo przejazdu przez ślepe zakręty, donośnie obwieszczając klaksonem swoją obecność. Wąskie półki skalne, nieudolnie udające drogi, przynajmniej na połowie swojej długości zawieszone są nad kilkusetmetrowymi przepaściami, które może i wyglądają bardzo malowniczo, ale po 10 minutach jazdy tracą cały swój urok.

Widoki z autobusu w Uttarakhand

Dziura w drodze po podmyciu przez rzeke

Obok co najmniej dwukrotnie przeładowanych autobusów, na drogach najliczniej występują szalone jeepy zabierające do 12 pasażerów i pełniące funkcję minibusów. Podczas podróży nie pomaga nam świadomość, że kierowcy jednych i drugich jeżdżą tymi drogami codziennie i znają je na wylot. Tylko wczoraj widzieliśmy 4 auta, które spadły w przepaść i albo wisiały na odległym drzewie, albo właśnie były wciągane przez wysięgniki. Co prawda 3 z nich to osobówki, a czwarta to ciężarówka, ale fakt pozostaje faktem.

Poniżej przedstawiamy filmik z przejażdżki z Rishikesh do Joshimath, która zajmuje 11 godzin i skraca życie co najmniej o 4 lata.

Samochod sciagany z klifu150 km dziennie

Nasza podróż ma raczej charakter krajoznawczy niż transportowy. W poniedziałek w ciągu 8 godzin przebyliśmy 200 km. Tak duży dystans udało nam się pokonać tylko dlatego, że rano z przystanku autobusowego zgarnęli nas zamożni Hindusi, których dzień wcześniej poznaliśmy w górach w drodze do świętego wodospadu. Dzięki nim nie musieliśmy dwukrotnie się przesiadać, przez co przebyliśmy co najmniej 100 km więcej niż udałoby się nam pokonać bez ich pomocy.

We wtorek z kolei przejechaliśmy 150 km jednym autobusem i dwoma jeepami, co zajęło nam 9 godzin. Wczoraj było już z górki i ok. 14 szczęśliwie dotarliśmy do najrzadziej odwiedzanego przejścia granicznego z Nepalem, na którym po drobnych wątpliwościach jednak potrafili przyznać nam wizę. Obecnie przed nami rozpościera się cała zachodnia połać kraju, która cywilizacją nie grzeszy.

Rodziców i dziadków uprasza się o niemartwienie się

Plan był taki, że podczas gdy my powoli będziemy wgryzać się w nepalską rzeczywistość, na naszej stronie co kilka dni publikowałyby się zaległe artykuły, które od dawna chodziły nam po głowie i już czekają w laptopie. Na początek miała być relacja z trekingu w Himalajach, a następnie jeszcze kilka drobnostek o samych Indiach.

Nasz glowny srodek transportu przez ostatnie 3 dni

Plan jednak wziął w łeb nie tylko z racji braku Internetu, o którym niewielu tu słyszało, ale przede wszystkim z racji braku prądu. W związku z tym relacje zaczną się pojawiać, gdy tylko dotrzemy do Pokhary, czyli ok. poniedziałku. Do tego czasu zamierzamy osiąść z dzikimi słoniami, nosorożcami i tygrysami w przepięknym Parku Narodowym Bardia.

Tymczasem do na razie.

.

Reklamy

Treking w hinduskich Himalajach

Do prowincji Uttarakhand wybraliśmy się przede wszystkim po to, aby choć liznąć hinduskich Himalajów i w przyszłości mieć porównanie z ich nepalską częścią, w której z pewnością spędzimy sporo czasu. Lizanie Himalajów okazało się dużo trudniejsze niż przypuszczaliśmy i tylko ogromnej determinacji zawdzięczamy, że jednak udało się nam poznać ich smak.

Hinduskie Himalaje w Badrinath

Gorzki smak porażki

Początkowo planowaliśmy kilkudniowy treking w okolicach Przełęczy Kuari Pass. Jednak po przyjeździe do Joshimath okazało się, że nie dość, że jest dużo zimniej niż być powinno o tej porze roku, to jeszcze, żeby wyruszyć w góry potrzebujemy mnóstwa przepustek, a najlepiej to wykupienia trekingu w agencji w cenie 2000 rupii od osoby za dzień.

Po rytualnym obśmianiu zaistniałej sytuacji postanowiliśmy podjechać do najwyżej położonej miejscowości w okolicy i tam pokombinować na miejscu. Miejscowością tą okazało się Badrinath leżące na wysokości 3100 m, ku naszemu zdumieniu będące jednym z najświętszych miejsc w całych Indiach. Do miejscowej świątyni Shivy ciągną setki wiernych. Trzeba dodać, że wiernych o podwyższonym statusie materialnym, bo dotarcie tutaj to nie lada wyczyn. Z Rishikesh, a więc bramy wjazdowej w hinduskie Himalaje do Joshimath jedzie się 11 godzin, a następnie trzeba jeszcze podjechać wynajętym jeepem ostatnie 50 km, co zajmuje ok. 1,5 godziny.

Świątynia natury

My przenajświętszej świątyni Shivy szybko daliśmy święty spokój i udaliśmy się w poszukiwaniu piękna dzikiej przyrody. Okazało się to zupełnie nietrudne, bo Badrinath leży ok. 20 km od granicy z Tybetem i po krótkim trekingu dotarliśmy do wioski Mana – ostatniej miejscowości w tej części Indii.

Dziewczynka w wiosce Mana

Następnie postanowiliśmy udać się w kierunku nieoznaczonej granicy wzdłuż przepięknej doliny. Za cel obraliśmy sobie odległy zaledwie o kilka kilometrów 150-metrowy wodospad, który malowniczo spada z himalajskich skał i również okazał się święty. Droga do niego rzeczywiście była niedługa, ale bardzo zwodnicza i męcząca, bo na odcinku 2-3 km musieliśmy wspiąć się o 700 m na wysokość ponad 3700 m.

Himalaje w Indiach

Zważywszy, że zaledwie dzień wcześniej przyjechaliśmy busem na wysokość 1800 metrów, a następnie podjechaliśmy jeepem na wysokość 3000 m, to trzeba przyznać, że aklimatyzację mieliśmy raczej słabą. Nic dziwnego, że podczas marszu początkowo łapaliśmy zadyszkę i niewielki w zasadzie treking miejscami porządnie nam się dłużył.

Czas umilaliśmy sobie pogaduchami w pewnym Niemcem w średnim wieku, którego poznaliśmy dwa dni wcześniej. Dla Heinricha jest to już 15 wizyta w Indiach, które odwiedza regularnie od 1987 r., spędzając w tym kraju przynajmniej 2-3 miesiące w roku.

Treking

Himalaje obowiązkowo

Trzeba przyznać, że widoki na pobliskie bezimienne pięcio- i sześciotysięczniki z nawiązką rekompensują trudy marszu. O tej porze roku w dzień pogoda jest wręcz idealna do chodzenia po górach. Temperatura sięga ok. 20 st. C, a słońce szybko spala nosy i usta. Gorzej sprawa ma się w nocy, bo temperatura w hotelowych nieogrzewanych pokojach bez ciepłej wody spada do zera i dwie noce, które spędziliśmy w Badrinath mimo naszych śpiworków dały nam się nieco we znaki.

Treking

Niemniej jednak hinduskie Himalaje okazały się jedną z największych atrakcji, jakich zaznaliśmy w tym kraju. Wszystkim wybierającym się do Indii obowiązkowo polecamy spędzenie chociaż tygodnia w tutejszych górach. Wybór jest spory i może to być, tak jak w naszym przypadku, Uttarakhand, ale równie dobrze położone bardziej na zachód Manali lub, jeśli ktoś ma więcej czasu – ponoć także przepiękny Ladakh.

Na zakończenie zapraszamy do galerii z trekingu w Badrinath, gdzie można obejrzeć więcej zdjęć z naszych spacerów po górach.

Treking w Uttarakhand, Indie

.

Karuzela trwa

(02.11.2010)

Tymczasem u nas sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie i zamiast w Pokharze, ostatecznie wylądowaliśmy w Kathmandu. Zamiast do zatłoczonej o tej porze roku Annapurny za kilka dni wyruszamy na porównywalny około 10-dniowy treking w rejonie Langtang. Do tego czasu postaramy się, żeby pod naszą nieobecność ukazywały się chociaż przebitki z naszych dotychczasowych wrażeń z Nepalu.

A dzieje się sporo. Tylko wczoraj odwiedziliśmy rodzinny dom przemiłego Nepalczyka, którego poznaliśmy w Parku Narodowym Bardia, a także spędziliśmy 3 godziny na dachu autobusu, który był zbyt zatłoczony, żebyśmy zmieścili się wewnątrz. Dzień wcześniej ścigaliśmy dzikie nosorożce, pięciokrotnie przekraczając rzeki i strumienie w dżungli.

.

Co przewiezie ryksza?

Wbrew pozorom w Indiach słowo ryksza nie jest jednoznaczne, a przewożony asortyment sięga daleko poza prosty przewóz osób. Jednak jakby nie klasyfikować hinduskich ryksz i rykszarzy, z całkowitą pewnością można stwierdzić, że Indie rykszarzami stoją.

Ryksza rowerowa

Osobowy rykszarz rowerowy to prawdopodobnie najpopularniejszy zawód w Indiach. Gdy wyjdziemy na jezdnię w dowolnym mieście w tym kraju mającym więcej niż 5 ulic na krzyż, w promieniu 20 metrów znajdzie się co najmniej 3 rykszarzy, z których co najmniej dwóch będzie jechało z nami dobrych kilkadziesiąt metrów zanim da się przekonać, że pójdziemy piechotą.

ryksza

Jeśli chodzi o samą pracę, to trzeba przyznać, że jazda rykszą jest wprost niewyobrażalnie ciężka. Rykszarz z dwoma pasażerami niejednokrotnie musi schodzić z roweru, żeby pchać pojazd nawet pod niewielkie wzniesienie. Gdy podczas jazdy siedzi się wygodnie na kanapie za potwornie umęczonym rykszarzem, naprawdę ma się wrażenie niewolniczego wykorzystywania innego człowieka, a głowę pełną najgorszych kolonialnych skojarzeń. W tym momencie niewiele pomaga świadomość, że dajemy komuś pracę, ratujemy przed żebraniem i pozwalamy zarobić niewielkie pieniądze.

Ból duszy potęguje jeszcze fakt, że ryksza to najczęściej zdezelowany 20- lub 30-letni rower z własnoręcznie dorobioną kanapą, który daje się wprawić w ruch jedynie mozolnym i potwornie męczącym stawaniem na pedałach.

ryksza

Gdzieś na przedmieściach jakiejś bezimiennej miejscowości zasiadłem raz za sterami rykszy, żeby przez kilka minut poprowadzić ten wehikuł. Pomijając już wyniszczające organizm rozpędzanie tej maszyny, sterowanie nią to oddzielna historia. Kierownica najczęściej chodzi jak chce i tylko właściciel wie, jak sprawić, by rower go słuchał. Zdezelowane siodełko często sprawia, że wygodniej jest stać niż siedzieć, a scentrowane koła zakreślają tajemnicze elipsy, których ruchu nie przewidzi nawet najlepszy matematyk.

Nic dziwnego, że rykszarze rowerowi to jedyne pojazdy uprzywilejowane w Indiach. Często wjeżdżając na dość specyficzne hinduskie skrzyżowania, na których zazwyczaj duży może więcej, rykszarz jest niczym terminator. Zbliżając się, podnosi po prostu rękę, dając znak szaleńcom nadjeżdżającym ze wszystkich stron, że będzie przejeżdżał jezdnię. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby jakiś kierowca znalazł w sobie tyle bezwzględności, by zmusić go  do zatrzymania roweru. Jedynym wyjątkiem od tej zasady i jednocześnie jedynym użytkownikiem dróg w Indiach mającym większe przywileje jest krowa.

ryksza

Przejażdżka rykszą powinna kosztować od 20 do 50 rupii (1,3-3,3 zł) za 15-30 minut jazdy, czyli 2-5 km. Powinna, bo gdy zobaczy się, jak ciężko muszą pracować Ci ludzie, niejednokrotnie już w wieku emerytalnym, naprawdę trudno jest zapłacić wcześniej ustaloną stawkę.

ryksza towarowa

Ryksza towarowa

Ze względu na niewyobrażalną wręcz konkurencję na rynku rykszarskim, Ci, którzy nie mają się za rekinów biznesu i nie chcą tak bezwzględnie rywalizować o pasażerów, wybierają spokojniejszą fuchę rykszarza towarowego. Ta jest zdecydowanie gorzej płatna, bo usługodawcami są tu najczęściej hinduscy sklepikarze, którzy zbyt dobrze znają realia, by przepłacać nawet o 1 rupię.

Przesadziłem?

Rykszarze towarowi to ludzie o mentalności bohaterów z reklam adidasa, dla których niemożliwe nie istnieje. Rykszarz towarowy żadnej pracy się nie boi i nie ma takiego ładunku, którego przewozu by się nie podjął. Nie narodził się również jeszcze taki ładunek, który nie zmieściłby się na jego rykszę o wymiarach 1×1,5 m. Rykszarz przewiezie 8 butli z gazem plus dwie dodatkowe na rowerowej ramie, skrzynki z napojami wysokie na 3 metry czy pięciometrowe rury.

Gdy waga ładunku przekracza 300-350 kg, do pomocy zostaje zatrudniony tyłopchacz, który wraz z rykszarzem głównym dostarczy ładunek do celu. Ładowność tych minitirów jest wprost niewyobrażalna. Ryksze towarowe są podstawowym środkiem transportowym w Indiach i jest niemal pewne, że są odpowiedzialne za ponad połowę przewozów w tym kraju. To smutne, że ludzka praca jest tu tak wiele tańsza niż paliwo do ciężarówek.

ryksza towarowa z tyłopchaczem

karawana tirów

Motoryksza

Motoryksze to ryksze osobowe ery Internetu i telefonów komórkowych. Produkowane na bazie silników motocyklowych, rozwijają prędkość do 35 km/h i wydzielają chmury dymu, wobec których postanowienia z Kioto same chowają się pod stół Kofana Anana.

motoryksza - stan dobry

Rynek motoryksz jest niemal równie konkurencyjny jak rynek ryksz osobowych i utrzymanie się na nim musi graniczyć z cudem. Standardowo motoryksze zabierają do 2-3 pasażerów z zagranicy, ale w wypadku Hindusów ograniczenia jak zwykle przestają mieć znaczenie i do rykszy spokojnie wejdzie 6-7 osób oprócz kierowcy. Dwie dosiadają się w powietrzu obok kierowcy, a 4-5 marynuje się z tyłu, wietrząc wybrane członki na zewnątrz pojazdu.

Ryksza podmiejska

Oddzielną bajką jest jeszcze ryksza podmiejska, która funkcjonuje na zasadach autobusu, a nie taksówki. Tu nie wynajmuje się pojazdu, a płaci się za pasażerokilometry. Kurs jest z góry znany i jest nim np. postój zwykłych motoryksz przy dworcu.

Ryksze podmiejskie są może 15 cm szersze i 20 cm dłuższe niż zwykłe motoryksze. Aby zmaksymalizować przychody, ich właściciele wprowadzili pewne udogodnienie w swoich pojazdach. Obok kierowcy oficjalnie już znajdują się 2 miejsca (z możliwością stania na zewnątrz dla kolejnych dwóch).

Panie szefie, jak to się nie zmieścimy? Oczywiście, że się wciśniemy

Z tyłu zamiast standardowej kanapy dla 2-3 osób, za kierowcą znajduje się kanapa skierowana do tyłu, a tuż za nią jeszcze jedna skierowana w stronę kierowcy. Daje to efekt limuzyny i zwiększa pojemność wewnątrz pojazdu o kolejne 8 osób. Z tyłu wyrwana zostaje również ścianka zamiast której, jakżeby inaczej, znajduje się jeszcze jedna kanapa, która choć nominalnie znajduje się poza pojazdem, to po dospawaniu podnóżka, zapewnia komfortowe miejsce dla kolejnej czwórki.

motoryksza podmiejska od środka

W ten oto sposób ryksza podmiejska może spokojnie zabrać 18 pasażerów oprócz kierowcy. Pojazdy, którymi my podróżowaliśmy, nie wiem czy to ze względu na zwiększoną przez nas ich atrakcyjność czy też z powodu bicia jakichś tajemniczych rekordów, ale zabierały w porywach do 21 osób.

.

Święty rafting

Po szaleństwach Indii spod znaku prowincji Uttar Pradesh oraz wyczerpujących poszukiwaniach tygrysów w Parku Narodowym Bandhavgarh, przybyliśmy na daleką północ, by zregenerować siły.

Osiedliśmy u podnóża Himalajów w miejscowości Rishikesh, w której w latach 60-tych Beatlesi łapali stały kontakt z Absolutem i uczyli się stawać na głowie. Rishikesh jest bowiem także światową stolicą yogi.

Ganges w górnym biegu

Ganges w górnym biegu

Ganges w górnym biegu

Tutaj Ganges opuszcza przytulne góry i wkracza na Nizinę Gangesu, gdzie po drodze wyłapie wszystkie zanieczyszczenia i szczęśliwie doniesie je do Zatoki Bengalskiej. Dlatego też wydaje się, że jest to ostatnie odpowiednie miejsce, aby zanurzyć się w świętej rzece w jakiejś sensownej intencji. My także postanowiliśmy spróbować kąpieli, aby zapewnić sobie pomyślność w dalszej podróży.

Rafting na Gangesie

Korzystając z okazji, że rzeka ma tu do pokonania jeszcze kilka przełomów, postanowiliśmy zaokrętować się na raftingowy ponton i popróbować wodnego szaleństwa. Raz już zasmakowaliśmy tej zabawy w Turcji i niezwykle nam się wówczas podobało. Jednak rafting tutaj przerósł nasze oczekiwania.

Rafting na Gangesie

Kąpiel w Gangesie

Rafting na Gangesie

Szalone bystrza i wyrzuty pontonu półtora metra w górę zapewniają murowane wrażenia. Na odcinkach, gdzie rzeka płynie wolniej, umilaliśmy sobie czas, wskakując do wody i dając się swobodnie unosić nurtowi rzeki. Serdecznie polecamy wszystkim tym, którzy wybierają się do Indii. Zdecydowanie była to jedna z największych atrakcji do tej pory. Dodam jeszcze, że za pół dnia wiosłowania przez szalone bystrza zapłaciliśmy jedyne 400 rupii (26 zł) od osoby.

Niestety zdjęcia wyszły trochę niewyraźne, bo obudowa do zdjęć podwodnych trochę nam zaparowała od środka. Poniżej zamieszczamy filmik z raftingu oraz drugi ze skoków do Gangesu z 7 metrowej skały:

A dzisiaj znowu ze snu nici. Wstajemy o 3 rano i ruszamy na autobus w prawdziwe Himalaje. Po ok. 12 godzinach jazdy powinniśmy już dotrzeć do Joshimath, małej mieściny, z okolic której będziemy się starali zorganizować kilkudniowy treking po okolicy.

.

Smaki świata – Indie

Wbrew pozorom hinduska kuchnia nie należy do głównych atrakcji tego kraju. Choć sama w sobie zjadliwa, nam nie podchodzi bardziej niż musi i przyznam, że nie spotkaliśmy jeszcze nikogo, kto byłby nią zachwycony.

Z pewnością nie jest to kwestia wyłącznie doboru przypraw, które nadają jej pewien niepowtarzalny charakter. Niemniej jednak w większości przypadków sprawiają one, że mnóstwo potraw smakuje podobnie, a czasami wręcz identycznie. Do tego kuchnia hinduska jest potwornie ostra, czego jednak się spodziewaliśmy.

Pomidorowe curry, czosnkowy chleb naan i bananowe lassi

Curry, masala, curry, kolendra i curry

W smaku dominuje przede wszystkim curry, które występuje tu co najmniej w kilkunastu odmianach. W potrawach płynnych często pływają również świeże liście kolendry, co nadaje im powabu świeżości, ale niestety nie jest w stanie przydusić dominujących i w gruncie rzeczy przytłaczających woni indyjskiej kuchni.

Hindusi jedzą rękoma, co bardzo nam się spodobało i szybko podchwyciliśmy ten zwyczaj. Do posiłku nigdy nie dostaliśmy noża i może dwukrotnie widelec. Nie są one zresztą potrzebne, bo do zestawu zawsze dołączona jest łyżeczka do herbaty, która spełnia obie te funkcje, jeśli coś nie daje się zjeść palcami.

od lewej: ciapati, ryż, warzywa curry, dhal i paneer z groszkiem

W większości przypadków posiłek podawany jest na metalowych tacach nieco większych od naszych dużych talerzy, na których obowiązkowo znajdują się pszenne suche, cieniutkie placki – nazywane ciapati lub roti, często także ryż oraz zazwyczaj zestaw dwóch lub trzech małych miseczek wielkości małej filiżanki, w których znajduje się omasta. Standardowo jedną z nich jest „dhal”, czyli gęstawa zupka z soczewicy, a druga stanowi najczęściej nieodgadnioną mieszankę warzyw zasmażanych z przyprawami curry. Ciapati można zastąpić pszennymi wariacjami plackowymi, jak na przykład chleb naan, czyli coś w rodzaju pysznego naleśnika, często nadziewanego czosnkiem lub innymi smakołykami. Te suche chlebki czosnkowe to chyba najlepsze, co udało nam się tutaj zjeść.

Cena takiego posiłku (najczęściej wraz z napojem) rzadko przekracza 80 rupii (5,5 zł). Mimo że na pierwszy rzut oka porcje te wydawać się mogą nieduże, to przez ponad 2 tygodnie pobytu tutaj raptem dwukrotnie zdarzyło nam się zjeść 3 posiłki w ciągu dnia. Zazwyczaj kończy się na późnym śniadaniu i obiadokolacji w okolicach 18. Ogromny upał, a także miejscami spora wilgotność sprawiają, że przede wszystkim chce się tu pić, a nie jeść. Ciekaw jestem, jak taka dieta na dłuższą metę odbije się na naszej wadze, bo w tym względzie oczekiwania naszej dwójki są zgoła odmienne.

Jedz i nie patrz

Do tej pory nie przechodziliśmy również żadnych większych ekscesów żołądkowych, mimo że często sięgamy po miejscowe słonawe szejki owocowe, tzw. lassi. Brak anomalii gastrycznych wydawać się może również o tyle dziwny, że warunki sanitarno-higieniczne są tu po prostu koszmarne. Mimo, że jeździliśmy już nieco po przykurzonych krajach, to to, co dzieje się w Indiach, po prostu przechodzi wszelkie pojęcie.

Kuchnia przeciętnej ulicznej restauracji

Standardem jest, że wszystkie naczynia przed podaniem posiłku „przepłukiwane” są wodą, co sprowadza się do tego, że przy garkuchni stoi najczęściej wiadro z wodą, w której pomocnik kucharza kilkakrotnie moczy naczynie, a następnie przeciera je szarą szmatą, którą zawsze nosi na ramieniu i która często służy również do przecierania stołów. Zdaje się, że ma to miejsce niezależnie od standardu restauracji, a w lepszych miejscach mycie przesunięte jest po prostu na zaplecze.

Nasz posiłek gotów do drogi, z tyłu po lewej gliniany piec do wypiekania roti

gliniany piec do wypiekania roti/ciapati

Kuchnie, szczególnie te uliczne, w większości przypominają lepianki. Najczęściej składają się z glinianego lub kaflowego pieca, w którym pali się drewnem lub wysuszonymi na słońcu krowimi odchodami, które w miejscach o mniejszej podaży drewna doskonale je zastępują.

Wegetariański raj

Znaczna większość posiłków w Indiach jest wegeteriańska. Podczas całego naszego pobytu tylko dwukrotnie jedliśmy dania z kurczakiem, w których notabene kurczaka było nie więcej niż czosnku czy kolendry.

Jedną z podstawowych idei hinduizmu jest niewyrządzanie krzywdy innym organizmom. Religia ta nakazuje nie tylko wegetarianizm, ale zabrania również pracy przy przygotowywaniu posiłków z wykorzystaniem mięsa.

Święta krowa - jedyna postać w jakiej można spotkać mięso w Indiach

Ku mojemu zdziwieniu warzywa można przyrządzać na niezliczoną ilość sposobów i w wielu postaciach są one zjadliwe. W celu wzbogacenia posiłków do potraw często dodaje się tu również ser „paneer”, czyli miękki, delikatnie chrzęszczący w zębach ser uzyskiwany ze zsiadłego mleka.

restauracja i zewnętrzna kuchniaHerbatka na deser

Po posiłku, a także w wolnych chwilach dominuje herbata podawana na wzór arabski w małych, ok. 100 ml szklaneczkach. Obowiązkowo, bez pytania i bez możliwości negocjacji zawiera ona co najmniej 2 łyżeczki cukru i ok. 1/3 mleka. W Madhya Pradesh, gdzie jakiś czas temu utknęliśmy, na wsiach częstowano nas wersją wzbogaconą o imbir, co trzeba przyznać dodawało jej jeszcze więcej uroku. Polecamy spróbować również w domu.

Ze smutkiem musimy stwierdzić, że z całej hinduskiej kuchni to właśnie nieco zmodyfikowana angielska herbata z mlekiem i suche placki z czosnkiem smakują nam najbardziej. Z ulgą odetchnęliśmy, gdy po przyjeździe do północnych rubieży Indii zaczęło pojawiać się coraz więcej potraw kuchni nepalskiej, tybetańskiej i chińskiej.

.

Utknięci w dżungli

Po pobycie w gwarnym i w gruncie rzeczy męczącym Varanasi, zechcieliśmy ponownie zacieśnić więzy z naturą i postanowiliśmy wybrać się do Parku Narodowego Bandhavgarh w prowincji Madhya Pradesh. Oddalony zaledwie o 900 km na południe od świętego miasta, czyli o ok. 12 godzin pociągiem i tylko 2 godziny autobusem park wydawał się idealnym celem. Być może na mapie Indii nie oddaliliśmy się zbyt daleko, ale z pewnością przekroczyliśmy kilka kolejnych granic mentalnych.

Kobiety hinduskie z Madhya Pradesh

W Parku Bandhavgarh podobno bardzo łatwo zobaczyć dziko żyjące tygrysy, więc pokusa była nęcąca. Nęcąca tym bardziej, że park ponoć otwiera swoje podwoje od 1 października, zatem liczyliśmy, że wraz z rozpoczęciem sezonu nie będzie jeszcze natłoku turystów.

I jak? Bunkrów nie ma

Rzeczywiście natłoku nie ma. W zasadzie jesteśmy jedynymi turystami w okolicy. Jak się okazuje, sezon zaczyna się 16 i nie ma najmniejszych szans, żeby do parku dostać się wcześniej. Do małego miasteczka Tala, które słynie głównie z tego, że znajduje się w nim brama wjazdowa do parku narodowego, przyjechaliśmy w środę. Do soboty czas płynął więc nam na medytacjach, rozmowach z Hindusami (w większości na migi) i okazjonalnych wypadach krajoznawczych w teren.

Wszystkie okoliczne wioski znamy już od podszewki, obok tygrysów jesteśmy główną atrakcją co najmniej na dwa powiaty i nie ma chyba już nikogo, kto by nie wiedział, że przyjechaliśmy.

Standardowa sesja z sąsiadami w wiosce

W czwartek w nocy dojechał jeden Szwed, równie zorientowany jak my, więc w miasteczku znowu zapanowało wielkie poruszenie. W piątek pojawiła się dwójka Brytyjczyków, zatem powoli zbiera się pokaźna ekipa. Ci ostatni swoją drogą też mieli interesującą podróż, bo najpierw spędzili 15 godzin na peronie, czekając na spóźniony pociąg, a później utknęli na 2 dni w mieście Jabalpur, które słynie głównie z tego, że z niczego nie jest znane. Niedługo po przyjeździe poinformowaliśmy ich, że ze względu na święto Durga Puja bilety niemal na wszystkie pociągi na najbliższe 5 dni są całkowicie wyprzedane. Ich mina – bezcenna.

Nie ma tego złego

Choć w zasadzie dobrze jest. Siedzimy sobie na obrzeżu dżungli, tylko delikatnie podgryzani przez komary. Mieszkamy w klimatycznym hoteliku, gdzie mrówki nie są większe niż karaluchy, a karaluchów prawie nie ma. Woda tylko czasem jest żelazista. Prąd zazwyczaj jest wieczorami i czasem również po południu. Zdaje się, że oszczędzają go na sezon, który zaczyna się już jutro. Zapewne ruszy z hukiem.

Dżungla i ja

W międzyczasie urządzamy sobie długie spacery do okolicznych wiosek, gdzie ludzie przyglądają nam się z niekłamaną ciekawością, a co więksi poligloci niejednokrotnie zarzucą jakimś zasłyszanym angielskim zwrotem, na przykład „hello”.

Kobiety z lokalnych wiosek

Hindusi – Niehindusi

Ludność też jest tu zupełnie inna niż w prowincji Uttar Pradesh. Dogadać można się równie łatwo po polsku jak po angielsku. Na dworcu w pobliskiej Umarii mimo 20-minutowych starań nie udało mi się na przykład ustalić częstotliwości kursowania autobusów.

Pasterz przy pracyZresztą w „rozmowach” w Hindusami ogólnie trzeba być bardzo czujnym. Najgorsze u nich jest to, że chcą być bardzo pomocni. Niestety często sprowadza się do tego, że nie przyznają się, że czegoś nie wiedzą i na wszystkie pytania odpowiadają jak nasz premier –  „Yes, yes, yes”. Dlategoteż nigdy pod żadnym pozorem nie wolno zadawać im pytań zamkniętych (nawet na migi) i zawsze po otrzymaniu informacji należy przeformułować pytanie tak, aby wymusić udzielenie innej odpowiedzi, najlepiej przeczącej.

Stan Madhya Pradesh jest jeszcze w dużej mierze zamieszkany przez rdzenną ludność, tzw. plemiona Adiwasi. Pod względem rysów twarzy ludzie ci wyglądają niemal zupełnie jak Hindusi z północy, mają już jednak wyraźnie ciemniejszą karnację. No i żują mniej betelu, więc wielu z nich ma jeszcze białe zęby.

Smaczki

Zadanie na dziś, czyli znalezienie internetu w celu rezerwacji biletów na pociąg, właśnie zostało wykonane. Wykonane po krótkotrwałej wizycie w hotelu dla wycieczek zorganizowanych, w którym na razie nie ma żywej duszy. Zresztą nic dziwnego, skoro nocleg tutaj kosztuje 3000 rupii (200 zł). Jak już mówiliśmy w Indiach nic tyle nie kosztuje i nawet podróż pociągiem w pierwszej klasie kuszetką trwająca 40 godzin kosztowałaby pewnie ze 2000 rupii.

Infrastruktura we wsi

Bo jako internetu nie liczę pobliskiej kafejki internetowej. Nie dość że jest tu tylko jeden komputer, który ma zdjętą obudowę i musi stać na podwyższeniu, żeby lepiej się chłodzić, to jeszcze daje on ok. 70% szans, że nawet jeśli początkowo zechce współpracować, to i tak za chwilę się zawiesi. Dodając do tego nieprzewidziane przerwy w dostawach prądu, tylko szczęściarzom udaje się wysłać maila. Pomijam już fakt, że maksymalna prędkość pisania wynosi ok. 30 znaków na minutę, bo litery wyświetlają się z kilkunastusekundowym opóźnieniem. Najgorzej, gdy się człowiek pomyli i trzeba czekać, żeby coś poprawić. Nasz Szwed na przykład napisał dzisiaj pokaźnego maila do rodziny, w którym szczegółowo opisał swoje przygody, co zajęło mu niemal godzinę, a następnie przepadło jak kamień w wodę. Skończyło się na „Mam się dobrze. Pozdrawiam. M.”

Motocyklem na stopa

Piątek ogólnie był niebywale długim dniem. O świcie okazało się, że żeby móc wydostać się z tego rejonu Madhya Pradesh, jednak trzeba dostać się do najbliższego miasta odległego o 30 km, żeby osobiście wykupić ostatnie wolne bilety przydzielane na 48 godzin przed wyjazdem pociągu. A było to o tyle trudne, że o tej porze nie jeżdżą tędy jeszcze żadne autobusy i przeprawa stopem była jak zwykle najszybszym, najlepszym i najbardziej przygododajnym rozwiązaniem.

Wioskowe życie

I tak o to, po raz pierwszy w życiu, złapałem motocykl na stopa. W drodze powrotnej wszyscy okoliczni wieśniacy, którzy zdążyli się już ze mną zapoznać, nie pozwolili mi dać się odwieźć, dopóki nie obfotografowałem ich do trzeciego pokolenia wstecz i nie wypiłem co najmniej trzech herbat. W ten sposób przez kilka godzin poznałem historię kilku rodów i rozkład mieszkań, które, ze względu na wielożeństwo, również warte byłyby lepszej wzmianki. Miałem również możliwość obserwowania przygotowań do nadchodzącego święta Durga Puja, z których to mam nadzieję zamieścić filmik w tym miejscu, gdy tylko dotrzemy do prawdziwego internetu.

Tymczasem tygrys

Gdy to czytacie, my z naszym Szwedem i Brytyjczykami szukamy już zapewne króla dżungli. I lepiej, żebyśmy go znaleźli, bo jeszcze my jak my, ale Brytyjczycy chyba by się zagotowali, jeśli byśmy mieli oglądać same ptaki.

A już w niedzielę czeka nas 48-godzinna przeprawa na północ w Himalaje, gdzie też pewnie znajdziemy sobie coś ciekawego do roboty 🙂

A w międzyczasie zapraszamy do nowej galerii z naszego nicnierobienia.

Indie Centralne

.

Ostatni taniec

W Centrum Ratowania Niedźwiedzi w Agrze można poznać smutną historię tańczących niedźwiedzi w Indiach oraz zobaczyć w jaki sposób przechodzą one rehabilitację. Ich los nierozerwalnie łączy się z Kalanderami – hinduskim plemieniem nomadów.

Kalanderowie to nieliczne wędrowne plemię pochodzenia cygańskiego, które w późnym Średniowieczu wyspecjalizowało się w pokazach cyrkowych z użyciem niedźwiedzi na dworach królewskich. Niedźwiedzie te to wargacze, gatunek wystepujący wyłącznie na subkontynecie indyjskim. Z czasem tańczące niedźwiedzie zyskały na popularności, a Kalanderzy zaczęli prezentować je szerszej publiczności.

Porwanie na zamówienie

Zdobycie niedźwiedzia do występów, nie jest prostym zadaniem.

Wargacz w Centrum Ratowania Niedźwiedzi - zdjęcie dzięki uprzejmości Wildlife SOS

Najpierw kłusownik tropi samicę z młodymi. Niedźwiedziątka mogą mieć najwyżej kilkanaście miesięcy, aby treser był w stanie nad nimi zapanować. Następnie trzeba poczekać do zmroku, aż samica opuści legowisko i wyruszy na żer. Kłusownik musi ostrożnie zakraść się do młodych i porwać co najmniej jedno z nich, niesprowadzając na siebie rozwścieczonej niedźwiedzicy.

Wargacz w Centrum Ratowania Niedźwiedzi w Agrze

Teraz zaczyna się szkolenie. 

Dance makabre

Niedźwiedzie z natury nie są muzykalne i trudno zmusić je do tańca. Tresurę rozpoczyna się więc od wybicia kłów, aby w przyszłości do zwierzęcia mogli bezpiecznie przytulać się widzowie.

Kły nie są niezbędne niedźwiedziowi do życia. Na wolności używa ich on przede wszystkim do chwytania i przytrzymywania pokarmu. Jego najcenniejszym zmysłem jest natomiast węch, ponad 2100 razy bardziej wrażliwy niż u człowieka.

Tańczący niedźwiedź - zdjęcie dzięki uprzejmości Wildlife SOSPo wybiciu zębów, Kalanderowie przystępują do kolejnego etapu przysposabiania niedźwiedzia do tańca. Rozżażonym żelazem przekłuwa mu się nozdrza, a po kilku dniach, gdy już zacznie odpływać pierwsza ropa, ale rana nie jest jeszcze zagojona, w nos wstawia się żelazną obrączkę. Będzie ona pozwalała na komunikację tresera i tancerza.

Teraz wystarczy już tylko potrząsać dzwoneczkami, drugą ręką unosząc kij, którego koniec połączony jest sznurkiem z nosem niedźwiedzia.

Tak przygotowani Kalanderowie ruszają w trasę na pokazy.

Upadek tresera

Jeszcze kilkanaście lat temu, Kalanderom powodziło się wprost doskonale. Dziennie mogli oni zarobić nawet 2 000 – 3 000 rupii (130-200 zł), co w Indiach stanowi majątek. Często można było ich spotkać przy głównych drogach, a nawet w pobliżu największych atrakcji turystycznych, gdzie byli doskonale opłacani również przez zagranicznych turystów.

Od połowy lat 90. los kasty treserów znacznie się jednak pogorszył. Mimo że zakaz pokazów z udziałem tańczących niedźwiedzi wprowadzono już w 1972 r., to dopiero rosnąca świadomość społeczna oraz działania organizacji takich jak Wildlife SOS sprawiły, że Departament Leśnictwa zaczął ścigać Kalanderów. Z musu przenieśli się oni na prowincję, gdzie do dziś praktykują swoje pokazy. Tam ich życie nie wygląda już tak różowo, bo na obszarach, gdzie ludność żyje za 3-5 dolarów dziennie, są oni w stanie zarobić najwyżej 70-100 rupii dziennie.

Wargacz w Centrum Ratowania Niedźwiedzi w Agrze

To właśnie szybko zmniejszające się dochody treserów sprawiły, że liczba tańczących niedźwiedzi maleje. Jeszcze w 1997 r. było ich ponad 1300. Dziesięć lat później ich liczba zmniejszyła się o połowę. Obecnie pracownicy Centrum Ratowania Niedźwiedzi szacują, że pozostało ich około 500.

10 lat ratowania niedźwiedzi

Oznacza to, że obecnie więcej niedźwiedzi żyje w centrach pomocy niż na utrzymaniu treserów. Największy tego typu ośrodek znajduje się w Agrze i wychowuje 275 niedźwiedzi odebranych Kalanderom. 3 inne centra tego typu w Indiach opiekują się łącznie niemal 300 niedźwiedziami.

Dr Ilayaraja w sali weterynaryjnej ośrodka

Po ośrodku oprowadza nas dr Ilayaraja, główny weterynarz Centrum, pracujący tu już 7 lat.

Strach i ból

Średnia długość życia wargaczy na wolności to ok. 40 lat. Niedźwiedzie przysposobione do tańca żyją zazwyczaj od 10 do 12 lat. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo obecnie ich los sprowadza się do głodowej wegetacji. Większość niedźwiedzi trafiających do ośrodka waży w granicach 80-100 kg. Dopiero po kilkunastu miesiącach rehabilitacji osiągają one swoją normalną wagę ok. 140 – 160 kg.

Większość z nich nadal nerwowo reaguje na pojawienie się człowieka. Często uciekają w odległe zakątki przestronnych wybiegów.

Niedźwiedzi los

Balika znajduje się w rezerwacie dopiero od kilkunastu tygodni. Powoli zaczyna już korzystać ze specjalnych drewnianych konstrukcji, które imitują środowisko naturalne i pozwalają na szybszą rehabilitację.

Drewniane konstrukcje na wybiegu dla niedźwiedzi

Rani, podobnie jak 20 innych niedźwiedzi w ośrodku jest ślepy. Prawdopodobnie stracił wzrok od dymu z ogniska, zbyt blisko którego był przywiązywany lub w wyniku celowego oślepienia. Na wybiegu kieruje się wyłącznie okaleczonym węchem, ale radzi sobie nadzwyczaj dobrze.

Najlepiej odnajduje się jednak Kushi, która została odebrana Kalanderom w wieku 14 miesięcy i nie zdążyła jeszcze na dobre zasmakować niedoli tańczącego niedźwiedzia. Z ciekawością podchodzi do ogrodzenia, aby zlustrować nowych przybyszy i równie wnikliwie przeczesuje podłoże w poszukiwaniu leśnych smakołyków.

Żaden z niedźwiedzi już nigdy nie wyjdzie na wolność. W wyniku okaleczeń, jakich doznały od człowieka, nie przeżyłyby w dżungli nawet kilku miesięcy.

Nagle dzwoni telefon jednego z opiekunów, rozbrzmiewając popularną hinduską piosenką. Na wybiegu dla niedźwiedzi, obok którego przechodzimy, jedna z niedźwiedzic zaczyna się miarowo kołysać, potrząsając głową.

To Balika. Jej jeszcze długo dźwięk dzwoneczków będzie rozbrzmiewał w głowie.

_________________________________

***

Centrum Ratowania Niedźwiedzi (Agra Bear Rescue Facility) znajduje się w rezerwacie Sur Sarovar Bird Sanctuary 20 km na północny zachód od Agry, niedaleko drogi do Delhi. Najłatwiej dostać się tam, wynajmując motorykszę w Agrze (300 rupii). Wrócić można dużo łatwiej, łapiąc stopa lub motorykszę podmiejską. Centrum prowadzone jest przez organizację Wildlife SOS, utrzymującą jeszcze 3 podobne centra w Bangalore, Bhopal i Hyderabadzie.

.